Irena Kuczyńska
Region szamotulski Z historii

Matura, tyle razy ją zdawałam i zawsze kwitły kasztany

Czy wiesz, że klikając w reklamy wspierasz funkcjonowanie mojego bloga?

Przeżywałam egzamin maturalny wielokrotnie –   jako  maturzystka, jako egzaminator lub członek komisji i jako  matka a także babcia maturzystów.

Mój egzamin maturalny zdawałam 51 lat temu w Liceum Ogólnokształcącym w Szamotułach. Pół wieku minęło a ja pamiętam ostatnią niedzielę przed pisemnym z języka polskiego. Akurat wtedy była pierwszokomunijna uroczystość mojej najmłodszej siostry Fredki. Czułam się taka dorosła…

Nazajutrz rano jechałam do Szamotuł  o 6.00 pociągiem. Bałam się, że autobus, którym zawsze jeździłam, nie dojedzie na czas i nie zdążę. Byłam w szkole już przed 7.00 rano. Przed 8.00 zaczęli nas wpuszczać do auli. Polskiego się nie bałam, bo byłam dobra i uwielbiałam pisać. Tematu nie pamiętam, ale wiem, że był o II wojnie światowej. Byłam bardzo przejęta, nauczyciele byli tacy uroczyści, my też. Skończyłam przed czasem.

Budynek mojego liceum w latach 1963 - 1967
 Budynek liceum na początku XX wieku

Nazajutrz matematyka, nigdy jej nie lubiłam, więc trochę się bałam. Nie znałam wszystkich piszących, bo dwie klasy (w tym moja) uczyły się na I zmianie, dwie na II zmianie. Na maturze siedzieliśmy razem wg alfabetu. Trudno było liczyć na ściągę. Ale jakoś poszło. Były trzy zadania. Rozwiązanie jednego i „dobre rozpoczęcie” drugiego, gwarantowało trójkę. Tyle zrobiłam samodzielnie. A mi na lepszej ocenie z matematyki nie zależało, bo się jej mało uczyłam.

Z rosyjskiego byłam zwolniona, bo miałam piątkę na dopuszczenie do matury. Zdawałam historię, która poszła mi gładko i  biologię. Wtedy do wyboru była tylko biologia, geografia, fizyka i chemia. Wybrałam biologię, bo lubiłam panią od biologii. Matura więc była zdana.http://irenakuczynska.pl/spotkajmy-sie-szamotulach-50-maturze/

Klasa XI B 1967 rok Liceum Ogólnokształcące w Szamotułach

W latach 60. matura miała wartość. Dawała możliwości pracy w urzędzie, otwierała drogę do dwuletnich szkół technicznych, medycznych, nauczycielskich. Z maturą można było zdawać na studia, które były oblegane. Mi się udało zdać na studia, dostać się, skończyć je i  podjąć pracę w szkole, gdzie … znów czekała mnie matura.

W ciągu 32 lat pracy w Liceum Ogólnokształcącym im. St. Staszica w Pleszewie, w Państwowej Komisji Egzaminacyjnej pracowałam 30 razy. W jednym roku (nie pamiętam kiedy) matury chyba nie było, raz byłam na urlopie macierzyńskim.

Liceum Ogólnokształcące im. St. Staszica w Pleszewie

Pierwsza matura w roku 1973 czyli w pierwszym roku pracy. Skok na głęboką wodę. W 1972 roku, jako młoda nauczycielka,  dostałam  język rosyjski  w trzech klasach czwartych. I trzeba było uczniów przygotować do matury i do egzaminu wstępnego na studia, bo język był obowiązkowy.

W 1972 roku  w pleszewskim liceum był tylko rosyjski i francuski. Język niemiecki doszedł dwa lata później, angielski jeszcze później. Masowo zdawano więc rosyjski.

