Irena Kuczyńska
Region szamotulski Rodzinnie

Dziewięć lat temu odszedł mój tata. Ten tekst powstał z okruchów wspomnień i odruchu serca

Dziś mija 9 rocznica śmierci mojego Taty Michała Leśnego. Gdyby żył, miałby 106 lat. Może w jego losach odnajdziecie skrawki losów Waszych Ojców, Dziadków i Pradziadków?

Zdawało mi się, że będzie żył zawsze. Kiedy 30 czerwca 2008 roku moja siostra Ela zadzwoniła z wiadomością, że „Nasz tata odchodzi”, na początku nie rozumiałam i pytałam: dokąd odchodzi?  Bo nic nie zapowiadało, że to już. Tata po prostu zgasł. Jego serce przestało bić. Odszedł z tego świata we własnym łóżku, w którym spał z żoną Ireną – naszą Mamą, prawie 60 lat.

Przeżył życie długie, pracowite i niełatwe.  Urodził się (jeszcze pod zaborem pruskim) 12 sierpnia 1911 roku w Oberhausen, dokąd wyjechali z Wielkopolski do pracy jego rodzice a moi dziadkowie: Anna Brzozowska z Dalewa (pow. gostyński) i Michał Leśny z Wolkowa koło Śmigla. Tam się poznali i wzięli ślub. O moich dziadkach pisałam z okazji Dnia Babci i Dziadka.http://irenakuczynska.pl/dzieciom-wnukom-opowiadam-o-swoich-dziadkach-pradziadkach/

Dwa lata później urodziła się taty siostra Wanda, a w 1914 wybuchła I wojna światowa.  Ojciec taty został powołany do armii pruskiej i w 1917 roku został ranny, prawdopodobnie pod Verdun. Trafił do szpitala w Opolu.

W tej sytuacji babcia z dziećmi przeniosła się bliżej Opola, pod Lubliniec, gdzie mieszkali krewni dziadka.  Tu przyjechał ojciec taty ze szpitala. Tu urodził się brat Edmund.

W zapiskach, które  (zamieszczam niżej) tata po sobie pozostawił, czytam, że w końcówce wojny brakowało chleba i opału. W czasie kampanii cukrowej chodziło się na pole i zbierało buraki, z których gotowało się syrop.

Stąd dziadkowie z dziećmi przenieśli się do Strzelina, który po powstaniu II Rzeczpospolitej Polskiej, był w granicach państwa niemieckiego.  W roku 1922, jak pisze tata, ,,przez zieloną granicę przechodzili do Polski”. Celnicy ulitowali się, bo dzieci były małe i żal im było ich.

Zamieszkali w rodzinnym domu babci  w Dalewie, a potem – jak pisze tata, wyruszyli szukać swojego miejsca na ziemi.  Dziadek zajmował się handlem węglem, zbożem, lnem.

Kiedy Michał miał 14 lat, jego rodzice osiedli na dzierżawie  koło Międzychodu, gdzie akurat niszczyła drzewa sówka choinówka. Ponieważ szkołę już skończył, częściowo w Niemczech, a częściowo w Polsce, zaczął pracować przy wyrębie lasu.

W latach 1933 – 35 służył w wojsku w 58 Pułku Piechoty w Poznaniu. Rok później był na ćwiczeniach wojskowych w 69 Pułku Piechoty w Gnieźnie.

W 1935 roku rodzina przeniosła się do Binina koło Ostroroga, gdzie ojciec taty prowadził wymianę mąki, skupował zboże, rozprowadzał węgiel i nawozy sztuczne. Syn mu pomagał. Jeździł do młynów w Nojewie, w Szamotułach.

W sierpniu 1939 roku był po raz kolejny na ćwiczeniach w Biedrusku pod Poznaniem. 24 sierpnia wrócił do domu, a 29 sierpnia został zmobilizowany do 69 Pułku Piechoty w Gnieźnie.

Tu nas ubrali i ruszyliśmy pieszo do Konina. To był pierwszy chrzest bojowy. Przeszliśmy do Piątku, Łowicza i  Łęczycy – pisze Michał Leśny w swoich wspomnieniach.

