Irena Kuczyńska
Pleszewianie

Ma 98 lat i z komputerem jest za pan brat

Czy wiesz, że klikając w reklamy wspierasz funkcjonowanie mojego bloga?

Jan Pawłowski z Kowalewa – rzeźbi w glinie, maluje obrazy, pisze wiersze,  ogląda filmy na You Tube, robi zakupy przez internet. Jest rówieśnikiem odrodzonej Polski.

Kiedy jechałam z Małgosią Politowicz w odwiedziny do Jana Pawłowskiego,  nie spodziewałam się, że na spotkanie wyjdzie dziarski mężczyzna z uśmiechem od ucha do ucha.

Centralne miejsce w pokoju pana Jana  zajmuje duży monitor, który raz jest ekranem telewizora, kiedy indziej ekranem komputera, bez którego starszy pan nie wyobraża sobie życia.

Jan Pawłowski przy swoim komputerze

Wierzyć się nie chce, że ten pełen pasji człowiek, otoczony obrazami, albumami, książkami, rzeźbami urodził się w 1919 roku, czyli wtedy kiedy odradzała się II Rzeczpospolita Polska. Rozmowa się toczyła przy kawie, ciasteczkach i ajerkoniaku, który jest robiony wg receptury seniora.



O swoim życiu napisał w dwóch książkach. W  2009 roku wydał  zbiór ciekawych felietonów „Z życia wzięte”.  W 2016  szczegółową biografię   „Ślad na ziemi”.

Książki składają się z oprawionych kartek maszynopisu, wzbogacone są zdjęciami, datami urodzenia dzieci, wnuków i prawnuków. Zawierają spis treści i są kopalnią wiedzy nie tylko o autorze ale też o czasach, w których przyszło mu żyć.

A  były one ciekawe. Pan Jan urodził się 12 grudnia 1919 roku w Suchej w powiecie jarocińskim. Granice odrodzonej Rzeczpospolitej Polskiej się jeszcze kształtowały, chociaż Wielkopolska już była polska.

Jednak ojciec pana Jana – Stefan Pawłowski, zachęcony przez emisariuszy, którzy w 1920 roku, licznie Wielkopolskę nawiedzali i werbowali do pracy we Francji, w Belgii, postanowił wyjechać. Po wielkiej wojnie (1914 – 1918) – jak pisze Jan w książce „Ślad na ziemi”, brakowało w tych krajach rąk do pracy w kopalniach i hutach.

Koszty przejazdu fundował i wszystkie formalności załatwiał pracodawca. Ponieważ żona Elżbieta – pochodząca z rodziny Walczaków z Rokutowa, nie chciała od razu z mężem i synem jechać, więc została u rodziny i dopiero kilka miesięcy później, kiedy mąż miał już trzypokojowe mieszkanie w Bruay les Mines, ruszyła z synkiem w świat.

Na zdjęciu z rodzicami

Jan dorastał we Francji, mama dbała o to, żeby nie zapomniał języka polskiego, tym bardziej, że w wieku 6 lat poszedł do szkoły. We wspomnianej już książce Jan Pawłowski barwnie opisuje życie we Francji, gdzie był nawet u I Komunii św.  Pisze o francuskiej szkole, gdzie dzieci polskich emigrantów dobrze się uczyły, o egzaminach, które trzeba było zdawać po każdym roku nauki.

W 1932 roku urodziło się Elżbiecie i Stefanowi drugie dziecko – mała Stefania. Pan Jan w książce wspomina o gratulacjach od mera miasta, o licznych przesyłkach z ofertami odżywek, odzieży, zabawek, które przynosił listonosz rodzinom, w których urodziło się dziecko.

Z książki wynika, że na początku lat 30. „powiększała się liczba bliskich krewnych”, którzy przyjechali do pracy  do Francji. Jednak w latach 30. sytuacja emigrantów zaczęła się we Francji  pogarszać, dlatego Elżbieta i Stefan Pawłowscy postanowili wrócić do kraju.