Wtedy z  pomocą pośpieszyła Danuta Chorodeńska. Razem opracowałyśmy zestawy pytań maturalnych, które trzeba było do końca kwietnia oddać dyrektorowi. Pamiętam, że w zestawie z języka zawsze był temat do opowiadania, tłumaczenia zdań najeżonych zwrotami, idiomami, podchwytliwymi wyrażeniami, które miały na celu zbadanie wiedzy gramatycznej i językowej.

Trzecie pytanie to przeczytanie urywka nieznanego tekstu z czasopisma „Sputnik” i opowiedzenie go własnymi słowami. Potem doszło czwarte pytanie gramatyczno – leksykalne. W latach 70., o których mowa, w Komisji Egzaminacyjnej zasiadali nauczyciele uczący danego przedmiotu oraz dyrektor lub wicedyrektor jako przewodniczący komisji.

Ale wróćmy do roku 1973.  Nauczyciele zasiadający w Państwowej Komisji Egzaminacyjnej zatwierdzonej przez Kuratora Oświaty, spotkali się w gabinecie dyrektora Jana Piaseckiego kilka minut po godzinie 7.00. Aula i sala gimnastyczna były już przygotowane. Tablice matematyczne przyniesione i sprawdzone, czy nie ma w nich ściąg. Stoliki przez uczniów klas III ustawione.  Wtedy chyba lekcje odbywały się w szkole normalnie, dopiero w latach (chyba) 90. w czasie pisemnych matur, młodsze klasy do szkoły nie przychodziły.

Przed godziną 8.00 rozpoczęło się wpuszczanie do auli i do sali gimnastycznej. Zajmowano miejsca   wg listy. Były  okrzyki radości, jeśli  miejsce było z tyłu i jęki rozpaczy albo zawodu, jeśli tuż przed komisją. Po tematy, w zalakowanych kopertach,   jechał  dzień wcześniej dyrektor, wtedy w 1973 roku, chyba do Poznania, po 1975 roku do Kalisza.

Kiedy już wszyscy zajęli miejsca, zapraszało się dwóch uczniów, żeby sprawdzili, czy rzeczywiście koperty z tematami są zalakowane.  Potem  odczytanie tematów i zapisanie ich na tablicy.  Następnie  odczytywał je maturzysta z ostatniej ławki.

A potem ustawiało się zegar. Maturzyści mieli 5 godzin. Kartki papieru dostali odliczone i na brudnopis i na czystopis. W protokole zapisywaliśmy  dodatkowo wydane kartki papieru (ostemplowane). Zapisywało się też w protokole każde wyjście maturzysty do toalety. O której wyszedł i o której wrócił.

Przewodniczący sali pilnował, żeby członkowie komisji – nauczyciele nie zatrzymywali się przy piszących. Nie wolno było. A w oczach wielu zdających widać było błaganie o pomoc.. Niektórzy próbowali wyciągać ściągi. Wiercili się, denerwowali. Wszyscy czekali na przerwę śniadaniową.

Około 11.00 pani Borowczykowa oraz grupa mam z Komitetu Rodzicielskiego przynosiła bułki. Do auli nie miały wstępu, tylko pod drzwi. Zerkały przez szparę. Machały znajomym dzieciom. Ale to nauczyciele roznosili bułki i nalewali z wiaderka herbatę. Podczas śniadania, prace były odłożone na bok. Nie wolno też było rozmawiać.

Po śniadaniu ciąg dalszy pisania. Kiedy pierwsza osoba oddała pracę, nikomu nie wolno było już do toalety wychodzić. Komisja zapisywała w protokole numer tematu wybranego przez maturzystę i czas oddania pracy. I tak do ostatniego ucznia.

Kiedy ostatni maturzysta wyszedł członkowie Komisji Egzaminacyjnej brali w ręce czerwone długopisy i we wszystkich pracach, na wszystkich stronach czystopisu, zakreślali  wszystkie poprawki, skreślenia, pogrubienia i zapisywali na końcu, ile ich jest. Ilość podkreśleń i  poprawek, potwierdzali własnoręcznym podpisem.  Z pracami przewodniczący  schodził do gabinetu dyrektora, który powierzał prace do poprawki nauczycielom języka polskiego. Każdy dostawał do poprawienia prace swoich uczniów.

