Irena Kuczyńska
Region Pleszewski

Sowiecki żołnierz uratował mu życie

Czesław Metelski był jedną z ofiar wybuchu wraku sowieckiego czołgu, do którego doszło 27 lutego 1945 roku na pleszewskim rynku. Pleszewianin stracił starszego brata i …obie nogi. Życie uratował mu sowiecki żołnierz.

I nie jest to bynajmniej żart. 86 – letni Czesław Metelski mieszka w Warszawie. Kilka dni temu opowiedział mi o tym, co wydarzyło się na pleszewskim rynku miesiąc po „wyzwoleniu” miasta przez żołnierzy Armii Czerwonej.

Czesław Metelski

Ale najpierw trzeba przypomnieć sobie wydarzenia ze stycznia roku 1945, kiedy to przez Pleszew ciągnęły na zachód rzesze ludności niemieckiej, która uciekała przed napierającą od wschodu Armią Czerwoną.

24 stycznia 1945 roku ulicą Kaliską wjeżdżał na pleszewski rynek sowiecki czołg. Prawdopodobnie niemiecki żołnierz  rzucił w niego minę. Czołg  T34 wybuchł, zginęła czteroosobowa załoga, zniszczeniu uległ budynek przy ul. Kaliskiej 2.

Wrak czołgu przestawiono „pod dom państwa Magnuszewskich (był tam sklep elektryczny)  a następnie pod prawy narożnik ratusza”. Miał go pilnować milicjant Tadeusz Skałecki – tak przynajmniej mówi Czesław Metelski, który 27 lutego 1945 roku, rozmawiał z milicjantem na rynku tuż przed eksplozją. W wybuchu wraku zginęło na miejscu 10 osób, dwie kolejne zmarły w szpitalu, 10 zostało ciężko rannych.

Szczegóły obu wydarzeń w tym linku.http://irenakuczynska.pl/wyzwolenie-pleszewa-spod-okupacji-niemieckiej-wybuchem-czolgu-tle/.

Wśród ofiar były przede wszystkim dzieci, ale nie tylko. Niedawno pisałam o Mieczysławie  Wejchmannie, który 27 lutego 1945 roku wyszedł z córką Janeczką na ręku, na próg domu w rynku i tam dosięgnął go odłamek miny.

Historię ojca opowiedziała mi Janeczka czyli Janina Masztalerz. Można ją przeczytać w tym linku: http://irenakuczynska.pl/corka-przezyla-ojciec-zmarl-wybuch-wraku-sowieckiego-czolgu/

Tymczasem udało się nawiązać kontakt z panem Czesławem Matelskim, który w lutym 1945 roku miał 13 lat. 27 lutego przyszedł on, z rok starszym od siebie bratem Wojciechem  na rynek a właściwie na ul. Garncarską, gdzie mieszkał dziadek – Ludwik Metelski.

Chłopcy zanieśli dziadkowi obiad i przy okazji mieli sprawdzić, jak wygląda  kamienica przy ul. Kaliskiej 3, z której Niemcy w 1942 roku Metelskich wyrzucili.  Esesman  miał do pomocy czterech więźniów, którzy wynieśli meble, pianino i portret babci namalowany przez artystę Szymańskiego z Poznania. Nas wywieźli na Malińską 14 a dziadka na Garncarską  – wspomina pan Czesław.

Dwie bliźniacze kamienice  przy ul. Kaliskiej 3, kupił Ludwik Metelski jeszcze za czasów pruskich. Na parterze  były trzy sklepy. Dwa sklepy mieli Metelscy z dewocjonaliami i sprzętem muzycznym. Na piętrze było pięciopokojowe mieszkanie.

Bronisława i Zygfryd Metelscy z dziećmi Czesławem, Teresą i Wojciechem

Pod koniec wojny  Niemcy zrobili w kamienicy odebranej Metelskim, magazyn zboża pastewnego. Po ich odejściu zboże jeszcze w kamienicy leżało, ludzie próbowali je wykradać dla koni.

27 lutego 1945 roku, młodzi Metelscy zostawili dziadkowi obiad i postanowili podejść z Garncarskiej na Kaliską 3, popatrzeć, jak wygląda rodzinny dom, kiedy ewentualnie można do niego wrócić.

Przechodząc przez rynek, bracia chwilę się zatrzymali.  Przed ratuszem stał wrak czołgu i dwie kolumny głośników tzw. „szczekaczki”, przez które  cały czas nadawano muzykę i wiadomości z frontu. W końcu wojna wciąż trwała.

Na rynku młodzi Metelscy spotkali kolegów, dawno nie widzianych m.in.  Kazimierę Chlastównę, która była bliską koleżanką Wojciecha. Rozmawialiśmy o szkole, do której właśnie zaczęliśmy chodzić. Odkąd wyprowadziliśmy się na Malińską, nie spotykaliśmy kolegów, którzy mieszkali blisko rynku. Stał też z nami Zdzisiu Korcz z ul. Krzyżowej – pan Czesław wydobywa szczegóły z zakamarków pamięci.

