Irena Kuczyńska
Najnowsze na blogu Pleszewianie

Paweł Michaliszyn – pleszewski Free Bird –

Czy wiesz, że klikając w reklamy wspierasz funkcjonowanie mojego bloga?

Wszystko w moim życiu jest muzyką – mówi Paweł Michaliszyn, dziennikarz muzyczny, właściciel sklepu Muzak w Pleszewie. Warto go poznać bliżej.

Po kądzieli Wielkopolanin, po mieczu Kresowiak spod dawnego Stanisławowa (dzisiaj Iwanofrankowsk na Ukrainie). Urodzony w Pleszewie i od 41 lat zakochany w swojej żonie Ewie, która też pokochała muzykę.Pewnie dlatego funkcjonują zgodnie od tylu lat i emanują niezwykłym ciepłem i życzliwością. Zwłaszcza w zaciszu domowym, a dokładnie w salonie, wypełnionym półkami pełnymi książek i płyt ze sprzętem do ich odtwarzania. Miejsce wolne nad kanapą jest pełne oprawionych plakatów, zdjęć, także rodzinnych. Z niewidocznych głośników sączy się muzyka, a my rozmawiamy o muzycznych zainteresowaniach Pawła, które przesiąknęły do życia codziennego i są obecne w życiu całej rodziny, zwłaszcza żony Ewy, ale dzieci też.
Gdzie się poznali? Oczywiście w Pleszewie, gdzie każde z nich mieszka od urodzenia. Przez koleżankę Ewy – Anulę. Wiedziałam, że jest taki Michaliszyn, myślałam, że mnie nie lubi, nawet się go bałam, bo miał naturę gwałtownika i to nieprzewidywalnego. A wyróżniał się, biegał zawsze z płytami pod pachą, oryginalnie ubrany i opowiadał tylko o muzyce – wspomina Ewa początki ich znajomości.
Poprosiła Anulę, żeby zdobyła jej zdjęcie Pawła, oczywiście dyskretnie. Ale nie udało się, Anula zdradziła Pawłowi, kto jest zainteresowany fotką i przyniosła koleżance podarowany przez Pawła portret w ołówku. Zajmuje on honorowe miejsce w albumie, który podarowała Ewa mężowi z okazji 50. urodzin. Pawłowi Ewa też się podobała. Liczył na to, że dzięki Anuli, uda się zaprosić dziewczynę na randkę. I udało się, umówili się na starym dworcu autobusowym. Paweł zaprosił Ewę do domu na wspólne słuchanie muzyki. Leciała muzyka grupy LED ZEPPELIN i cały pokój Pawła był wyklejony plakatami tego zespołu.
Rozmawiali o swoich zainteresowaniach, ulubionych lekturach i kiedy Paweł usłyszał, że Ewa czyta Dostojewskiego i Łysiaka i słucha również LED ZEPPELIN, pomyślał: taka dziewczyna i na dodatek czyta Łysiaka i słucha LED ZEPPELIN – to niemożliwe. Ewa oczywiście słyszała wtedy Led Zeppelin po raz pierwszy, ale wystarczyło przecież rozejrzeć się po pokoju…