Nauczyciel pracę oceniał, pisał recenzję. Wiem, że w przypadku oceny niedostatecznej, czytał ją jeszcze drugi polonista. Podobnie było z matematyką, którą maturzyści pisali nazajutrz. Po kilku dniach rozpoczynały się egzaminy ustne.

W ciągu 32 lat, kilkakrotnie zmieniały się regulaminy maturalne. Był taki czas, że Komisja Egzaminacyjna od razu wystawiała oceny i ogłaszała je zdającym tego samego dnia po zakończonym egzaminie.

Do dziś mam w oczach młodych ludzi, uroczyście ubranych, którzy czekają na werdykt. Okrzyki radości, czasem lekki zawód, że ocena nie taka, bo pytania wylosowane nie były trafione. Czasem dziękowali, za przygotowanie do egzaminu. Bywały takie roczniki, że rosyjski zdawało ponad  100 osób, wtedy pracowaliśmy przez kilka dni od rana do wieczora.

Bywało, że  regulamin przewidywał obecność na egzaminie wychowawcy. Bywałam na języku polskim, rzadziej na innych przedmiotach. Pamiętam jedną z moich uczennic, która dwa razy wyciągnęła ten sam zestaw z polskiego. W maju oblała, bo nie znała treści „Chłopów” W.St. Reymonta. W sierpniu na poprawce miała pecha, bo wyciągnęła ten sam zestaw, a „Chłopów” nie przeczytała, bo nie sądziła, że znów mogą się przytrafić. Zdawała więc w maju za rok, już na „Chłopów” nie trafiła.

W latach 80. regulamin ograniczał Komisję Egzaminacyjną, która tylko proponowała ocenę z egzaminu, a Rada Pedagogiczna w głosowaniu, mogła ocenę podnieść. Było to bardzo niesprawiedliwe. Kiedyś  postawiliśmy  maturzyście ledwo, ledwo dostateczny, biorąc pod uwagę np. ,,trudną sytuację rodzinną”, a Rada Pedagogiczna, na wniosek dyrektora,  chciała mu tę trójkę poprawić na czwórkę. Na szczęście, udało się to zablokować. Byłoby to demoralizujące dla niego i dla innych. Przecież w czasie kiedy jeden maturzysta zdawał, dwoje innych do egzaminu się przygotowywało. I słyszało to przysłowiowe stękanie.

Ale pamiętam też egzaminy, których przeprowadzanie  było dla Komisji przyjemnością. I tych było najwięcej. W wielu przypadkach egzamin przekształcał się w swobodną rozmowę w obcym języku. A nauczyciel był szczęśliwy,  bo widział rezultat oraz sens swojej pracy.

Kolejna ciekawostka dotyczy uczennic w ciąży. Nie było rocznika bez ciężarnej maturzystki. Na początku, przyszłe matki – jeśli chciały, przenosiły się do szkoły wieczorowej. Potem już zawsze zostawały  w szkole młodzieżowej i  były pod ochroną. Zarówno za czasów dyrektora Andrzeja Kuliga jak i Andrzeja Szymańskiego. Pamiętam w pierwszym roku mojej pracy, dziewczyna urodziła wieczorem po ostatnim egzaminie.

W roku 1978  ja byłam w ciąży i maturzystka była w ciąży. Tylko ona w bardziej zaawansowanej. Trudno jej było „na tzw. ostatnich nogach” wysiedzieć na maturze bez ruchu 5 godzin. Ale musiała. Inny przypadek to maturzystka w ciąży zagrożonej, podczas której musiała leżeć w łóżku. Jeździliśmy ją pytać do domu, żeby mogła dostać ukończenie szkoły. Maturę zdawała za rok.

W latach 90. wprowadzono możliwość zdawania języka obcego lub historii zamiast matematyki na egzaminie pisemnym. Z tej możliwości skorzystało wielu uczniów, w tym  moje dzieci. Najstarsza córka zdawała maturę pisemną z języka rosyjskiego, dwoje młodszych z języka angielskiego.

