Irena Kuczyńska
Rodzinnie Z historii

Też uciekałam przed zomowcami

Chcę się z Wami podzielić moimi wspomnieniami z marca 1968 roku. Byłam wtedy studentką I roku filologii rosyjskiej na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu.

Mieszkałam w  Domu Studenckim „Jagienka” przy ul. Obornickiej, wtedy na peryferiach miasta Poznania. W akademiku był jeden telewizor w klubie „Cicibór”. Rzadko się telewizję oglądało. Radia też nie było. W pokojach były głośniki radiowęzła, ale służyły raczej  jako tuby do przekazywania komunikatów czy nadawania koncertów życzeń np. z okazji Dnia Kobiet.

W siedmiopiętrowym akademiku był do dyspozycji studentek (akademik był żeński) jeden telefon w recepcji i aparaty na piętrach. Ewentualne rozmowy były przez panią portierkę przełączane na piętra. Osoba, która odebrała telefon, krzyczała na cały korytarz:  Irena 504 do telefonu!

Skąd się czerpało wiedzę o świecie? Ano z gazet, a te były poddawane  przez reżim ścisłej cenzurze.  Niezależnej prasy nie było. Była rozgłośnia  Radia Wolna Europa, którą bardzo zagłuszano, ale to było jedynym niezależnym, chociaż bardzo trudno dostępnym źródłem informacji.

Wstęp jest trochę długi, ale niezbędny do zrozumienia dalszego ciągu. W zasadzie wtedy wiedziało się tylko to, co władza chciała przekazać.

Ale jeździło się na niedziele  do domu, gdzie dziadek  – przedwojenny funkcjonariusz straży granicznej, przez całe wieczory nasłuchiwał informacji z Radia Wolna Europa. Tata też słuchał. Mieliśmy dom wolnostojący i  można  było bez obaw o to, że ktoś niepowołany usłyszy, czego się słucha,  nasłuchiwać „wiadomości złych czy dobrych, ale zawsze prawdziwych”.

Dzięki temu wiedziało się o „praskiej wiośnie” o Alexandrze Dubczeku, który próbował wdrażać w Czechosłowacji (było takie państwo) „socjalizm z ludzką twarzą”. Niestety, po interwencji Wojsk Układu Warszawskiego (polskich też), w sierpniu 1968 roku, został on odsunięty a w 1970 roku nawet wykluczony z partii.

Ale na początku 1968 roku był.  Władze Polski Ludowej z Władysławem Gomułką na czele, z niepokojem spoglądały na liberalizację życia u południowych sąsiadów. A Polacy powtarzali „Lud polski czeka na swego Dubczeka”. Doskonale to pamiętam.

I w tej sytuacji 30 stycznia 1968 roku władze  centralne, czyli Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, zdejmują z afisza przedstawienie „Dziady” , które w Teatrze Narodowym wg dramatu Adama Mickiewicza, wyreżyserował Kazimierz Dejmek a Gustaw Holoubek zagrał tam Konrada.

 Okładka książki o "Dziadach" wg Kazimierza Dejmka

Przedstawienie powstało dla uczczenia 50 rocznicy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, która przypadła 7 listopada 1967 roku. W styczniu towarzysze dopatrzyli się w przedstawieniu akcentów antyradzieckich. Szczególnie zniesmaczyły ich sceny: Salon warszawski i Bal u senatora.

Odwołanie przedstawień wywołało protesty studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Ze studiów relegowano m.in. Adama Michnika. 8 marca 1968 roku na UW odbył się wiec studentów, który ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) rozpędziło, żeby się bunt nie rozprzestrzenił.

W Poznaniu wiec zwołano na poniedziałek 11 marca, kiedy studenci wrócili po weekendzie do Poznania. Na uczelni pojawiły się plakaty wzywające do popierania kolegów z Warszawy. Wysłano list do I Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Jana Szydlaka, w którym domagano  się potępienia poznańskiej prasy, która przemilczała protesty w stolicy.

Plakaty – a właściwie kartki odbite na powielaczu, zachęcały do przyjścia o 15.00 pod pomnik Adama Mickiewicza. I tu muszę wyjaśnić, że dostęp do maszyn do pisania też był w PRL ograniczony. Były chyba tylko w urzędach i instytucjach.

Mapa protestów Marzec 68 - kartka z informacją o wiecu

Pamiętam, że o 15.00 poszliśmy pod pomnik. Teraz czytam, że mogło tam być 1000 osób, w tym 40 % studentów. Takie dane zostały przekazane przez milicję.

Pod pomnikiem pojawiły się  transparenty „Żądamy „Dziadów”. Pamiętam też okrzyki „Gomułka na dziady, „Dziady” na scenę”. Do studentów wyszli rektorzy m.in. prof. Czesław Łuczak z UAM. Studenci się rozeszli, aby o 20.00 przyjść znów.