Chodzili ze sobą 5 lat. Ona była uczennicą pleszewskiego liceum, a po drugiej klasie przeniosła się do ekonomika w Kaliszu. Paweł, za namową mamy, trafił do technikum rolniczego w Marszewie, mimo iż marzyło mu się liceum plastyczne. Ale mama chciała, żeby syn zdobył konkretny zawód.
Ewa z dyplomem technika ekonomisty trafiła do administracji szpitala, a kiedy pojawiła się możliwość pracy w oświacie, szybko znalazła pracę z mieszkaniem w przedszkolu w Wierzchach gm. Gizałki. Paweł po maturze w Marszewie odbył staż w Kotlinie a potem już zawsze, jak mówi – pracował w kulturze. Z wyjątkiem kilku lat przepracowanych… na PKP, tam gdzie dzisiaj jest Zajezdnia Kultury. Ale o tym za chwilę. Niżej fotki z al bumu
Tymczasem siedzimy i razem oglądamy album pełen rodzinnych zdjęć, z Pawłem w roli głównej. Wspólne życie Michaliszynowie rozpoczęli w Wierzchach, gdzie Ewa dostała mieszkanie. Mówią, że z pieniędzy weselnych kupili sobie psa – owczarka niemieckiego. Mieszkali z nim w Wierzchach 3 lata. Do miasta dojazd nie był łatwy – z Wierzchów do Gizałek pieszo i stąd autobusem do Pleszewa do pracy na kolejce. Paweł mówi, że przeszedł tam wszystkie stopnie awansu, od wagonowego do dyżurnego ruchu. Nigdy, co prawda, nim nie byłem, ale uprawnienia miałem – zaznacza. Miał też epizod sprzątacza w spółdzielni Zryw. Ewa akceptowała te wszystkie zmiany, te pawłowe poszukiwania miejsca na ziemi. Byłam minimalistką, miałam pracę, byłam zakochana a on okazywał mi tyle miłości i przywiązania – wspomina. Paweł z paroma przyjaciółmi, razem słuchali muzyki, czytali podobne książki, byli pleszewską awangardą. Umykali przed propagandą PRL-u na emigrację wewnętrzną pełną książek, muzyki i rozmów.
Eksperta od muzyki jako pierwszy wypatrzył Jan Piasecki, kiedy w 1993 roku tworzył się „Tygodnik Pleszewski”. I tak kolejarz zaczął pisać o muzyce ale marzył o dziennikarstwie radiowym. Czułem, że mam potencjał, że potrafię mówić o muzyce, ale bałem się – wspomina Paweł. Ale kiedy życie podsunęło mu okazję, skorzystał z niej. Było to w roku 1995, kiedy Piotr Piotrowicz tworzył w Jarocinie „Ja-radio”.
Paweł postanowił zaryzykować, złożyć mu wizytę i ofertę współpracy. Wspomina to tak: wchodzę na górę, do radia, widzę faceta z brodą, który rozmawia przez telefon. – Poproszę z szefem placówki – mówię. Słyszę – słucham! Mówię, chciałbym u was pracować, zrobię panu najlepszą muzyczną audycję w kraju. – W czwartek o 20.00, ma pan pierwszą audycję – słyszę odpowiedź – dodaje Paweł.