I tu przechodzę miękko do matury moich dzieci. Przeżywałam ją podwójnie, jako matka i jako nauczycielka. Kiedy egzamin pisemny z polskiego pisała najstarsza córka, nie było mnie w szkole. Razem z moją klasą powędrowałam na pieszą wycieczkę z Pleszewa przez Baranówek, Taczanów i Łaszew.  Wiedziałam, że sobie poradzi. Była dobra z polskiego. Ale  miałam duszę na ramieniu. Przeżywałam  ten egzamin bardzo. Chciałam, żeby jej dobrze poszło. Wybierała się na polonistykę.

Nazajutrz, była w grupie   zdających  egzamin pisemny z języka rosyjskiego. Jako jej nauczycielka tego przedmiotu, byłam na egzaminie, ale nie ruszyłam się z miejsca przy stoliku komisji przez 5 godzin.  Siedziałam i przeżywałam. Nie miałam bladego pojęcia, jaki temat wybrała i jak poradzi sobie z częścią gramatyczną.

Po skończonym egzaminie, jej praca, była natychmiast w obecności dyrektora Andrzeja Szymańskiego, w jego gabinecie poprawiona przez inną nauczycielkę, oceniona i zamknięta w sejfie.  Było dobrze. Nawet bardzo dobrze.

Trzy lata później znów przeżywałam. Maturę zdawał syn. Drugi egzamin pisemny zdawał z języka angielskiego. Był przygotowany, chodził na dodatkowe lekcje,  lubił angielski, ale się bałam. Od dziecka nauczyciela oczekuje się więcej niż od innych dzieci. Tak przynajmniej było. Egzamin ustny zdawał z języka rosyjskiego. Ja go nie uczyłam (na szczęście), ale w Komisji Egzaminacyjnej byłam, bo trzeciego rusycysty w szkole nie było. Trzymałam za niego kciuki, miałam serce w gardle. Na szczęście, pytania mu podeszły i zdał pięknie. Zresztą był przygotowany. Umiał wszystko, razem się do tego egzaminu uczyliśmy.

Pięć lat później matura najmłodszej córki. I kolejny stres. Pisemna matura  z języka angielskiego. Oczywiście chodziła na dodatkowe lekcje do dwóch anglistów, więc nie bałam się o to czy zda, tylko raczej jaki będzie wynik egzaminu, bo wybierała się na anglistykę. Było dobrze, a nawet bardzo dobrze. Pamiętam, że zdawała też język polski i historię, swoją ulubioną. Na jej egzaminach, na szczęście, nie byłam.

W ciągu 14 lat, które minęły od mojego rozstania ze szkołą, wiele się zmieniło. Pytania egzaminacyjne przychodzą z zewnątrz. Maturzystów nie może odpytywać nauczyciel, który ich uczył. Prace pisemne są poprawiane przez niezależnych egzaminatorów. Nie ma ocen, tylko są punkty. W przypadku języka wystarczy niewielka wiedza, żeby zdobyć  minimum punktów. Kiedyś za takie ,,minimum z minimum” maturzysta pewnie by dostał od nas niedostateczny. Ale nie chcę nikogo ani niczego  oceniać.

Ot kilka uwag starej nauczycielki, która bywała czasem zapraszana do Komisji Egzaminacyjnej w swojej szkole.

Rok temu trzymałam kciuki za  za mojego  najstarszego wnuka, który zdawał egzamin w jednym z gdyńskich liceów.

W tym roku wszystkim maturzystom, gdziekolwiek swoje egzaminy zdają, życzę im tego, czego  przez lata życzyłam wszystkim moim maturzystom: „ni pucha ni piera” – co po rosyjsku znaczy „połamania!”.

Zdjęcia kilku moich klas maturzystów z Liceum Ogólnokształcącego im. St. Staszica w Pleszewie

       

 

Aktualizacja 5 maja 2019

Skomentuj na Facebooku