Doskonale pamięta, że na rynku tego dnia było dużo ludzi.  Tam gdzie teraz jest skwer i toalety, był dworzec autobusowy i kiosk.  A na rogu stał milicjant Tadeusz Skałecki z karabinem, który – jak mówi pan Czesław – pilnował czołgu.

Tymczasem podszedł do niego sowiecki żołnierz, który niósł  zniszczoną uprząż dla konia do „taczanki’ (jest to wóz, który ciągną trzy konie, jeden z przodu dwa z boku). Żołnierz tłumaczył, że omijając Pleszew, Armia Czerwona kieruje się na Wrocław i na Berlin.

Jeden z wozów z amunicją, miał ugrzęznąć na Nerze. Podczas prób wydobycia „taczanki” z lodu, zerwała się uprząż od drugiej „taczanki”. I on przyszedł do miasta prosić milicjanta o pomoc w znalezieniu rymarza, który uprząż naprawi.

Kiedy Skałecki zapytał, kto zna rymarza, Metelscy od razu się zgłosili i zaprowadzili Rosjanina do warsztatu pana Kosińskiego przy ul. Kościelnej. Ten – jak mówi pan Czesław – zgodził się uprząż naprawić.

Bracia Metelscy pożegnali się z czerwonoarmistą i skracając sobie drogę z ul. Kościelnej na rynek, weszli do „kamienicy Gnota” pod numerem Rynek 8. Jest to jedyny na tej pierzei rynku dom, wysunięty przed inne.

Prof. Marian Wolniak – geograf i regionalista, twierdził, że po wielkim pożarze miasta Pleszewa 6 czerwca 1806 roku, w rynku ocalała tylko „kamienica Żyda Gnota”. Spalone kamienice, odbudowano trochę dalej od płyty rynku.

Ale my wracamy do  braci Metelskich, którzy skracają sobie drogę z Kościelnej na rynek.  – Kiedy doszliśmy do schodów, zauważyliśmy mężczyznę, który gestami nam pokazywał, żebyśmy się cofnęli – mówi pan Czesław.

Do dziś pamięta dziwny strój mężczyzny. „Spod przykrótkich spodni wystawały mu wypolerowane buty – oficerki, co nas zdziwiło. Był młody, lekko przygarbiony, głowę w kapeluszu, chował za ustawionym kołnierzem płaszcza. Obok niego stał kuferek od gramofonu” – wspomina pan Czesław.

Chłopcy zawrócili i przez Kościelną i Kaliską doszli do rynku, gdzie nadal stała grupa znajomych. Musieli zrelacjonować milicjantowi Skałeckiemu, jak załatwili sprawę. Nie zdążyli, bo nagle rynkiem wstrząsnął wybuch.

Kiedy resztki wraku opadły, zrozpaczeni pleszewianie zaczęli sprawdzać, kto zginął na miejscu, a kogo trzeba szybko transportować „furmanką i na drzwiach” do szpitala. Czesław, jego brat oraz Zdzisław Korcz załapali się na ostatni transport.

Pan Czesław pamięta, że leżał na ziemi. Nagle zobaczył nad sobą twarz czerwonoarmisty, który, słysząc wybuch, pewnie zawrócił na rynek. Miał na sobie kufajkę i walonki. Dźwigał  chomąto od taczanki. Miał przy sobie bagnet i pistolet. Uklęknął przy mnie i powiedział  "Malcziszka, budiesz żyć" - czyli chłopczyku, będziesz żyć. Kiedy położył bagnet,  myślałem, że chce mnie dobić. A on wyjął z kieszeni kufajki wężyk do ściągania bimbru i zaciągnął mi pętlę najpierw na jeden kikut, potem na drugi. Uratował mi tym życie. Operację miałem dopiero około 23.00. Do tego czasu bym się wykrwawił - wspomina pan Czesław, który wskutek wybuchu, stracił obie nogi.

W wybuchu na miejscu zginęło dziesięć osób. W tym wspomniana już koleżanka Wojciecha – Kazimiera Chlasta. Ciężko ranni, w tym bracia Metelscy, Zdzisław Korcz, milicjant Skałecki, trafili do pleszewskiego szpitala. Leżeli przy sali operacyjnej.

Zygfryd Metelski czuwał przy rannych synach. Siedział między łóżkami. Zwilżał chłopcom wargi wodą. Dwóch polskich żołnierzy miało im oddać krew. Operować miał lekarz – Rosjanin. Wszystko to wie z opowiadań mamy Bronisławy Metelskiej – Renata – siostrzenica a tak naprawdę siostra Wojciecha  i Czesława. (dziadkowie- urodzoną w 1955 roku wnuczkę adoptowali i wychowali).

Kiedy Renata podrosła na tyle, żeby zrozumieć rodzinną tragedię, mama opowiadała jej o nieszczęściu  z 27 lutego 1945 roku, kiedy w szpitalu leżało jej dwóch ciężko rannych synów. A lekarz mówił, żeby była przygotowana na śmierć, „bo Wojciech nie przeżyje”.