19 września, przechodziliśmy Bzurę po pas w wodzie na drugą stronę w Lasy Kampinoskie.  Wszystko skończyło się nad torem kolejowym w Szymanowie – czytamy we wspomnieniach. Potem tata opowiadał, że w Szymanowie w lesie, kiedy już czuli klęskę, wykopał łopatką dołek i zakopał dokumenty. Był ranny, miał ślad po kuli w plecach, ale o tym nie mówił.

Spod Szymanowa zostali zabrani przez Niemców jako jeńcy wojenni i zaprowadzeni do warsztatów kolejowych w Pruszkowie.  Nazajutrz maszerowali do Żyrardowa, gdzie na ogrodzonym placu, pod gołym niebem, żyli do 29 września. Za dach służyła brona – pisze tata we wspomnieniach.

29 września w św. Michała, zapakowali jeńców do wagonów kolejowych i powieźli pod Kolonię na zachodzie Niemiec. W halach wystawowych spali kilka dni, po czym ,,30 niewolników pojechało do Herren do cukrowni albo do bambrów”.

W styczniu 1940 roku polskich jeńców przewieziono do lagru w pobliżu granicy z Holandią, ”gdzie nam zabrali trzewiki, wojskowe ubrania, gdzie nas odwszawili, ubrali w holenderskie dyby” .  Stąd dziewięciu mężczyzn garbaty Franz Braun zabrał do gospodarstwa Fritza w Kauswailer – Esshweiler.

Takie zdjęcie przysłał rodzicom w 1940 roku z Niemiec z niewoli

Tata wspomina, że z nim przez całą wojnę u Fritza pracowali: Orlik, Siepa, Wachowski, Bak, Jaryga, Ring, Gmerek i Pawlik.

Tak szczegółowo opisuję ten czas młodości mojego ojca, bo zostawił zapiski. Wiem, że życie na 600 – hektarowym gospodarstwie u Fritza i Guduli było znośne. Właściciel ich nie prześladował, chociaż pracowali ciężko. Potem po wojnie trwała korespondencja pomiędzy tatą a synem bauera, u którego w wojnę  pracował. W latach 80. nawet Franz tatę odwiedził w Ostrorogu.

Kiedy w grudniu 1941 roku brat taty Edmund zmarł  (po operacji wyrostka robaczkowego)  w Jędrzejowie, dokąd wysiedlono dziadków, prawdopodobnie za to, że ojciec taty należał do ,,Sokoła” , Michał  jechał na pogrzeb brata. Nie zdążył. Ale mógł potem pocieszyć swoją mamę, dla której stał się  całym światem.

W 1946 roku, po pobycie w obozie przejściowym na terenie Niemiec, Michał wrócił do Ostroroga, gdzie jego rodzice a moi dziadkowie, już zdążyli założyć niewielką restaurację.

Z rodzicami Anną i Michałem po powrocie z niewoli

Na początku Michał pomagał rodzicom. Rzucił się też od razu w wir życia towarzyskiego w Ostrorogu, gdzie zaraz po wojnie odrodził się amatorski zespół teatralny, chóry jeden świecki, drugi kościelny. Tu poznał moją mamę Irenę Ratajczakównę, o której pisałam z okazji Dnia Matki.http://irenakuczynska.pl/kiedys-mi-mamo-czytalas-teraz-ja-dla-pisze/

Występowali razem w zespole teatralnym, śpiewali w obu chórach, a 25 października 1948 roku się pobrali.

Chór św. Cecylii w Ostrorogu: pierwszy z lewej Michał Leśny, najniższa od lewej Irena z Ratajczaków Leśna – moi rodzice

Zespół teatralny – drugi od prawej stoi Michał Leśny – mój tata

Młoda para przed kościołem

Jako najstarsza z pięciorga dzieci Ireny i Michała, pamiętam tatę najmłodszego. Kiedy ja się urodziłam, miał 37 lat, ale nawet przez moment nie zazdrościłam koleżankom, które miały młodszych ojców.