Dni pozostające do owego czwartku, Paweł spędził na pisaniu konspektu, czterostronicowego. Ale w kontakcie z z mikrofonem, zapomniał o konspekcie. Nadawał na żywo. Ja kocham muzykę – mówi „z dzikością w oku i marszczy swoje krzaczaste brwi”. Ewa uważa, że ma to po przodkach po mieczu, którzy pochodzą z Kresów.
Bo w życiu Pawła są trzy miłości: Ewa, muzyka i dzieci, a może muzyka, Ewa i dzieci. Nawet nie pytam, co od czego jest ważniejsze, bo widzę jakim zakochanym wzrokiem Paweł wodzi za żoną, jak patrzy na półki zastawione płytami i z jaką miłością mówi o dzieciach: Marcie i Mikołaju.
Ewa mówi, że nigdy nie walczyła z pasją muzyczną Pawła. Nie namawiała do sprzedaży którejś płyty z kolekcji, kiedy brakowało pieniędzy. Nie chciałam faceta, który by nie miał pasji i nie mógł się realizować. A kolekcja płyt Pawła rosła. Ludzie nawet w Polsce zaczęli go kojarzyć, „o, to ten Michaliszyn od hard rocka i southern rocka”. Kiedyś, nie było dvd, nie było kompaktów. A dobrą muzykę przysyłał mi wujek, brat ojca – mówi Paweł.
Ale nadszedł trudny czas kiedy kolekcja płyt gramofonowych została sprzedana. A stało się to wtedy, kiedy zastanawiałam się czy dzieciom kupić loda czy chleb – mówi Ewa. Paweł spakował płyty w kartony i sprzedał. Nie miałem w domu muzyki – wspomina. Na szczęście, udało się w ciągu 10 lat odtworzyć kolekcję na nowo. Ma wszystkie płyty winylowe tych zespołów, które go interesują.
Tymczasem wracam do pierwszej połowy lat 90., kiedy Paweł współpracował z „Ja-radio” i z „Gazetą Jarocińską”, do której pisał teksty o muzyce. Kolega tłumaczył pawłowe teksty na język angielski, zespoły wysyłały mu swoje płyty. A on grał ich utwory po raz pierwszy w Polsce. Wtedy świat mi się otworzył. A Ja- radio było jedynym rockowym radiem w Polsce – mówi Paweł Michaliszyn. Kiedy jarocińskie radio skończyło swoją działalność, Paweł już był w kaliskim Radiu Centrum. A jego audycja nadawana w środę wieczorem na 106,4 FM, stawała się coraz bardziej znana. Jego artykuły drukowały czasopisma „Metal Hammer”, „Tylko rock”, „Twój blues”. Napisał też suplement do „Jeźdźców Północy” – biografii The Allman Brothers Band i w tej samej książce napisał historię Warrena Haynesa i zespołu Gov’t Mule. Od 8 lat, raz w miesiącu, prowadzi w Pleszewie w kinie Hel cykliczny program „Rockowy Pleszew na ekranie”. Ma on grupę wiernych fanów.
Swoje kontakty Paweł wykorzystywał, współpracując z Agencją koncertową, która istniała 11 lat. Organizowała mnóstwo koncertów a pleszewianin, mógł robić to co kochał najbardziej, opiekował się muzykami. Setki wywiadów nadal czekają na publikację. Koncerty odbywały się w Warszawie, Krakowie we Wrocławiu. Udało się spełnić największe marzenie.
Jego ukochany zespół Lynyrd Skynyrd zagrał w Polsce 3 maja 2015 jedyny koncert a on go poprowadził. Tytuł ich legendarnego utworu z lat 70. Free Bird czyli Wolny Ptak stał się jego artystycznym pseudonimem.
Na zdjęciu niżej Paweł z zespołem Lynyrd Skynyrd na koncercie w czasie wykonywania piosenki „Free Bird”. Przez lata był i jest ambasadorem amerykańskich zespołów Lynyrd Skynyrd i Gov’t Mule w Polsce. Lista zespołów ze Stanów grająca w Polsce jest obszerna. Oto kilka z nich: Dickey Betts and Great Southern, Point Blank, Molly Hatchet, Royal Southern Brotherhood, Harry Manx, W.I.N.D. ,Joe Bonamassa, oczywiście Lynyrd Skynyrd i Gov’t Mule, ten drugi wielokrotnie,White Buffalo, King King, Dr. John, Blind Boys of Alabama, Derek Trucks Band.
Na zdjęciu poniżej Paweł z Dr.John_01
Na zdjęciu niżej Paweł z synem Mikołajem i zespołem Point BlankNiemal z każdym wykonawcą Paweł pozostaje w prywatnym kontakcie. Świat się nagle skurczył. Wychodziłem na scenę z moimi bohaterami, z żywymi legendami.
Niżej z Jakem Smithem
Niżej na zdjęciu z Warrenem HaynesemNa zdjęciu niżej z Dickeyem Bettsem z Alman Brothers BandNa zdjęciu niżej z zespołem Gov’t MuleNiżej na zdjęciu Paweł z córka Martą i Jonnym Langiem

Niżej na zdjęciu Mikołaj z Warren Haynes
Pytam Ewę, jak się żyje z mężem rockandrollowcem? – Barwnie, wesoło, siada się i słucha muzyki – mówi. Ewa pracuje w pleszewskiej oświacie. Wrócili do miasta, kiedy urodził się syn Mikołaj. Ale oboje przyznają, że nie zawsze było tak barwnie i wesoło. Paweł nie realizował się jako kolejarz, ale z czegoś trzeba było żyć. A znał się – jak mówi – tylko na muzyce i o tym najchętniej mówił i pisał. Zwolnił się z PKP, zaczął sprzedawać płyty aby poprawić domowe finanse. Nie zawsze wracał z pieniędzmi. Wreszcie – jak mówi – we wrześniu 1994 roku powiedział kumplom, koniec z piwem i życiem obok rodziny.