Jan był już wtedy uczniem technikum zawodowego, ale naukę przerwał, bo chciał zarabiać w kopalni jako maszynista. Obsługiwał maszynę, która odprowadzała wagoniki z urobkiem do głównego ganku. Dziennie otrzymywał równowartość 5 złotych polskich, co było znaczącą kwotą. W Polsce urzędnik zarabiał 60 zł miesięcznie.

Pan Jan znalazł w internecie zdjęcie górników we francuskich kopalniach w latach 20. i 30. XX wieku

Podczas gdy Jan z rodzicami jeszcze był we Francji, w Polsce już czekało na Pawłowskich gospodarstwo w Kowalewie kupione od Niemca, który po odrodzeniu Polski, optował za Niemcami i wyjechał do Fatherlandu.

W listopadzie 1934 roku Pawłowscy zapakowali swój majątek ruchomy do wagonu i żegnani przez krewnych, którzy we Francji zostawali, ruszyli do Polski.

Po dwóch dniach wysiedli z pociągu na dworcu w Kowalewie, gdzie „czekał na nich wuj Wawrzyn z wozem konnym”. Nowy dom w Polsce rozczarował rodzinę. Płakała mama, płakała siostra – pisze pan Jan we wspomnieniach. Stary dom, stare za budowania, brak prądu. Ale za to był rower, którym mógł dojechać do centrum Kowalewa.

Dom był przy żwirowej drodze łączącej Pleszew z Dobrzycą, obok domu przebiegały tory kolejki wąskotorowej do Krotoszyna. Ponieważ  z 7 ha ziemi trudno się było utrzymać, ojciec pana Jana dorabiał,  świadcząc usługi transportowe. Jan pomagał w gospodarstwie.

Zaaklimatyzował się też w Kowalewie. Wspomina w książce o małym drewnianym kościele, w „którym było ciasno i duszno”. O proboszczu ks. Aleksandrze Szymańskim, który ożywił życie na wsi, organizując Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej i Żeńskiej. Były ogniska, był zespół teatralny, grano w siatkówkę i w koszykówkę na boisku udostępnionym przez kolejarzy.

Pan Jan wspomina Kółko Rolnicze i OSP, wycieczki do wzorowych gospodarstw rolnych, kursy i szkolenia rolnicze, budowę nowego kościoła przed samą wojną. Ciekawa historia kościoła w Kowalewie w tym linku:http://irenakuczynska.pl/ciagu-dwudziestu-wybudowal-kowalewie-koscioly/

A potem Wrzesień 1939 rok i ucieczka z Kowalewa wozem konnym na wschód.  I po kilku dniach powrót do splądrowanego domu.

Potem 5 lat okupacji, „kiedy niepewny był każdy dzień” i 28 lipca 1941 roku, kiedy zmarła mama Jana. I to on przejął jej obowiązki w domu, gotował, piekł chleb, robił masło, przerabiał mięso, robił laczki z podeszwami ze starych opon.  Rok później kolejny cios – śmierć siostry.

I okupacyjna rzeczywistość z próbami przechytrzenia Niemców podczas nielegalnego świniobicia, topienia słoniny, której zapach trzeba było niwelować przypalaniem mleka, strach, kiedy wywożono sąsiadów, chodzenie z toporkiem w kieszeni, czyszczenie cegieł ze spalonego w styczniu 1944 roku, kościoła. Pan Jan pisze, że każda rodzina w Kowalewie musiała bezpłatnie oczyścić 500 cegieł, z których wybudowano kilka domków parterowych na wsi”.

I styczeń 1945 roku, kiedy Sowieci byli coraz bliżej, pod oknami jechał  niemiecki czołg w kierunku Dobrzycy, a „ostatniego konia zarekwirował skośnooki żołnierz”. 23 stycznia na podwórko – jak pisze pan Jan – wjechała ciężarówka z trzema sowieckimi żołnierzami, wypełniona beczkami spirytusu.

I pierwsza szklanka samogonu i „sało” zagryzane  czarnym chlebem. Z tego dnia pan Jan wspomina kombinerki, które mu ukradł sowiecki żołnierz.

