Irena Kuczyńska
Region szamotulski Rodzinnie

Dzbanuszek, który stał się inspiracją do urodzinowych wspomnień

Znaleziony w maminej szafie poniemiecki dzbanuszek, zainspirował mnie do napisania wspomnienia o moim rodzinnym domu w Ostrorogu. Patrzę na niego i widzę stolik, przy którym siedzi moje młodsze rodzeństwo. Babcia stawia na stoliku dzbanuszek. Być może są to moje urodziny?

W zimie  bywała w nim woda z miodem dla dzieci, w lecie kompot. Czasem kawa zbożowa z mlekiem do śniadania,  innym razem sok z marchewki.  Ciekawe, do kogo wcześniej należał, czyje dzieci piły z niego kawę z mlekiem. Jak trafił do domu moich dziadków ? Czy wojenni lokatorzy zapomnieli go wziąć, uciekając z naszego domu w 1945 roku przed Armią Czerwoną?

Dom przy Wronieckiej 20 zbudowali moi dziadkowie  Józefa i Wincenty Ratajczakowie tuż przed wybuchem II wojny światowej. /http://irenakuczynska.pl/dzieciom-wnukom-opowiadam-o-swoich-dziadkach-pradziadkach/ . Nie zdążyli w nim zamieszkać. Przez 5 długich okupacyjnych lat, nie zbliżyli się nawet do swojego domu, na który oszczędzali 12 lat czyli od dnia ślubu w 1924 roku.

Część pensji  dziadka – funkcjonariusza straży granicznej na granicy polsko – niemieckiej na Noteci,  trafiała na książeczkę.  Kiedy w 1938 roku dziadek przechodził na emeryturę, wystarczyło pieniędzy za zakup 1,5 ha ziemi w Ostrorogu przy ul. Wronieckiej. Działka była kupiona na nazwisko babci Józefy Ratajczakowej od Anny Perz.

Niewiele było domów przy ul. Wronieckiej. Licząc od Kapłańskiej: Króliczakowie na rogu, dalej dom nauczyciela, szkoła podstawowa, poczta, gospodarstwo Dymków (teraz jest tam przedszkole), magistrat, Rzyszczakowie, Kłosowie. Po drugiej stronie ulicy idąc od Rynku: Rowińscu, Gidaszewscy (mieli piekarnię), pani Hermułowa, Grzebytowie ina samym końcu Kaczmarkowie. Działka Ratajczaków leżała naprzeciwko ich gospodarstwa.

Józefa i Wincenty wraz z córkami Ireną (moja mama) i Tereską zamieszkali chwilowo w domu rodzinnym Józefy przy ul. Poznańskiej. Mieli nadzieję, że szybko dom zbudują i się wyprowadzą na swoje. Wykopano studnię, postawiono szopkę na narzędzia. Dobrze to pamięta moja mama Irena, która w 1936 roku miała 11 lat.

Na zakupionej przez dziadków działce była glina, która doskonale nadawała się do wyrobu cegły. Zamówiono więc wagon węgla ze Śląska, zbudowano na działce piec i ruszyła robota. Najpierw ekipa z Otorowa – ojciec z dwoma synami kopali glinę na polu, potem robili cegły, które następnie przez 6 tygodni wypalano. W 1938 roku  firma Pośpiesznych z Ostroroga zaczęła stawiać mury.

W 1939 roku – jak mówi mama Irena, dom w surowym stanie stał i wysychał. W środku zmagazynowano drewno na podłogi, drzwi i okna.  Resztę węgla zakopano na polu. W lecie było już wiadomo, że wybuchnie wojna. Ale była nadzieja na to, że dom uda się wykończyć i zamieszkać w nim. Było to tym bardziej ważne, że dziadkowie spodziewali się kolejnego dziecka. Najmłodsza córka Aleksandra przyszła na świat w styczniu 1940 roku.

W październiku 1939 roku do Ostroroga weszli okupanci. Nie tylko nie pozwolili wykończyć domu, ale przywłaszczyli sobie  ziemię i niewykończony dom. Mój dziadek Wincenty przez całą wojnę ukrywał się przed Niemcami w gospodarstwie teścia Tomasza Nowackiego.

