Irena Kuczyńska
Pleszewianie Z historii

Wspomnienie o nauczycielce pleszewskiego liceum śp. Aleksandrze Nafalskiej

Minęła 22 rocznica śmierci Aleksandry Nafalskiej – nauczycielki języka rosyjskiego w Liceum Ogólnokształcącym im. St. Staszica w Pleszewie  oraz w Szkole Podstawowej nr 1. Jestem Jej winna to wspomnienie.

Kiedy ja zaczynałam pracę w liceum, pani Aleksandra Nafalska właśnie przechodziła na emeryturę. Miała jeszcze przez rok kilka godzin języka rosyjskiego.  I wtedy bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Mieszkała w 1972 roku w prywatnej willi przy ul. Słowackiego.

Wyciągnęła pomocną dłoń do nieznanej sobie bliżej młodej koleżanki. Pomogła zapisać się do Kasy – Zapomogowo – Pożyczkowej.  Jako jej szefowa,  wsparła wniosek o szybką pożyczkę na wpłatę na mieszkanie.

To Ona przekazała mi prowadzenie Koła Polskiego Czerwonego Krzyża w szkole, mówiąc, że uratuje mnie to przed prowadzeniem koła Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej, co przeważnie dostawali z urzędu rusycyści.  To pani Nafalska udzieliła mi wielu cennych rad, jak się poruszać w gąszczu szkolnych przepisów.

To Ona została Przyjacielem mojej rodziny, a moje dzieci były dla Niej wielką radością. Swoich nie miała. Zawsze podziwiałam Jej nienaganne maniery, życzliwość dla każdego człowieka, bez względu na status społeczny i wykształcenie.

W 1980 roku ta 72 – letnia kobieta zapisała się do „Solidarności” a w stanie wojennym to u Niej w mieszkaniu na Reja 5, była skrzynka przekaźnikowa.  Tu trafiała podziemna prasa i była przekazywana dalej. Ale o tym, i o Jej pseudonimie „Sarna”, dowiedziałam się później. Nie chciała narażać mojej rodziny.

Liderzy nauczycielskiej „Solidarności” w Pleszewie w roku 1980. Pierwsza od lewej Aleksandra Nafalska

Rodzina była dla Niej wielką wartością, mimo iż swojej rodziny nie stworzyła. Kiedy ją poznałam, była wdową. Ale z opowiadań znałam zmarłą siostrę oraz wszystkich braci pani Aleksandry. Dwóch poznałam osobiście, bo  odwiedzali Ją z okazji imienin.

Aleksandra Nafalska pochodziła z rodziny Smoluchowskich. Jej stryjeczny dziadek  prof. Marian Smoluchowski  (1872 -1917) to polski fizyk, wykładowca na Uniwersytecie Lwowski i Jagiellońskim pionier fizyki statycznej, alpinista i taternik. Jedno z równań teorii dyfuzji jest znane jako równanie Smoluchowskiego.

Nigdy nie chwaliła się koneksjami rodzinnymi. O sławnym przodku dowiedziałam się przypadkiem, kiedy zauważyłam na biurku kartkę pocztową ze zdjęciem prof. Smoluchowskiego i pokojarzyłam panieńskie nazwisko.

Rodzinne gniazdo pani Aleksandry znajdowało się w Mszanie Dolnej  w powiecie limanowskim.  Trzeba dodać, że Mszana Dolna po I rozbiorze Polski w roku 1772, została włączona do Austrii. Na terenach zabranych Polsce, utworzono prowincję zwaną Galicją, ze stolicą we Lwowie.

Aleksandra Smoluchowska przyszła na świat 11 grudnia 1908 roku w austriackim mieście Grazu, gdzie jej ojciec – Józef Smoluchowski – urzędnik pocztowy, dostał skierowanie do pracy. Kiedy powstała Polska w 1918 roku, Smoluchowscy wrócili do Mszany Dolnej.

Aleksandra zaczęła chodzić do Seminarium Nauczycielskiego w Krakowie. Jednak kończyła szkołę w Poznaniu. W końcówce lat 20. XX wieku, urzędnicy z Galicji, byli przenoszeni do Wielkopolski, gdzie brakowało wykształconych ludzi. Uniwersytet Poznański powstał dopiero w 1919 roku, a w Krakowie i we Lwowie uczelnie były w czasach zaborów.

Smoluchowscy zjechali do Śmigla, gdzie Józef Smoluchowski został naczelnikiem poczty. Dzieci poszły do szkół. Obie córki, zostały nauczycielkami. Trzej synowie pokończyli studia uniwersyteckie.

Karierę nauczycielki rozpoczęła pani Aleksandra na wschodzie Polski, gdzie brakowało w latach 30. XX wieku wykształconych ludzi. Pracowała (chyba) w Nałęczowie. Wojnę spędziła na wsi pod Lublinem. Często wspominała, że za jedzenie i dach nad głową,  uczyła dzieci.

Po wojnie los Ją przywiódł do Pleszewa. Zaczęła pracować w Szkole Podstawowej nr 1. Na początku uczyła wszystkich przedmiotów, potem stała się rusycystką. I to przez przypadek.

