Irena Kuczyńska
Region Pleszewski Z historii

Historia rodzinna z bronią zakopaną w ogródku

 50 lat przeleżała w ziemi broń zakopana w ogródku przy ulicy Glinki 8 w Pleszewie. Karabiny i amunicja należały do Armii Krajowej.

23 stycznia 1945 roku, dzień przed wyzwoleniem Pleszewa przez Armię Czerwoną,  zgromadzoną w stodole broń,  zakopano w ogrodzie. Przeleżała tam pół wieku. Wykopano ją podczas budowy nowego domu. Ciekawą historię, ze swoim ojcem Franciszkiem Prędkim w roli głównej, opowiedział mi dr Ryszard Prędki, absolwent pleszewskiego liceum, od lat mieszkający i pracujący w Poznaniu. A zainspirował mnie do tej rozmowy Ryszard Belak – kolega Ryszarda Prędkiego z ławy szkolnej. Będąc u przyjaciela – lekarza  na badaniach okresowych, dostrzegł na jego biurku zdjęcia broni i amunicji. Wysłał je do mnie z numerem telefonu przyjaciela.I tak powstała opowieść o miejscu i ludziach, zwłaszcza o jednym człowieku – st. sierżancie Franciszku Prędkim, żołnierzu zawodowym  57 pułku piechoty 14 dywizji wielkopolskiej i 70 pułku piechoty, a w czasie okupacji hitlerowskiej żołnierzu Armii Krajowej. Ale o jego niezwykłych czynach najmłodszy syn, urodzony w 1945 roku Ryszard, dowiedział się dopiero kiedy był licealistą.

St. sierż. Franciszek Prędki urodził się w 1900 roku w Piekarzewie. W czasie I wojny był żołnierzem  armii pruskiej, pieszo wrócił do domu z francuskiej niewoli. Dobrze w pruskiej armii wyszkolony, postanowił w wojsku zostać. Współtworzył wspomniany już 57 pułk piechoty 14 dywizji wielkopolskiej. Walczył w wojnie polsko – bolszewickiej w latach 1919/1920 roku. Niżej zdjęcie dowództwa 57 pułku piechoty wielkopolskiej.Syn podkreśla z dumą, że ojciec  zdobył aż 6 krzyży walecznych, z tego 4 za udział w wojnie polsko – bolszewickiej. Jeden z nich dostał za akcję nad rzeką Berezyną. W rodzinie przetrwała relacja Franciszka Prędkiego z tej brawurowej akcji. W czteroosobowej grupie zaczaili się na pociąg pancerny, który nadjeżdżał zza Berezyny, z którego ostrzeliwano polskie pozycje. Czterech ochotników z niewielkim działkiem przyczaiło się na zakręcie, gdzie zwykle pociąg zwalnia. Strzelili w tłok, unieruchomili pociąg, w kłębach pary z uszkodzonego tłoka, uciekła załoga pociągu. Tymczasem do czterech ochotników dotarli żołnierze z pułku i wynieśli z niego amunicję. Uruchomili lokomotywę i na wstecznym biegu ruszyła ona w kierunku mostu, który saperzy wysadzili. Pusty pociąg wpadł do Berezyny – relacjonuje  Ryszard Prędki. Dodaje, że piąty krzyż otrzymał ojciec za Kampanię Wrześniową, szósty za działalność w Armii Krajowej.Tymczasem wracamy do roku 1920. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Franciszek Prędki zostaje w wojsku w Poznaniu w 12 pułku piechoty wielkopolskiej.