Jako Hallerczyk i sanacyjny urzędnik, nie mógł swobodnie się poruszać. Babcia Józefa, po urodzeniu najmłodszej córki, zaczęła pracować w niemieckim przedszkolu w kuchni, dzięki czemu udało się od czasu do czasu przemycić coś lepszego do jedzenia do dziecka.

W 1943 roku do domu pradziadków przy ul. Poznańskiej (teraz tam mieszka mamy kuzynka Zosia Malinowska), przyszli Niemcy i zabrali umeblowanie pokoju moich dziadków dziadków, bo potrzebowali dla niemieckich rodzin przesiedlanych w okolice Ostroroga. Zabrali wszystko, tylko pierzyny zostawili i płaszczyk najmłodszej córeczki, bo płakała i nie chciała oddać.

Dom przy ul. Wronieckiej, Niemcy pośpiesznie wykończyli drewnem, które było w środku i osiedlili tam dwie Niemki z dziećmi. Miały pochodzić z domów bombardowanych w Bawarii. Nosiły się jak ,,bamberki”. Ich mężowie byli na wojnie. Takie wiadomości dochodziły do moich dziadków. Być może dziadek Wincenty sam podkradał się ,,za stodołami” na Wroniecką, żeby zobaczyć, co się dzieje z jego domem?

W styczniu 1945, kiedy było już wiadomo, że Niemcy przegrywają wojnę, dziadek Wincenty kręcił się koło swojego domu. Bał się, żeby ktoś się mu tam nie wprowadził. Tym bardziej, że ,,bamberki” uciekły a od Poznania szosą w kierunku Wronek uciekali na zachód Niemcy. Kiedy dokładnie Ratajczakowie przyszli na swoje, tego mama nie pamięta.

Jej siostra, pięcioletnia wówczas Ola, ma przed oczyma następujący obrazek. Wchodzi do domu z tatą i starszą siostrą, moją mamą a tam na podłodze w  dużym pokoju leżą Rosjanie. Jeden z nich dał dziecku czekoladkę. Bała się wziąć, ale wzięła. Mówił, że ,,takiego riebionka zostawił doma, cztoby ona nie bojałas”. Ola pamięta też, że w spiżarni była brytfanna i smalec. Chciała polizać, ale tata nie pozwolił, bał się że jedzenie jest zatrute. Tę brytfannę pamiętam, korzystaliśmy z niej, jeszcze jak ja byłam mała.

Co moi dziadkowie zastali w swoim domu, wykończonym przez Niemców? Moja mama, wówczas 20 – letnia panienka, pamięta dwa łóżka, szafę, umywalkę, leżankę, duży stół, łóżeczko i meble kuchenne.  Pamięta, że musieli za to zapłacić, mimo iż meble dziadków wywieziono w wojnę gdzieś do Jastrowa. Nikt ich po wojnie nie szukał.

Zamieszkali więc w tym, co zastali.  Oprócz brytfanny był też w domu dzbanuszek dziecięcy. Prawdopodobnie zostawiły go wojenne lokatorki. Czy przywiozły go z Bawarii, czy może komuś zabrano i im dano, tego nie wiem i już się raczej nie dowiem. Ale z tym dzbanuszkiem są związane najpiękniejsze wspomnienia z rodzinnego domu…

Z opowiadań mamy wiem, że wiosną 1945 roku, w szczycie domu, babcia posadziła orzecha, który od września 1939 roku rósł w ogrodzie  domu pradziadków przy ul. Poznańskiej. Drzewo  rośnie po dziś dzień i obdarza nas smacznymi orzechami. Czasem przymarznie, ale potem wypuszcza kolejne liście i wciąż żyje.  Z drzew posadzonych przez dziadka w 1945 roku, zostało już niewiele.

Zdjęcie domu z 6 lipca 1947 roku
Na podwórku przy domu rok ok. 1946 tuż po przyjeździe mojego Taty z niewoli niemieckiej. Prawdopodobnie są to pierwsze Jego wizyty na Wronieckiej. Na zdjęciu są Józefa i Wincenty, wszystkie trzy córki, przyszły zięć i szwagier mojego taty Stanisław Rybakowski
 

Gruszka przy studni jest najstarsza. Gdyby umiała mówić, opowiedziałaby o życiu mieszkańców domu. O weselach najpierw córek moich dziadków – Ireny (mojej mamy) w październiku 1948 roku, Tereski, która wyszła za Józia Kaczmarka z drugiej strony ulicy w maju 1953 roku, Aleksandry w sierpniu 1960 roku. Potem w domu dziadków przychodziły na świat wnuczęta: kolejno Irka (1949), Kazik (1951), Dziunia (1952), Ela (1954), Fredzia (1957). Wszystkie rodziły się w domu, chrzciny też urządzano w domu.