A Ewa wierzyła i ratowała sytuację na bieżąco. Paweł był miłością mojego życia, ale gdyby wtedy nic się nie zmieniło, to nie byłoby nas i naszej rodziny. Nie awanturował się. Próbowaliśmy rozmawiać. Walczyliśmy o rodzinę – zapewnia. A Paweł dodaje – nasz związek to ewenement. Bardzo chciałem być dobrym mężem i ojcem. I zgodnie dodają, trwamy w rodzinie z dziećmi, z którymi nigdy nie mieliśmy problemu.
Przez całe wspólne życie wspierałam Pawła. Zawsze stałam z tyłu, jako mistrzyni drugiego planu. Nie było w naszym życiu miejsca na dwie pasje. Dla mnie priorytetem była rodzina i dom. Chciałabym się z Pawłem zestarzeć, ale nigdy nie zgodzę na bylejakość związku – mówi Ewa, z zawodu terapeutka dzieci głęboko upośledzonych w Szkole Specjalnej.
Ewa i Paweł są dumni, że dali światu dwoje wspaniałych ludzi. Córka Marta jest absolwentką socjologii, romanistyki i psychologii klinicznej, mieszka i pracuje w Gdańsku. Syn Mikołaj po studiach wybrał Wrocław. I Mikołaj i Marta pomagali w organizowaniu koncertów przez Agencję koncertową. Marta jako tłumacz a Mikołaj ogarniał logistykę. Marta, będąc w Nowym Jorku, spotkała zespół, który wcześniej koncertował w Polsce.. Zagrali wtedy tylko dla niej – wspomina Paweł.
Paweł ciągle pracuje jako dziennikarz muzyczny, pisząc dla specjalistycznych muzycznych pism. (Na końcu posta znajdziecie tekst, który Paweł napisał do czasopisma „Twój Blues” i drugi tekst napisany do „Metal Hammer”).
Jego radiową audycję usłyszeć można w każdą środę od godziny 23:00. Według przeprowadzonych sondaży pośród słuchaczy ale też i kolegów po fachu „Wieczór Nie Tylko Rockowy” jest jedną z najbardziej cenionych audycji w kraju. Paweł ma ugruntowaną pozycję w tej branży.
Od 20 lat prowadzi sklep muzyczny „Muzak”. Na początku mieścił się on w Jarocinie przy redakcji radia, teraz w Pleszewie przy ul. Poznańskiej 29. Rynek muzyczny jest ciężki. Coraz mniej ludzi , dodaje z żalem, chce słuchać ciekawych rzeczy. Na szczęście mam stałych klientów. W całej Polsce. A kupić u mnie można wszystko, od jazzu, przez rock, blues do muzyki popularnej – podkreśla Paweł. I dodaje, że dla swoich klientów ściągnie do Pleszewa każdą płytę z najdalszego zakątka świata.

LYNYRD SKYNYRD FREEBIRD – THE MOVIE.
Film – koncert. Bardziej koncert. Z genialnego występu Lynyrd Skynyrd na festiwalu w Knebworth Fair w Anglii. Byli u szczytu popularności. Ale już podczas poprzedniej wizyty w Europie, gdzie grali m.in. z The Who zorientowali się, jak bardzo entuzjastycznie są przyjmowani; jak niezwykle spontanicznie reagują fani na ich ostrą, dynamiczną i niezwykle urozmaiconą muzykę. W Knebworth mieli wystąpić jako support przed samymi The Rolling Stones. Przed nimi zagrali jeszcze CCR, Don Harrison Band i Hot Tuna. 21 sierpnia 1976 roku zebrało się na łąkach Knebworth ponad 260 tysięcy ludzi. Billy Powell wspominał, że był to chyba TEN dzień kiedy znaleźli się na samym szczycie. Moim zdaniem, teraz – patrząc z perspektywy czasu, wyszli wtedy na scenę i „pozamiatali” wszystko i wszystkich. Dosłownie. Stonesi wyszli po nich z prawie trzygodzinnym opóźnieniem, kompletnie pijani. I chyba nie do końca zdawali sobie sprawę, że mogli by już tego dnia w ogóle nie grać. Można sobie tylko wyobrazić czegóż trzeba by dokonać po fenomenalnym Freebird, żeby rozruszać ponownie, znudzoną długim oczekiwaniem mocno przerzedzoną publiczność. Nie było wtedy zespołu, który potrafił by to przebić. Tak naprawdę to właśnie Freebird zakończył ten festiwal. Europę mieli u stóp. I wiedzieli o tym. Wyobraźcie sobie ogromną scenę w kształcie logo Stonesów. Potężny jęzor – wybieg. Na niebie szybujący samolot i parest tysięcy ludzi oczekujących magii; i błękitne niebo… i słońce… i wiatr; i Ronnie rzucający pewne siebie spojrzenia w ludzi. Ruszyli standardowym Workin’ For MCA. Tłum zafalował porwany klasycznym southern rockiem. Był to też pierwszy wielki występ Steve’a Gainesa, który dołączył do grupy na moment przed tą trasą. Cóż ja mogę o tym koncercie Wam napisać? Przecież to mój ukochany zespół w optymalnym składzie. Koncert wręcz wymarzony. Kiedyś,   parę lat temu chwyciłem na MTV właśnie Freebird z tego występu. Po raz pierwszy ujrzałem TEN zespół w akcji. Celowo mówię TEN – bo z Ronniem. Niestety nic nie trwa wiecznie. Potrafię już jasno i bez lęku powiedzieć za Artimusem Pyle-Ten zespół przepadł w katastrofie lotniczej z idiotycznej winy niezrównoważonego pilota. Później były już tylko kalki.