W 1930 roku przeniósł się z Poznania do Pleszewa do 70 pułku piechoty i przejął w spadku po bezdzietnym stryju gospodarstwo przy ul. Glinki 8. (Teraz posesja jest oznaczona nr 21 – dop. IKA). Był szefem kompanii i jednocześnie prowadził swoje małe gospodarstwo  – wspomina syn. Pomagała mu żona Stanisława, którą poślubił 4 lata wcześniej. Z tego związku urodził się w 1928 roku syn Tadeusz i w 1937 córka Zofia. Na zdjęciu niżej Franciszek i syn Tadeusz.Niestety, w 1938 roku żona zmarła. W połowie sierpnia 1939 roku Franciszek Prędki powtórnie wstąpił w związek małżeński. Jego wybranką została Janina – córka  piekarza z ulicy Tyniec. Ale i druga żona odeszła przedwcześnie i to w tragicznych okolicznościach.1 września 1939 roku, wraz z dziećmi swojego męża z pierwszego małżeństwa – Zofią i Tadeuszem, wsiadła na stacji w Kowalewie do pociągu, który zmierzał na wschód pod Lwów, gdzie rodziny żołnierzy 70 pułku piechoty – 288 osób, miały „bezpiecznie przeczekać wojnę”.

Kilka dni wcześniej oficerowie i podoficerowie służący w 70 pułku piechoty zostali zmobilizowani i poszli na wojnę z  nadzieją, że ich bliscy będą  na wschodzie Polski bezpieczni. Tymczasem 9 września 1939 roku, pociąg z cywilami, został ostrzelany na stacji w Komarnie koło Lwowa. Podczas nalotu dywanowego zginęło ponad 100 osób. Nazwiska zabitych 113 pasażerów pociągu można odczytać na tablicach na wspólnym grobie ofiar w Komarnie na Ukrainie. Na jednej z nich wyryto nazwisko Janiny Prędkiej. Miała 29 lat.Wśród osób, które przeżyły nalot, ale utraciły w nim bliskich, jest  Halina Jezierska. Historię jej życia,  pełną tragicznych wydarzeń opisałam już na blogu.
TUTAJ wspomnienia pleszewianki.
Na zdjęciu niżej Halina Jezierska (w okularach) z bliskimi w Komarnie na cmentarzu, gdzie spoczywa jej mama oraz siostra mamy.

Pani Halinka nie zagubiła się, dzięki cioci, która przeżyła nalot.  Wśród dzieci zaginionych była m.in. dwuletnia córka Franciszka Prędkiego.  Po powrocie z Kampanii Wrześniowej, wyruszył  do Lwowa   szukać Zosi. Towarzyszył mu  st. sierżant Franciszek Baran, który w nalocie stracił żonę i dwoje dzieci.

Ryszard Prędki z dumą opowiada o swoim ojcu, który odnalazł we Lwowie nie tylko swoją córkę Zofię ale też 13 innych dzieci. Wśród nich były dwie siostry Peślówny, których matka zginęła w nalocie a ojciec na wojnie.   Ryszard Prędki mówi, że jedna z sióstr, dowiedziawszy się o jego istnieniu, nawiązała z nim kontakt.  Przy spotkaniu pokazała mi dokument przewozowy w języku polskim i niemieckim, którym posługiwał się ojciec. Na pierwszym miejscu jest nazwisko mojej siostry Zofii Prędkiej, bo brat Tadeusz przyjechał do domu wcześniej z innymi wracającymi spod Lwowa – wspomina syn Franciszka Prędkiego. Przyjechały do mnie i zapytały, czy jestem synem st. sierżanta Franciszka Prędkiego i pokazywały mi dokument przewozowy w języku polskim i niemieckim. Na pierwszym miejscu była moja siostra Zofia Prędka – podkreśla dr Prędki, z trudem ukrywając wzruszenie.

I dalej snuje rodzinną historię. W 1941 roku jego tata ożenił się po raz trzeci. Znalazł żonę za przysłowiową miedzą.  Aniela pracowała w gospodarstwie u baldendeutscha, który sprowadził się na gospodarstwo wysiedlonych Czajków.  Franciszek Prędki pomagał sąsiadowi Fuhrowi i tam przyszłą żonę spotykał. Pobrali się i mieli jeszcze troje dzieci, dwie córki: Zdzisławę i Joannę oraz  syna  Ryszarda. Urodził się w 1945 roku, więc o działalności konspiracyjnej ojca dowiedział się od rodziców, kiedy trochę podrósł.