Rok 1948 ślub Ireny i Michała - moich rodziców z lewej obok księdza Tomasza Malepszego moi dziadkowie Józefa i Wincenty, którzy dom zbudowali. Z prawej Anna i Michał Leśni - rodzice Taty - opisani w poście poświęconym dziadkom i pradziadkom, który cytowałam wyżej, druga z lewej w krakowskim stroju Ola - najmłodsza córka Józefy i Wincentego, która od żołnierza dostała czekoladkę

Dom w roku 2016

Wokół domu wyrósł ogród i sad, stanęły rzędem ule z pszczołami, których bały się dzieci. W podwórku wyrósł chlew dla krowy, świnek, kozy, owcy, potem doszła  stodoła, kurnik, warsztat stolarski taty. W domu pojawił się wodociąg i centralne ogrzewanie. W pokojach ustawiono nowe meble, chociaż kuchnia pozostawiona przez uciekających Niemców, służyła długie lata.

W domu przy Wronieckiej 20 odbyło się sześć przyjęć pierwszokomunijnych (Oli Ratajczakówny – najmłodszej córki Józefy i  Wincentego oraz pięciorga dzieci Ireny i Michała – moich rodziców).

Dom na Nawiedzenie Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w 1977 roku

Potem z  domu wyfruwały dzieci do szkół średnich, na studia do Poznania. I kolejne wesela kolejnego pokolenia. Wszystkie w domu. I w styczniu 1975 roku śmierć dziadka Wincentego. Oczywiście zmarł w swoim domu otoczony rodziną. Potem  pod gruszą zaczęło się bawić kolejne pokolenie.

Wnuki babci Józefki zaczęły przywozić swoje dzieci. Pamiętam 80. urodziny mojego taty Michała, kiedy na podwórku pod starą gruszą spotkały się wszystkie dzieci i wnuki. Babcia Józefka już nie żyła. Też odeszła w domu i to w Wielkanoc 1988 roku. W czerwcu 2008 roku zmarł Tata Michał Leśny, też w domu.

Lubię wracać do Ostroroga. Lubię przyjeżdżać do domu, chociaż w ostatnich latach zmienił się bardzo. Ale wciąż jest w nim Mama, która czeka na mnie i cieszy się z mojego przyjazdu. Siadamy już przy nowym stole i rozmawiamy o ludziach, którzy przewinęli się przez nasz dom przy ul. Wronieckiej 20.

O wydarzeniach, które miały w nim miejsce, o sąsiadach, którzy przy ul. Wronieckiej zbudowali swoje domy. O krewnych, którzy razem z nami tworzą drzewa genealogiczne kilku rodzin. O dziadkach Józefie i Wincentym, którzy zbudowali gniazdo dla córek i wnucząt. O rodzicach Irenie i Michale, którzy je rozbudowali, ulepszyli, zmodernizowali.

Najstarsze drzewa zasadzone przez dziadka Wincentego Ratajczaka
 

Każdy mebel i przedmiot na ul. Wronieckiej 20 ma swoją historię. Niektóre meble i obrazy od lat znajdują się w tych samych miejscach. Tylko pokolenia przechodzą a dom trwa. I jest do czego wracać. Ostatnio, kiedy odwiedziłam Mamę, moja siostra wyjęła z bufetu dzbanuszek i pyta: czy pamiętasz go? Oczywiście, że pamiętam.

I zaraz widzę babcię Anię (mamę taty), jak niesie swoim wnukom kawę w dzbanuszku. Do tego kanapki. I woła nas na podwieczorek. Albo inny obrazek. Jest zima. Bawimy się w dom i przyjmujemy  gości. A na stole stoi ten śmieszny dzbanuszek. Teraz wiem, że był starszy nie tylko od nas ale i od naszego domu.

Z mamą Ireną 68 lat temu w Ostrorogu na podwórku

 

 

 

Skomentuj na Facebooku