A potem powojenna rzeczywistość i praca w Polskim Czerwonym Krzyżu na dworcu w Kowalewie i potem w maju przy identyfikacji zwłok pleszewian zamordowanych przez Niemców jesienią 1939 roku w Boreczku. Pogrzeb ofiar w tym linku:http://irenakuczynska.pl/pietnascie-trumien-jechalo-miasto-dworca-cmentarz/

W 1948 roku Jan Pawłowski wziął ślub z Krystyną Banaszak. Małżeństwo młodych pobłogosławił ks. Aleksander Szymański w tymczasowym kościele, którym był poniemiecki barak zbudowany obok pałacu dla Szkoły Młodych Gospodyń Wiejskich, która mieściła się właśnie w pałacu Belina – Brzozowskich wysiedlonych do Generalnego Gubernatorstwa.

Zdjęcie ślubne na ścianie głównej w pokoju pana Jana

Uroczystość weselna odbyła się w domu panny młodej na ulicy Dworcowej, po czym panna młoda przeniosła się do męża.

I potoczyło się życie rodzinne i zawodowe związane z kombinatem RKS Nowy Świat.  Nie było czasu na realizowanie artystycznych pasji. Po śmierci żony pan Jan sam wychowywał pięcioro dzieci.

Teraz mieszka z rodziną córki Marii, która troskliwie się nim opiekuje. Na piętrze mieszka wnuczka z rodziną z prawnukami. Nareszcie pan Jan może się zająć tylko swoimi pasjami. A ma ich wiele.

Oprócz książek, które już wymieniłam i na podstawie których opisałam okres jego dzieciństwa i młodości, pan Jan pisze wiersze.

Umieścił je w niewielkim tomiku. Niektóre są bardzo refleksyjne. Ale – pisze je z jakiejś okazji i tylko wtedy kiedy ma natchnienie. – Jak się chwyci technikę pisania, to nie jest to takie trudne – zapewnia.

Ale to nie książki i wiersze budzą mój podziw, bo wspomnienia spisuje wiele osób. Z wierszami jest podobnie.

Ale wielki monitor i komputer z dostępem do internetu, przy którym starszy pan spędza dużo czasu, to mnie zdumiało i zadziwiło oraz zachwyciło.

A korzystania z komputera nauczył się sam. Trochę mu pomaga Szymon  Mofina – informatyk z Kowalewa.  Dba o to, żeby komputer starszego pana śmigał.
Jest to mój najstarszy klient – podkreślał Szymon, który zajrzał do pana Jana w tym samym czasie, kiedy ja u niego byłam.

Szymon  Mofina ustawia komputer pana Jana

Właściwie to przez cały czas  byłam przez starszego pana zaskakiwana. Poruszał się bez laseczki, czytał bez okularów, posługiwał się poprawną polszczyzną, słownictwo miał bardzo bogate. A kiedy trzeba było podnieść obraz i ustawić na sztalugach, pochylał się szybciej niż ja.

Z błyskiem w oku opowiadał o swoich rzeźbach, które lepi z gliny, wykopywanej – jak mówił na własnym polu. Jedną z rzeźb nawet dostałam na własność.  Znajdzie swoje miejsce przy figurce Matki Boskiej – ulepionej z gliny przez panią Stanisławę Matelską z  Białobłot.

Pomyślałem sobie, że nie święci garnki lepią i zabrałem się za pracę w glinie. Na początku to były bałwanki lepione dla wnuków na Bożę Narodzenie – zdradził mi pan Jan. Dodał, że nawet sobie zrobił koło garncarskie oraz piec do wypalania, gdzie temperatura sięgała 1300 st. C. A rzeźbą i wypalaniem zainspirował go wnuk Sebastian z Oleśnicy.