Mama wspominała,  że w czasie okupacji ojciec często znikał z domu. Chodził w lasy w kierunku Kotlina i  Zawidowic.  Nocami do stodoły przy ulicy Glinki 8 znoszono broń, która pochodziła z różnych źródeł.  Franciszek Prędki, ze względu na  bezpieczeństwo,  nie we wszystko mamę wtajemniczał. Ale ona, jak się później okazało, dużo widziała i się domyślała.Około 23 stycznia 1945 roku, kiedy każdego dnia spodziewano się wejścia Armii Czerwonej,  Franciszek Prędki postanowił  zmagazynowaną w stodole broń zakopać w ogródku. Razem z żoną i synem Tadeuszem oliwili karabiny, zawijali w papę dachową i oddawali na przechowanie ziemi.  Kiedy wojna się kończyła i wchodzili na ziemie polskie czerwonoarmiści, dowódcy Armii Krajowej przewidywali, że „wkrótce broń może się  przydać, aby pogonić Rosjan z Polski”. Usłyszał to od rodziców Ryszard Prędki, wiele lat później, już jako student Akademii Medycznej.
Wspomina sytuację, kiedy ojciec odmierzył kilka kroków od stodoły do ogródka i kazał mu kopać. Wydobyliśmy  z ziemi koszyk pełen nabojów.  Wtedy też rodzice mi zdradzili, że w styczniu 1945 roku, ukryto w ziemi broń   – wspomina Ryszard Prędki.

Wydobyto ją 25 lat później. Wyrosło i wydoroślało kolejne pokolenie rodziny Prędkich. Rozebrano stodołę a w ogródku siostrzenica pana Ryszarda planowała budowę domu. Jej mąż Janusz, wtajemniczony przez  rodzinę, wykopał z ziemi broń ukrytą tam w styczniu 1945 roku. Był to początek lat 90.  Franciszek Prędki nie doczekał tej chwili. Odszedł w 1973 roku. Jego żona, która dożyła 90. roku życia, mogła  być świadkiem tego wydarzenia. Podobnie jak najstarszy Prędki – Tadeusz, który w  zakopywaniu broni uczestniczył.

Oczom wykopujących  ukazało się 10  długich karabinów dla piechurów – każdy innego typu,  w tym
1 niemiecki ręczny karabin maszynowy z podpórką na lufę MG34 , 6 skrzyń wyładowanych taśmami z nabojami
– wymienia Ryszard Prędki. Dodaje, że mnóstwo amunicji leżało luzem, zebrano tego 2 worki. Były też lufy zapasowe, naboje z  płaskim czubkiem do polskiej rusznicy przeciwpancernej, 1 skrzynka granatów ręcznych niemieckiej produkcji – wszystko skorodowane, przerdzewiałe, kruszyło się w rękach, drewno zgniło ale części metalowe przetrwały – mówi dr Prędki. Wszystko to oddałem do Muzeum Regionalnego w Pleszewie, dołączając kartkę z opisem. Chętnie to wzięli – podkreśla. Myślę, że magazyn broni w stodole był ewenementem na szerszą skalę – mówi Ryszard Prędki. I jeszcze raz wraca do ojca, z którego jest bardzo dumny. Mówi, że z krzyżami walecznych za udział w wojnie z bolszewikami miał on kłopoty jeszcze po II wojnie światowej, kiedy dręczono go coraz wyższymi
kontyngentami. Potem to uspokoiło się, ale st. sierżant Franciszek Prędki do wojska nie wrócił. Pracował na gospodarstwie,  był  skromnym człowiekiem z ulicy Glinki.Kustosz Muzeum Regionalnego w Pleszewie Witold Hajdasz  potwierdza, że w muzealnych magazynach leżą oddane przez rodzinę Prędkich w depozyt destrukty, bo broń, która 50 lat przeleżała w ziemi, jest pordzewiała i się rozlatuje przy dotknięciu. Ale jest zabezpieczona. Karabin maszynowy MG 34 był kiedyś wystawiony na wystawie związanej z 70 pułkiem piechoty. Był też rekwizytem podczas pikniku historycznego organizowanego przez Drużynę Tradycji 70 Pułku Piechoty. Co pamięta i wspomina historyk Michał Kaczmarek – pasjonat historii pleszewskiego pułku.

 

 

 

 

 

 

Skomentuj na Facebooku