Irena Kuczyńska
Podróże Rodzinnie

Refleksje związane z Świętami Wielkanocnymi

Minęła Wielkanoc, którą spędziłam za granicą. Po raz pierwszy i pewnie nie ostatni. Wspominam inne Święta Wielkanocne. A było ich trochę w moim życiu.

Zaczynam od tych, które właśnie mijają i były zupełnie inne od wszystkich poprzednich. Wielkanoc 2017 bez święconki, bez Grobu Pańskiego, bez bukszpanu, bez pisanek, bez dyngusa, bez tego przedświątecznego zamieszania, tak charakterystycznego dla przeżywania świąt w Polsce. A mimo to bardzo szczęśliwe.

W Wielki Piątek nawiedzam pobliski kościół ojców kapucynów. Polecam Bogu moją maleńką wnuczkę Biancę. Przysiadam na chwilę w kościele, gdzie odbywa się czytanie opisu Męki Pańskiej. Uczestników liturgii niewielu. Ludzie się przemieszczają, wchodzą, modlą się i wychodzą. Na miejscowej Kalwarii późnym wieczorem odbywa się Droga Krzyżowa, o czym dowiaduję się z internetu. Ale to dla mnie za daleko.

Wielki Piątek i na dole Wielka Sobota

W Wielką Sobotę znów jadę z dzieckiem do kościoła. Szukam Grobu Pańskiego, ale go nie znajduję. Nie ma też wystawionego Najświętszego Sakramentu. W ławkach kilka osób się spowiada u brodatych zakonników. Są to raczej rozmowy, zakończone rozgrzeszeniem, uśmiechem  i błogosławieństwem. Niektórzy wchodzą do konfesjonału. Ołtarz jest pięknie przybrany białymi kwiatami. Elementów Paschy nie widzę. O 21.00 ma się odbyć liturgia Wielkiej Soboty.

Tymczasem od rana miasteczko jest pełne ludzi. Jak w każdą  sobotę wszystkie uliczki są zastawione kramami. Kawiarenki i ogródki są pełne nie tylko mieszkańców Domodossoli, którzy uwielbiają spotykać się na kawie poza domem, ale też Szwajcarów, którzy zjeżdżają tu na zakupy. W soboty z Locarno do Domodossoli przyjeżdża podobno sześć dodatkowych pociągów.

Przedświąteczny ruch przy kramach, w sklepach, w kawiarniach. Jest bardzo ciepło. Siedzę i obserwują przechodniów. Włoszki odróżniają się od reszty międzynarodowego towarzystwa, są pięknie ubrane, niezależnie od wieku. Mają styl i szyk.  Domodossola – to miasto, gdzie żyje obok siebie wiele nacji.

Wielkanoc jest okazją do rodzinnych spotkań. Nie ma we włoskim domu śniadania wielkanocnego z jajkami, kiełbasami, szynkami. Jest rodzinny obiad, na który zaprasza nas Carmelina – teściowa mojej córki. Jest wspaniała lazania, pieczeń w sosie, panierowane cukinie i bakłażany, papryka pieczona i potem marynowana, involtini – zawijańce wołowe, do tego czerwone wino, które uwielbiam. Na deser kawa – mocna jak smoła w maleńkich filiżaneczkach, które wyglądają jak naczyńka dla lalek. Na deser tort upieczony przez przyjaciółkę Marianny Danielę.

Przy stole, za którym zasiadła też ciocia Antonella i kuzyn Fabio, toczą się  rozmowy o polskiej Wielkanocy i o włoskiej tradycji wielkanocnej. Marianna tłumaczy. Ja coraz więcej rozumiem. Telefon z Ostroroga od mojej mamy i siostry. SMS-y z Polski, życzenia i zdjęcia przesyłane przez messengera. Piękna pogoda sprzyja spacerom.