Wieczorem na pomniku Adama Mickiewicza były transparenty „Prasa kłamie”, „Popieramy studentów z Warszawy”. Przy samym pomniku palono też gazety.

Chyba nazajutrz po południu było spotkanie z rektorem w bloku B na Winogradach.  Przekonywał, żeby nie protestować. Pamiętam też, że do nas na zajęcia przyszedł sekretarz organizacji partyjnej i tłumaczył, że „wy nastojaszczije rusisty” czyli jesteście prawdziwymi rusycystami i nie powinniście być przeciwko przyjaźni polsko – radzieckiej.

Teraz, kiedy minęło 50 lat i przywraca się pamięć o tamtych wydarzeniach, nadając im zupełnie inny wymiar, mam w oczach tamtego pana. Był nawet lekko speszony, że musiał to mówić. Ale mówił. Pewnie się bał, że ktoś doniesie, że nie mówił. Takie to  były czasy.

Niektórzy wykładowcy przyłączyli się do studentów. Ja pamiętam asystenta o rosyjskim nazwisku Włodzimierz Wierziłow z katedry filologii rosyjskiej. Wszak instytuty powstały dopiero po „wypadkach marcowych”.

13 marca (wspomagam się trochę artykułem ” Wichrzyciele i warchoły czyli Marzec 68″ z bloga Macieja Brzezińskiego ) o 15.00 znów byliśmy pod Adamem Mickiewiczem. Studenci pisali rezolucję.  Wg milicyjnych danych, które teraz czytam, było tam około 2000 osób. A w sumie na studiach stacjonarnych było wtedy w Poznaniu około 5000 studentów.

Wtedy od strony ulicy Armii Czerwonej (teraz św. Marcin), gdzie była siedziba partii, pojawili się zomowcy i zaczęli rozpędzać  uczestników wiecu. Studenci krzyczeli do zomowców „gestapo”. My byliśmy z brzegu, więc uciekliśmy zaraz, kiedy się pokazali.

Nazajutrz  w Collegium Philosophicum przy ul. Matejki, gdzie mieli zajęcia filolodzy, było wiadomo o pierwszych aresztowaniach. Wśród zatrzymanych  był nasz asystent Włodzimierz Wierziłow – rusycysta. Dopiero teraz przeczytałam, że sam towarzysz Szydlak uznał go „za przywódcę wichrzycieli i warchołów”.

Magistra Wierziłowa już nie zobaczyliśmy. Potem się dowiedzieliśmy, że został aresztowany i wyrzucony z uczelni.

17 marca była niedziela (sprawdziłam w kalendarzu). Jak zwykle byliśmy na mszy św. akademickiej w klasztorze dominikanów.  Ojcowie dominikanie poparli protestujących studentów.

Dopiero potem rozpętała się „wojna na górze”.  Znaleziono „winnych”. Życie studenckie potoczyło się dalej. W wakacje chłopacy z  naszego roku mieli obóz wojskowy. Wszyscy się bali, że wywiozą ich do Czechosłowacji.

Kiedy w październiku wróciliśmy na studia, na naszym roku nie było koleżanki z Warszawy. Prawdopodobnie była wśród tych, którzy dostali bilet na wyjazd z Polski bez możliwości powrotu. Nigdy jej nie spotkałam. Dopiero po latach zaczęłam się domyślać, dlaczego mogła zniknąć.

Po marcu ’68 wprowadzono dla studentów I roku obowiązkowe praktyki robotnicze a dla wszystkich obowiązkowe wykłady i ćwiczenia z nauk politycznych.

Od Marca ’68  minęło 50 lat. Wspomnienia nieco przyblakły. Pisząc ten artykuł  wspomogłam się  trochę artykułem ” Wichrzyciele i warchoły czyli Marzec 68″ z bloga Macieja Brzezińskiego poświęconym historii i kulturze miasta Poznania.http://poznanskiehistorie.blogspot.com/2013/03/wichrzyciele-i-warchoy-czyli-marzec68-w.html.

Do 28 marca1968 roku  zatrzymano w Poznaniu 207 osób. W maju zatrzymano kolejnych 13 za przygotowanie i kolportaż ulotek. 164 osoby po przeprowadzeniu rozmów, zwolniono.

Kolegia skazywały na pozbawienie wolności od 7 dni do 3 miesięcy. Przeciwko kilkunastu osobom toczyło się postępowanie karne. Z UAM wydalono 7 studentów w tym pleszewianina Kazimierza Trzęsickiego.  Wydalono też 2 pracowników naukowych i 2 asystentów.

Niektórzy za czasów Gierka „po cichu wrócili na uczelnię” albo poszli na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Kazimierz Trzęsicki skończył studia na KUL i jest profesorem zwyczajnym. Dla niektórych studentów Marzec ’68 był wstępem do działalności opozycyjnej i bolesną lekcją ” socjalistycznej sprawiedliwości” – napisał  na blogu Maciej Brzeziński.

 

 

 

Skomentuj na Facebooku