Rok 1959. Od lewej – Teresa (Dziunia), Irka (od I Komunii Św.), mama, tata, Kazik u mamy na kolanach Fredka, u taty Elka

Bo mój ojciec był najlepszym, jakiego można było sobie wymarzyć w latach 50. czy 60., na które przypadło moje dzieciństwo. Oddany rodzinie bez reszty, wciąż modernizował dom dziadków, w którym po ślubie z mamą zamieszkali. Wspomnienie o domu w tym linku:http://irenakuczynska.pl/dzbanuszek-ktory-stal-sie-inspiracja-urodzinowych-wspomnien/

Umiał zrobić wszystko, za co się wziął. To on budował zabudowania gospodarcze, montował centralne ogrzewanie, wodociąg, kopał łazienkę w piwnicy, uprawiał ogród, pole, do tego pracował w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Ostrorogu jako kierownik stolarni. Zrobił papiery najpierw czeladnicze, potem mistrzowskie.

Mam w oczach obraz taty, który po godzinie 14.45,  po skończonej pracy w POM-ie,  idzie z rowerem od firmy i  ma na nim worek z trocinami, którymi paliło się latem w letniej kuchni, a w zimie w piecu od centralnego ogrzewania podpalało się nimi.  Tata zawsze pachniał trocinami. Tak mi się zdawało.

Chciało mu się chodzić na spacery, robić dla nas zabawki – domki dla lalek, wózki dla lalek, wozy dla brata, a  wieczorami prząść wełnę z barana, który chodził po zagrodzie. A potem razem z mamą dziergać dla nas swetry.

Zawsze w niedzielę, po powrocie z kościoła, wychodził z nami do ogrodu, gdzie oglądaliśmy to, co aktualnie wyrosło czy dojrzało. Zawsze czekałam na te wspólne wyjścia.

Kupował książki, czasopisma, zawsze po obiedzie czytał „Gazetę Poznańską”, która w naszym domu była prenumerowana od początku. Potem był dumny, że w niej pracuję. Czytał „Poznaj świat” i „Poznaj swój kraj”, „Horyzonty techniki”  i nas tym czytaniem zarażał. I zachęcał do nauki. Nie żałował pieniędzy na dzieci i ich rozwój.

Kiedyś nawet pojechał ze mną na konkurs recytatorski do Czarnkowa, bo nauczycielka nie mogła. Jaki był ze mnie dumny, kiedy dostałam na konkursie wyróżnienie. A ja byłam dumna z takiego taty. Był przystojny, ładnie ubrany i umiał z każdym rozmawiać.

Tata był wielkim społecznikiem i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Kiedy trzeba było zrobić nową gwiazdę do żłóbka w kościele, on był pierwszy.

Kiedy chodziliśmy do szkoły, zawsze był w komitecie rodzicielskim (on albo mama) i zawsze wspierał szkołę, kiedy było trzeba. Nigdy nie żałował swojego czasu, pracy a nawet pieniędzy dla innych.

I grał. Na wszystkim. Kiedy byliśmy mali, miał zespół, który grał na zabawach. Tata grał na akordeonie, na skrzypcach i na klarnecie. W domu grał kolędy na skrzypcach. Ten talent do grania na wszystkim odziedziczył po tacie brat.

Pierwszy z prawej  z klarnetem Michał Leśny

Z lewej w okularach

I ten klarnet pozostał najdłużej. Miał prawie 80 lat, kiedy w ostrorogskiej orkiestrze dętej grał na klarnecie w Boże Ciało na procesji, 1 maja w pochodzie oraz na innych imprezach i uroczystościach. Do partii nigdy nie należał.  Miał charakter.

W latach 80., kiedy wikariuszem w Ostrorogu był  ksiądz Tomasz Maćkowiak, mój tata był w komitecie budowy kaplicy na cmentarzu parafialnym. Pracował tam społecznie. I rozliczał pracę innych. Pozostały notatki z rozpiską roboczogodzin.

Mama do dziś wspomina, jak pod wieczór szła na cmentarz po tatę, a on siedział na dachu kaplicy i montował dzwoneczek. Był sam. Wszyscy już się rozeszli. I przestraszyła się. W końcu był już starszym człowiekiem.