Kiedy zaczęto wprowadzać obowiązkowy język rosyjski w szkołach, nikt go nie umiał. Uczyli go Rosjanie, którzy gdzieś się zawieruszyli po wojnie w Polsce. Czasem się zdarzył repatriant przesiedlony z Kresów.

Z panią Nafalską było tak, że przyszła  do szkoły, kiedy wszystkie przedmioty były już rozdzielone. Został do obsadzenia tylko rosyjski. Wtedy kierownik Bator powiedział: to pani będzie uczyła rosyjskiego, ale najpierw się pani sama nauczy.

I  zaczęła się uczyć w Studium Nauczycielskim w Poznaniu, oczywiście w trybie stacjonarnym. Była oddelegowana do Poznania na rok.  Wróciła i uczyła.

Kiedyś przy grobie pani Nafalskiej zatrzymała się pani Prządkowa i powiedziała mi, że w Jedynce rosyjskiego uczyła ją właśnie pani Nafalska. Wspominała Ją z atencją i szacunkiem.

W 1964 roku przeszła do pleszewskiego liceum. Jak każda rusycystka miała przezwisko. Jedni mówili „Ptica” (ptak), inni „Bukwa” (litera).http://irenakuczynska.pl/zaduma-nad-starym-szkolnym-zdjeciem/

Jako nauczycielka i opiekunka Szkolnego Koła  Polskiego Czerwonego Krzyża organizowała pomoc dla starszych i samotnych pleszewian. Członkinie PCK nosiły zakupy osobom samotnym, czasem spędzały z nimi po prostu czas.

Aleksandra Nafalska była przez wiele lat Szefową Nauczycielskiej Kasy Zapomogowo – Pożyczkowej w Pleszewie. Była też w Zarządzie Powiatowym Polskiego Czerwonego Krzyża.

Zarząd PCK w Pleszewie  – druga od prawej Aleksandra Nafalska

Dopiero na emeryturze kupiła sobie mieszkanie w bloku.  Pomagałam jej się w nim urządzić. Spędziłam tam wiele miłych chwil. Rozumiała mnie jak nikt. Lubiłyśmy rozmawiać.  Umiała słuchać. Była dla mnie zawsze oparciem.

W mieszkaniu pani Aleksandry często bywał ks. prof. Michał Kieling, kiedy jeszcze był uczniem szkoły podstawowej a potem liceum. Korzystał z jej księgozbioru. Była szczęśliwa, kiedy w maju 1992 roku uczestniczyła w jego mszy św. prymicyjnej.http://irenakuczynska.pl/pierwsza-prymicja-nowym-kosciele-maju-1992-roku/

Pani Aleksandra miała dar skupiania wokół siebie ludzi.  Prowadziła otwarty dom. Codziennie wpadała do niej na kawę sąsiadka. A kiedy przychodziła „pecekówka”  (pani z opieki) z zakupami albo do sprzątania, zawsze czekała na nią uśmiechnięta starsza pani z kawą i pączkiem.

Kiedy jeszcze mieszkała przy ul. Słowackiego, była w przyjaźni z sąsiadami z okolicznych domów. Maria Mikołajczak, która mieszkała w sąsiedniej kamienicy, przechowuje w domowym archiwum kartkę z życzeniami, które Pani Nafalska złożyła jej Rodzicom w 25. rocznicę ślubu.

Z wielkim oddaniem pani Aleksandra opiekowała się swoją koleżanką z pracy,  Eugenią Miecznikową – nauczycielką geografii w Jedynce, która też mieszkała w bloku, ale  bez pomocy innych ludzi byłoby jej trudno. Ostatnie lata życia spędziła w łóżku.

Pamiętam imieniny pani Aleksandry, na które przychodziło wielu emerytowanych nauczycieli. Przyjeżdżał też najmłodszy brat Genek z Lublina. Z każdymi imieninami gości ubywało. Odchodzili.

Na ostatnich imieninach w roku 1994,  byliśmy tylko my oraz  Zofia i Jerzy Matyjaszczykowie, którzy po śmierci swojej mamy, Marii Jachowskiej, zawsze panią Aleksandrę odwiedzali z imieninowymi życzeniami.

Odeszła 28 maja 1995 roku. Spoczęła  razem z Mamą Józefą Smoluchowską na cmentarzu przy ul. Kaliskiej. Często nawiedzam grób pani Aleksandry. Palę świeczki i polecam Jej duszę dobremu Bogu. Zasłużyła na to swoim życiem pełnym szacunku i miłości do drugiego człowieka.

Kiedy bratanica Lusia likwidowała mieszkanie po Cioci, podarowała mi stare fotele z Jej mieszkania. Kiedy na nich siadam, wracam myślami do czasów, kiedy siadywałyśmy na nich  razem  i rozmawiałyśmy o życiu, które nigdy nie było ani nie jest łatwe.

Nie mam, niestety, innych  zdjęć śp. Aleksandry Nafalskiej, które by można tu zamieścić.

 

Skomentuj na Facebooku