I A’int The One, Saturday Night Special, Whiskey Rock A Roller, cudowny Travellin’ Man i niezapomniany Searching. To jest to moje i tych, którzy kochają ten stary, niepowtarzalny repertuar. Różni się nieco materiał z płyty i DVD. Na przykład That Smell i What’s Your Name z płyty to rejestracja z występu z Asbury Park z 13 lipca 1977 roku, a świetne wykonanie Freebird wzięto z amerykańskiego koncertu z Oakland Alameda Conty Coliseum z 3 lipca 1977 roku. Bezsensowne posunięcie. Nic nie przebije tego wykonania z Knebworth. Mam na szczęście tą „angielską” wersję na nowozelandzkim wydaniu DVD. „Standardowe” wykonania Gimme Three Steps, Call Me The Breeze, T For Texas i Sweet Home Alabama to pędząca kipiel. Niezwykle malownicza. Wyraźnie widać jak wszystkim dyryguje Ronnie. To wódz. Porusza się po scenie niczym ojciec, w odpowiednim momencie wtrącający swoje trzy grosze. Bez niego rozpędzony, fantastyczny Allen Collins nie wiedziałby kiedy skończyć. Tak, ten koncert to czyste, rockowe szaleństwo. Jakby grali na próbie w Hell House na bagnach Jacksonville, a nie przed kilkuset tysięczną publicznością. Są też i momenty komiczne; najzabawniejszy to ten, kiedy Ronnie gestem przywołuje muzyków na przód sceny i wszyscy zahipnotyzowani improwizacją dołączają do niego, tylko nieszczęsny Leon Wilkeson w połowie drogi staje jak wryty. Prawie nim zakręciło – wpięto mu za krótki kabel.

Wspominali później, że spotkali tam cały wielki świat showbiznesu, m.in. Jacka Nicholsona, Paula i Lindę McCartneyów, Johna Lennona , Billego Prestona, Jona Andersona z Yes, Erica Claptona i muzyków z The Who. Dla wszystkich gwiazdą tego dnia był Lynyrd Skynyrd. Trzy lata później, w tym samym miejscu wystąpił Led Zeppelin. Po   TYM Lynyrd Skynyrd nie było już śladu, a Led Zeppelin, jak się okazało, kończył już swój lot. I jeszcze jedno – zawsze szefem tej „bandy” był Ronnie, ale tego dnia rozbłysnęła najjaśniejszym blaskiem gwiazda Allena Collinsa. To był jego koncert. Ale to trzeba zobaczyć; chudy drągal ubrany w czerwony t-shirt i takież spodnie, był najbardziej widowiskową postacią tego letniego wieczoru. Knebworth Fair Festival to ostatni oficjalnie zarejestrowany europejski ślad po TAMTYM Lynyrd Skynyrd. Resztę historii znacie „…As Never Seen. As Never Heard. As Free As A Bird…” I to już nie wróci. Nigdy. Rok później legenda legła w szczątkach rozbitego Convair’a.