Potem zaczęliśmy oglądać obrazy. Pan Jan namalował ich dużo. Każdy członek rodziny posiada obraz jego pędzla. Wiszą na ścianach, stoją, a niektóre czekają na wykończenie. Malowania uczył się pan Jan z książek. Ma w swojej bibliotece albumy z obrazami impresjonistów i nie tylko. Ostatnio maluje tryptyki. Ramki do nich kupuje w internecie, znalazł dostawcę.

         
Prace pana Jana, kilkanaście czeka na ostatnie ruchy pędzla mistrza

Ramy do tradycyjnych obrazów robi sam.  Kupiłem 150 metrów ramek przez internet i sam obrazy oprawiam – cieszy się… I chciałoby się napisać staruszek, ale to słowo do pana Jana zupełnie nie pasuje. Kiedy mi zdradził, że różnych rzeczy uczy się, oglądając filmiki na You Tube, moje zdumienie sięgnęło szczytu. Bo działanie go nakręca – jak mówi.

Nie ma chyba rzeczy, której pan Jan nie potrafi zrobić. Pokazuje mi zegary własnej produkcji. A na zdjęciach widzę autko, które zrobił dzieciom. A jeździło ono i w przód i w tył, bo miało bieg wsteczny.


Interesują go nowości. Kiedy znajdzie w internecie albo w telewizji jakiś ciekawy program czy film, to rano sobie pośpi nawet do 9.30. Bo tak w ogóle to wstaje około 8.00. Zjada śniadanie i trochę drzemie. Potem kawka i o 13.00 obiad i znów chwila drzemki. Potem trochę komputer, trochę czytanie, malowanie. O 16.00 kawa . O 19.00 kolacja i telewizja, komputer. – Tata sobie robi co chce i kiedy chce – mówi córka Maria.

Pan Jan raczej z domu za dużo  nie wychodzi, chyba że z córką jedzie samochodem. Spacery – jak mówi się skończyły. Ale jeszcze 3 lata temu szedł w Pleszewie od rynku do koszar.

I jeszcze jeden wątek powraca – wyjazdy do Francji, gdzie spędził 12 lat.  Pierwszy raz pojechał z synem „maluchem” w latach 80.  Przypomniał sobie lata młodości, odwiedził wszystkie miejsca, które pamiętał z lat dziecinnych. Wróciły wspomnienia. W 2000 roku kuzynowie z Francji przyjechali do Polski. Teraz kontakty z rodziną we Francji trochę się poluzowały.

Jan Pawłowski chyba jest szczęśliwym człowiekiem. Ma swój świat w swoim pokoju. Obok toczy się życie wielopokoleniowej rodziny. Prawnuki wpadają do dziadka po papier do drukarki, a prawnuk Olek bawi się dziadka klawiaturą.

Pan  Jan wszystkich pamięta, a rodzina jest liczna: pięcioro dzieci, szesnaścioro  wnucząt, czternaścioro prawnucząt i piętnaste w drodze. Co 5 lat rodzina się spotyka. Kolejne spotkanie w grudniu 1919 roku. Na setnych urodzinach pana Jana.

Wśród krewnych pana Jana spisanych w jego książce odnalazłam nazwisko bratanicy żony pana Jana Aldony z Banaszaków Różanek. W tym linku artykuł o uzdolnionej krewnejhttp://irenakuczynska.pl/poetka-dziennikarka-scenarzystka-malarka-dona-rose-pleszewa-ja-znacie/

Ten tekst pan Jan będzie czytał w internecie. Mam tremę. To najstarszy mój czytelnik, który z internetem jest za pan brat. Nie będą mu musiały wnuki drukować tekstu.

Dzisiaj – czwartek 8 lutego – otrzymałam od pana Jana meilem informację następującej treści:

Dziękuję za zamieszczenie na Pani blogu wiadomości o mającej się ukazać opowieści o sędziwym człowieku. Mam nadzieję , że Pani blog wzbudzi coraz większe zainteresowanie komputerem przez Tych nieco starszych ale nadal ciekawych by poznać tajniki tego świata. Pozdrawiam JAN PAWŁOWSKI

Panie Janie, to ja dziękuję i pozdrawiam

 

 

 

 

 

 

Skomentuj na Facebooku