Kiedy kaplicę święcono w 1992 roku, w Ostrorogu gościł  biskup pomocniczy Archidiecezji Poznańskiej Stanisław Napierała. To on, dziękując mojemu tacie za pracę przy budowie kaplicy, mówił, że jutro wyjeżdża do Kalisza, gdzie obejmie urząd ordynariusza nowej diecezji kaliskiej.

Kaplica, której jednym z budowniczych, był mój tata

Mój tata był strażakiem, co prawda wspierającym i wspomagającym. Nie było imprezy strażackiej bez Michała Leśnego. Kiedy był już staruszkiem, odbierał w Urzędzie Wojewódzkim w Poznaniu dyplom honorowy dla najstarszego strażaka w Wielkopolsce.

Swoją pracowitość tata przekazał nam w genach. Nigdy nie siedział bezczynnie, zawsze coś robił, nawet wypoczywał czynnie, najczęściej z nami na spacerze albo nad jeziorem. Zawsze z mamą jeździli na wycieczki czy to z taty pracy, czy potem z parafii.

Będąc na emeryturze, pomagał w pracach gospodarskich najbliższym krewnym. Mając 73 lata, był z mamą i z siostrą Elżbietą w Tatrach. Spisywał wspomnienia z tego wyjazdu.

Odkąd pamiętam, tata pisał dziennik. Ot, takie zapiski. Pogoda ładna, albo pada deszcz. Posadziliśmy w ogródku marchew i buraczki.  Irka dzisiaj przyjechała.  Zrobiliśmy dach na kaplicy. Potem, rok do roku porównywał pogodę, zasiewy i wydarzenia rodzinne. Został po tacie stos kalendarzy.

A potem dzieci wyfrunęły z gniazda. Troje skończyło wyższe studia, dwie siostry mają średnie wykształcenie. Przyszły wnuki i chrzciny, pierwsze komunie, przyjazdy do babci i dziadka na wakacje.  I absolutoria wnucząt. Cała dziesiątka ukończyła studia wyższe.

Świętowaliśmy  jubileusze naszych rodziców, 45. rocznica ślubu, złote gody i 55. rocznica z dziećmi,  wnukami i prawnukami.  90. urodziny taty były bardzo uroczyste. Ale na każde kolejne przyjeżdżaliśmy.

Złote gody 1998. W drodze do kościoła

Kiedy 20 lat temu życie spłatało mi figla, znów zbliżyłam się do rodziców. Tata nigdy nie pytał, dlaczego przyjeżdżam do domu sama. Ale wszystko rozumiał. Zawsze odprowadzali mnie z mamą na rynek na przystanek autobusowy.  Potem szli tylko do połowy drogi i stali i kiwali na pożegnanie.

Potem już tylko mama szła, a tato stał pod orzechem i czekał, aż mama wróci. A potem już chodziłam sama, a oni mi kiwali na pożegnanie. Wtedy jeszcze tata wychodził na ogród, gdzie siedział na specjalnie zrobionej stabilnej ławeczce.  Potem już tylko na podwórko wychodził.

Często odwiedzała wujaszka Agnieszka – córka mojego kuzyna Mariana, który mieszka naprzeciwko. Wspierała rodziców siostra Elżbieta, która z nimi zamieszkała.

Aż  przestał wychodzić z domu. Wiernie towarzyszyła mu nasza mama. Pamiętała o lekarstwach, o diecie, o rozmowach z mężem. A on ją szanował. Przytulony do niej, spokojnie przeszedł na drugą stronę tęczy. Na pewno był szczęśliwy.

Pogrzeb miał piękny. Żegnała go bliższa i dalsza rodzina, sąsiedzi, znajomi, a nawet burmistrz miasta i gminy Ostroróg. Był najstarszym mieszkańcem miasteczka. Żegnaliśmy  go w kaplicy, którą budował. Przy ołtarzu stanęło ośmiu księży zaprzyjaźnionych z rodziną.

Nieśli go do grobu strażacy. Spoczął z rodzicami i bratem na ostrorogskim cmentarzu. A ja, ilekroć jestem w Ostrorogu, zawsze idę na cmentarz, żeby mu szepnąć: śpij mój kochany Michałku. Aniołki na grobie ustawiła mu najmłodsza córka Fredka.

Zapiski taty o jego życiu…

Skomentuj na Facebooku