Dziesięć lat później stał się cud. W 1987 roku, w dziesiątą rocznicę wypadku i śmierci, Lynyrd Skynyrd reaktywował się. Tak naprawdę miała być to jedna, wspomnieniowa trasa. Johnny Van Zant opowiadał mi, że kiedy Gary zaproponował mu trasę z odrodzonym Skynyrd, miał już podpisany kontrakt z Atlantic Rec. na swój drugi solowy album. Był niezdecydowany, ale kiedy pewnego dnia 1986 roku w Jacksonville wszedł do pokoju pełnego wszystkich tych, którzy przeżyli wypadek, decyzję podjął natychmiast. Jak mówił „…goście prosili mnie bym stał się częścią czegoś, co było dotąd ich życiem. Ronnie do końca był z Lynyrd. Zginął w zespole; zginął z zespołem; zasługiwał więc na to by kontynuować to co zaczął i w co tak bardzo wierzył /…/ no dalej mały bracie – jestem z ciebie dumny. Śpiewaj, śpiewaj i nie pozwól by legenda umarła…” Nazwali się Lynyrd Skynyrd Tribute Band. Do Rossingtona, Powella, Wilkesona, Kinga i Pyle’a dołączył przyjaciel Allena wyśmienity gitarzysta Randall Hall wybrany przez samego, sparaliżowanego już wtedy Collinsa by zagrac jego partie. Przy mikrofonie stanął oczywiście najmłodszy Van Zant. Pamiętam dzień, gdy przyjaciółka przywiozła mi z zachodu w 1987 roku ten podwójny analog. Southern By The Grace Of God. Stałem oparty o stary, kaflowy piec i ryczałem jak dzieciak. To niemożliwe; niewiarygodne. A jednak słowo stało się ciałem. DVD Freebird The Movie zawiera dodatkowo pełen materiał z tego wydawnictwa. Na CD znajdziecie tylko muzykę. W filmie narratorem jest sam Charlie Daniels – najbliższy przyjaciel Ronniego. Oprócz obszernych fragmentów koncertów z tej magicznej trasy są tu wywiady z żonami Ronniego i Steve’a, z rodzinami Garego, Leona, Eda i Ronniego. Traficie na zapisy prób, a także na parę ujęć z samym Ronniem. Szczególnie piękne jest to, gdy rozmawia z dziennikarzem w łodzi na środku jeziora, łowiąc ryby. Pojawia się też Leonard Skinner. Nauczyciel. Kiedyś znienawidzony, dziś sławny dzięki grupie prześladowanych przez siebie wyrostków. Świetny dokument, genialny w prawdzie. Genialny w wystraszonych oczach Johnniego, kiedy przyszło mu się zmierzyć z muzyczną legendą zmarłego brata. Trasa ruszyła we wrześniu 87 roku, a Johnny dalej nie miał siły i odwagi aby wyjść na scenę i zaśpiewać Freebird. Nie śpiewał więc tego. Śpiewała publiczność. Jest jeden moment w tym dokumencie… porażający; kiedy przyjaciele z grupy wwożą na scenę przykutego do wózka inwalidzkiego Allena Collinsa. Niezdarnie macha ręką do publiczności i w blasku odprowadzającego go światła wyjeżdża ze sceny. Jakąż tragedię przeżywać musiał u schyłku swego krótkiego i burzliwego życia ten genialny muzyk…

To świetny koncert, ale brak mu energii tamtego Skynyrd. Niestety. I nie pomogą goście, a jest ich tu sporo m.in. Steve Morse, Charlie Daniels czy Jeff Carlisi z 38 Special. To JEST Lynyrd Skynyrd. A jednak…

Łza w oku i tak się zakręci, gdy przychodzi moment kiedy Johnny jednym tchem wymienia wszystkich tych których już nie ma, a publiczność jednogłośnie krzyczy – chcemy FREEBIRD. Wiesza więc Johnny kapelusz brata na statywie mikrofonu i znika ze sceny. Dalej wszystko toczy się już samo. Wolniej, oszczędniej… I smutniej. I parę tysięcy gardeł śpiewających ten jedyny w swoim rodzaju hymn Południa. Tribute By The Grace Of God to też jedna z najpiękniejszych okładek grupy. Idealnie wręcz oddaje klimat muzyki, którą zawiera krążek. Billy Powell powiedział później „…właśnie wtedy podjęliśmy decyzję – róbmy to dalej. Na każdym koncercie mieliśmy komplet publiczności. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z rozmiarów sukcesu – dopóki nam się nie ziścił…”
Pawel Freebird Michaliszyn
LATO 2004