Czesław przeżył, chociaż tego wieczoru w pleszewskim szpitalu amputowano mu obie nogi powyżej kolan. Obok na łóżku umierał starszy brat, nie doczekał operacji.

Tej samej nocy przyszedł do szpitala do rannych komendant NKWD i komendant milicji. Czesław słyszał, jak leżącemu obok milicjantowi Tadeuszowi Skałeckiemu obiecali, że uratują mu  nogi. Ale mieli pretensję, że miał pilnować wraku na rynku, a nie widział, kto podrzucił do niego dwie miny. – Was nado rasstrielać (Was trzeba zastrzelić) – mówił enkawudzista do rannego milicjanta.

Trzynastoletni Czesław usłyszał, że  nie wolno mu opowiadać o mężczyźnie z kuferkiem. Z rozmowy komendanta milicji i szefa NKWD wynikało, że wybuch wraku spowodowały dwie miny przeciwpiechotne.  Zygfrydowi Metelskiemu zagrożono, że jeśli on albo syn będą rozpowiadać o mężczyźnie z kuferkiem, wtedy „go odwiozą na białe niedźwiedzie”.

Nazajutrz  rozdzielono Czesława  Metelskiego z milicjantem Skałeckim. Odtąd leżeli w innych salach. Czesław opuścił szpital pleszewski po dwóch miesiącach. Skałecki przebywał w nim do 5 maja. Trzynastolatek, mimo amputacji obu nóg, szybko się wykurował, Skałecki długo chodził o dwóch kulach. Czasem pytał chłopca, czy nie ma do niego żalu…

W 1946 roku Tadeusz Skałecki był przesłuchiwany na okoliczność wysłania Czesława i Wojciecha Metelskich z radzieckim żołnierzem do rymarza.

Niżej scany księgi pacjentów pleszewskiego szpitala, gdzie znajdziemy zapiski o czterech ofiarach wybuchu

Ale trzeba było nauczyć się żyć bez nóg. Na początku ojciec wnosił Czesława na piętro mieszkania na ul. Kaliskiej 3, które rodzinie pozwolono   zaadoptować po wojennych zniszczeniach.  Chyba wtedy odwiedził ich na Kaliskiej ów sowiecki żołnierz, który uratował mu życie wężykiem do spuszczania samogonu.

Kaliska 3 w latach PRL

Kiedy sowiecka armia wracała spod Berlina trzy miesiące po kapitulacji, jego oddział stacjonował w Brzeziu a on postanowił  sprawdzić, czy „malcziszka” w Pleszewie przeżył. Ubolewał, że Wojciech zmarł.-  Zostawił ojcu w prezencie zegarek z dewizką a mi podarował harmonię” – relacjonuje  pan Czesław.

Kilka miesięcy po wyjściu ze szpitala,  otrzymał on zawiadomienie, że ma przyjechać do Poznania na ul. Przemysłową, „gdzie stoją trzy amerykańskie  wagony, w których zrobią mu protezy”.

I rzeczywiście – wspomina pleszewianin – w pierwszym wagonie lekarze opisywali uszkodzenia, w drugim robiono gipsowe odlewy, przypasowywano do kikutów, w trzecim wagonie protezy obszywali skórą i po czterech dniach wychodziło się na protezach.

Po skończeniu szkoły podstawowej i średniej szkoły zawodowej Czesław Metelski z Pleszewa wyjechał do Wrocławia. Chciał zostać zegarmistrzem, ale los skierował go do szkoły mechaniki precyzyjnej. Staż miał w zakładach wytwórczych w Świdnicy. A potem Warszawa i Fabryka Wyrobów Precyzyjnych im. Świerczewskiego, gdzie pracował do emerytury.

Czesław Metelski w Warszawie w latach 50.

Do Pleszewa przyjeżdżał i nadal przyjeżdża. I często dzwoni do swojej siostry Renaty. Jest dla niej autorytetem. Kiedyś nie mógł mówić o tym, co przeżył 27 lutego 1945 roku. Teraz chętnie opowiada. Zgodził się, żebym jego przeżycia opisała. I spisuję, bo  historia Pleszewa (i powiatu) składa się z historii życia mieszkańców  tej ziemi. Między innymi pana Czesława.

W Muzeum Regionalnym w Pleszewie znajduje się portret Wojciecha Metelskiego, który zamówiła u malarza Szymańskiego Bronisława Metelska. Konserwację portretu przeprowadzał Janusz Gil, na prośbę Jerzego Szpunta. I to Janusz zainspirował mnie do poznania losów czternastolatka, który zginął wskutek wybuchu sowieckiego czołgu.

Nazwiska ofiar wybuchu wraku uwieczniono na tablicy umieszczonej na odrestaurowanej kamienicy przy ul. Kaliskiej 2.

 

 

 

 

 

 

Skomentuj na Facebooku