Idę więc z wózeczkiem przed siebie. Wkoło piękne wysokie Alpy, niektóre szczyty ośnieżone. Inne porośnięte drzewami. W kotlinie, w której przysiadła Domodossola, miejsce wybrane na życie przez  Mariannę, zagościła wiosna. Kwitną glicynie, azalie, bzy, zakwitają róże oraz krzewy i kwiaty, których nazw nie znam. Siadam i wystawiam twarz do słońca. Bianca śpi a ja wspominam …

Na spacerze z Bianką

Wielkanoc roku 1949 znam z opowiadań Mamy Ireny. Urodzoną w Wielką Środę dziewczynkę – czyli mnie, w pierwsze święto zaniesiono do kościoła w Ostrorogu do chrztu. Wtedy wystarczyło, że rodzice chrzestni przyszli z dzieckiem. Myślę, że zawieziono mnie powózką zaprzężoną w dwa siwe konie. Do najstarszego dziecka, ówczesnym obyczajem, zaproszono na chrzestnych dziadków czyli mamę mamy Babcię Józefę Ratajczakową i ojca taty – Dziadka Michała Leśnego. Co roku w Wielkanoc wspominam z Mamą mój chrzest, to znaczy proszę ją, żeby mi opowiedziała, jak to było. I mi opowiada.

Z Mamą Ireną 68 lat temu

Kolejne Wielkanoce mojego szczęśliwego dzieciństwa to koszyczki ze święconką. Mama z dużym koszykiem i pięć małych koszyczków z barankami z cukru, po które jeździło się do Poznania, z pomarańczkami, którymi trzeba było się dzielić z wszystkimi w domu, z szukaniem Zająca w pierwsze święto po śniadaniu. W dużym ogrodzie rodzice kryli pięć gniazd z prezentami a my ich szukaliśmy. Co kto znalazł, to miał. Były to słodycze i monety.  W Wielkanoc zawsze był spacer do lasu, na łąki do cioci i wuja Białasików, którzy mieszkali blisko jeziora. W drugie święto obowiązkowy był cmentarz i groby pradziadków.

Jako nastolatka lubiłam atmosferę oczekiwania na Wielkanoc. Wielki Post – Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale, Niedziela Palmowa, Triduum Paschalne – potem święconka i czekanie do rezurekcji w niedzielę na dobre jedzenie. Przed Soborem Watykańskim II (koniec lat 60.) jeszcze w Wielką Sobotę był post. Pojeść można było dopiero w niedzielę. Pamiętam też pieczenie placków, wędzenie szynek, kiełbas, robienie sałatki, gotowanie i potem jedzenie jajek – kto zje więcej. W drugie święto przychodził zwykle Mirek. Mówił : dyngus, dyngus po dyngusie, leży placek na obrusie, pani kraje, pan rozdaje, proszę o święcone jaje”. Zawsze dostawał od rodziców coś dobrego do zjedzenia i parę groszy.

Wielkanoc roku 1972 i mój ślub. W pierwsze święto tradycyjne śniadanie wielkanocne z udziałem kilkunastu osób, potem szukanie  Zajączków w ogrodzie. Pamiętam, że było bardzo ciepło. W kościele ślub za ślubem, bo jeszcze wtedy ślubów na mszach św. się nie praktykowało. Wesele było w domu, do rana. Na Wroniecką zjechała rodzina oraz koledzy ze studiów.

 Wielkanoc roku 1977 też pamiętam. Padał śnieg. Oktawia miała 15 miesięcy. Wieźliśmy ją do kościoła na saneczkach. Weszliśmy z nią do zakrystii w kościółku św. Floriana. Nasza córeczka spacerowała sobie po zakrystii i zaglądała dzieciom do koszyczków. Nazajutrz rano szłam na rezurekcję na godz. 6.00 w zimowym płaszczu i w kozakach.

Wielkanoc 1988 roku. Dokładnie pamiętam, bo wtedy zmarła moja Babcia Józefa Ratajczakowa – moja matka chrzestna. Byłam wtedy urlopowana na czas świąt ze szpitala, dokąd trafiłam przed świętami z wrzodem żołądka. Nie mogłam, niestety uczestniczyć w pogrzebie Babci, co było dla mnie trudne. I w każdą Wielkanoc to przeżycie wraca.