I jeszcze jeden tekst Pawła Michaliszyna opublikowany w piśmie Metal Hammer
PORCUPINE TREE – „LIGHTBULB SUN”

W jednym z wywiadów Steven Wilson , założyciel i niekwestionowany lider Porcupine Tree wyjawił, że jego misją jest przywrócenie rockowej progresji dobrego imienia i zapewnienie jej należnego miejsca w muzyce końca lat dziewięćdziesiątych.No i trzeba mu oddać, że poprzeczka jaką Porcupine Tree ustawiło sobie na On The Sunday Of Life w 1992 roku dziś jest już niebotycznie wysoko; dostępna tylko dla nielicznych. Jakże inny jest to zespół aniżeli pozostałe z tego nurtu. Wciąż rośnie w siłę, paradoksalnie nie wymyślając w sumie niczego nowego. A jednak jest to muzyka niezwykle nowatorska, a przynajmniej sposób jej pojmowania i wykonywania przez samych muzyków jest na wskroś nowatorski.

Przecież każdy wytrawny słuchacz i tak usłyszy tu klimaty końca lat sześćdziesiątych i wyraźny wpływ rockowej psychodeli z następnej dekady. Ale Porcupine Tree nadało temu zupełnie inny wymiar. To jeden z niewielu współczesnych zespołów, którym służą techniczne nowinki. Służą, bo jak mi się wydaje są gustownie i inteligentnie wykorzystywane.

Osiem lat istnieje ten zespół, z roku na rok coraz doskonalszy, a niestety, przeciętny zjadacz chleba bronić będzie tezy, że Porcupine Tree istnieje gdzieś na obrzeżach rockowego teatru. To nie prawda. Każda kolejna płyta tej grupy to wielkie wydarzenie. Każda jest niecierpliwie wyczekiwana; szczególnie przez tych bardziej wyrafinowanych słuchaczy. I na każdej z nich Porcupine Tree zakłada coraz to inną, mniej lub bardziej tajemniczą maskę. Ciągle jednak pozostaje sobą: zespołem, którego twórczości po prostu nie da się zaklasyfikować. Kolejna odsłona to Lightbulb Sun. Niezwykle smakowita porcja dziesięciu klimatycznych kompozycji. Wiele z tych wysublimowanych dźwięków może wam coś przypominać. Tu i ówdzie pobrzmiewają jakieś dalekie echa The Beatles, Pink Floyd i King Crimson. A jakże. Ale to są przecież źródła. Psychodeliczny elementarz tej twórczości. Lightbulb Sun to muzyka autentycznie natchniona. Mniej na niej hałasu, a więcej melodii… i ciszy. Ci faceci wiedzą, kiedy nie zagrać. To w sumie dość spokojna płyta, choć mocne rockowe akcenty również się tu pojawiają. Podzielono ją na dwie części. Na pierwszą z nich składa się sześć krótszych, niemal piosenkowych utworów o zdecydowanie lżejszym ciężarze gatunkowym. Pozostałe cztery, to połączone ze sobą dłuższe formy utrzymane w bardziej mrocznym nastroju i formalnie rozbudowane. Aranżacyjno – wykonawczy majstersztyk. Słucha się tego jednym tchem (najlepiej późną nocą). Ten album błyszczy również niesłychanie równym poziomem. Pięćdziesiąt sześć minut muzyki i ani chwili znużenia. Każdy dźwięk jest wyważony i przemyślany; nie ma tu przypadku. Ta płyta od początku do końca ma słuchacza absorbować. I absorbuje.   Raz jest to leniwy akompaniament gitary akustycznej i fortepianu z uduchowionym śpiewem, a raczej szeptem wokalisty; innym razem to porażający niemal hard rockowy odjazd z genialnie zakręconą gitarą. A wszystko w naturalny sposób rozwija się i kończy. Jak na przykład Russia On Ice w którym nieco ponad trzynaście minut lewitujemy nad ziemią; albo Where We Would Be   rozśpiewana ptakami niemal transowa ballada, która mogłaby się nigdy nie kończyć. Ta płyta w całości jest taka. Genialna. Po prostu. Im częściej słuchana, tym lepiej smakuje.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj na Facebooku