W połowie lat 80. Wielkanoc  na cztery koszyczki, jeden duży i trzy małe, bo każdy miał swój: ja, Oktawia, Daniel i Marianna. Było robienie baranka z masła najpierw w foremce pożyczonej, potem własnej. Nie zawsze wychodził. Było szukanie bukszpanu do dekoracji koszyczka, który jeszcze w latach 80. nie był tak popularną rośliną jak teraz. Były ciasta samodzielnie w domu przyrządzane  i noszone do piekarni przy ul. Poznańskiej. I do lat 90. zdobywanie zamiast kupowania świątecznych wiktuałów. I w pierwsze święto obowiązkowy Zajączek – albo na działce na ul. Prokopowskiej, albo w parku, gdzie  szłam wcześniej zrobić gniazdka.

Czasem były święta w Ostrorogu, gdzie powtarzał się scenariusz z mojego dzieciństwa. Aha i jeszcze jedno. Do lat 90. na Wielkanoc trzeba było mieć nowy ciuch. Przed epoką sieciówek, polowało się na materiał, z którego się szyło sukienkę, garsonkę, czasem dziergało się coś z wełny. Kto nie umiał szyć, biegł do krawcowej. Do święconki wypadało się wystroić przynajmniej w nowe buty, jeśli płaszczyk wiosenny był stary.

W 1990 roku  Wielkanoc spędziliśmy w Poznaniu, gdzie odbywała się uroczystość I Komunii Św. Joanny – młodszej córki mojej siostry Dziuni. Sakrament dzieci przyjęły w Wielki Czwartek. Spotkanie rodzinne z przyjęciem i świętowaniem odbyło się w I Święto Wielkiej Nocy.

Wielkanoc roku 2000 spędzaliśmy z Feliksem. Najstarszy wnuk miał wtedy piąty miesiąc. Było bardzo ciepło. Do święconki w nowym kościele Matki Boskiej Częstochowskiej szło się w bluzkach z krótkim rękawkiem. Dziecku też było gorąco. Ale w nocy przyszła wysoka temperatura. W drugie święto wizyta u lekarza. Po świętach szpital pleszewski, gdzie Feliks przez kilka dni leżał z mamą.

Potem były różne święta. Wspominam miło święconkę z rodziną Daniela w Kaliszu z Julianem i Stefanem – dwóch chłopaczków, dwa koszyczki, potem w Kaliszu chodzenie i nawiedzanie Grobu Pańskiego w różnych kościołach. Bywały też święta z rodziną Oktawii w moim kochanym Ostrorogu, gdzie mój najstarszy wnuczek szukał Zająca wg mapki narysowanej przez ciocię Elę. Było też wspólne świętowanie z rodziną mojej młodszej siostry z Poznania, z jej córką Agnieszką i starszym wnukiem Tymkiem.

Miło wspominam święta sprzed 6 lat, kiedy w Wielkanoc  były u mnie wszystkie dzieci i wnuki. Dla Alessandro – wówczas narzeczonego Marianny, wszystko było niezwykłe, począwszy od święconki poprzez dzielenie się jajkiem i smakowanie potraw, których Włoch do ust w zasadzie nie bierze.

W tym roku Wielkanoc spędziłam z Marianną, Alessandro  i jego rodziną. Na stole jeszcze dziś  stoi baranek cukrowy z jajeczkami i mazurek przywieziony z Pleszewa. Obok kartka wielkanocna od Marysi Mikołajczak. Jest miło i rodzinnie. Milczy telewizor. Tylko mała Bianka od czasu do czasu się odzywa. I nawet się uśmiecha. Do obu babć, tej która mówi do niej tak jak tata oraz tej, która mówi do niej tak jak mama.

Dwie babcie z Biancą na wielkanocnym spacerze

Wielkanocne jaja w marketach

 

 

Skomentuj na Facebooku