Irena Kuczyńska
Najnowsze na blogu Z historii

Chwila zadumy nad starym licealnym zdjęciem

Dziś zebrało mi się na wspomnienia. Znalazłam  zdjęcie absolwentów i profesorów  Liceum Ogólnokształcącego im. St. Staszica w Pleszewie z czerwca roku 1972 i odżyły sytuacje, miejsca  oraz osoby. Wielu z nich już nie ma.

W tym roku mija 45 lat od dnia, kiedy z dyplomem magistra filologii rosyjskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zjawiłam się w Liceum Ogólnokształcącym im. St. Staszica  przy ul. Poznańskiej 38, żeby odpracować stypendium fundowane. Miałam być tu trzy lata, ale zostałam na dłużej. I nie żałuję. Ale dziś nie ma być o mnie tylko o ludziach, od których uczyłam się zawodu, bo dyplom to nie wszystko.

Zdjęcie od lewej siedzą: Genowefa Mroczkowska, Ludmiła Jabczyńska, Marian Wolniak, Janina Łuniewska, Antoni Jabczyński, Jan Piasecki, Danuta Chorodeńska, Stanisław Bródka, Józef Beker, Ludomira Radomska, Zdzisława Matulewicz. Z lewej stoją: Stefan Pawlak, Andrzej Szymański, Stanisław Chorodeński, z prawej stoją: Wiktor Biliński, Zdzisław Łukaszewicz i Heliodor Kwieciński

Tylko tak groźnie wyglądali
Cofnijmy  się do roku 1972  i zajrzyjmy do pokoju nauczycielskiego na I piętrze.  Na środku długi stół, wokół którego w czasie przerwy siedzą  starsi przedstawiciele grona pedagogicznego. Budzą respekt. Kiedy ich poznam, okaże się, że tylko tak groźnie wyglądają. Na poczesnym miejscu, przy oknie, w czasie konferencji siedzi Jan Piasecki, dyrektor szkoły. Potem okazał się mężem koleżanki ze studiów, która pracowała w szkolnej bibliotece. Najbliżej drzwi zajmuje miejsce  rusycysta Stefan Pawlak. Ma dużą teczkę, z której wyjmuje potrzebne notatki i drugie  śniadanie. Jest rozmowny, jako prezes Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej, proponuje mi wstąpienie do organizacji. Z dumą opowiada, że jego syn, jako pierwsze dziecko w Pleszewie, miał „świecki chrzest”. Stefan Pawlak czasem przeprowadzał nam szkolenia ideologiczne.  Podobno uczył też historii i wiedzy o społeczeństwie. Potem zajęłam jego salę nr 36.

Studiowała w Sorbonie?
Obok pani profesor Genowefa Mroczkowska, elegancka, dobrze ubrana. Nauczycielka języka francuskiego lubiła powtarzać, że ,,studiowała w paryskiej Sorbonie”. Uczniowie bardzo się jej bali, była wymagająca. Czasem do szkoły panią profesor odprowadzała panna Róża, kiedy trzeba było nieść zeszyty z klasówkami.  Bywałam u pani Mroczkowskiej w domu przy ulicy Kaliskiej. Nie ma po nim śladu. Teraz jest w jej ogrodzie market LIDL. Dalej państwo Ludmiła i Antoni Jabczyńscy. Pani Ludmiła pracowała ze mną tylko rok, odeszła na stanowisko dyrektora domu dziecka. Postrzegałam  ją jako osobę zdystansowaną, oczytaną, wymagającą. Miała przezwisko ,,mimoza”, może dlatego, że była dość subtelna. Za to profesor Jabczyński to był  dusza człowiek. Uczył matematyki, fizyki i chemii. O doświadczeniach chemicznych krążyły legendy, ale uczniowie go kochali. Pamiętam, że raz na początku mnie zapytał, czy nie chcę się zapisać do partii. Kiedy odmówiłam,  nigdy więcej pytania nie ponowił.

Zapraszali mnie do siebie
Janina Łuniewska
– żona ówczesnego powiatowego lekarza weterynarii uczyła biologii i chemii. Do szkoły chodziły wtedy trzy córki pani Łuniewskiej. Bywałam u nich w domu i w ogrodzie. Mieszkali w „weterynarii”. Teraz jest tam starostwo powiatowe.  Przy długim stole zajmowała często miejsce pani Maria Jachowska – wdowa po długoletnim dyrektorze Władysławie Jachowskim.  W mojej klasie I E uczyła języka francuskiego. Chyba mnie lubiła, bo zapraszała mnie do siebie na kawę i na rozmowy o życiu. Aleksandra Nafalska uczyła  języka rosyjskiego. Była już na emeryturze, ja przejęłam po niej klasy oraz prowadzenie koła PCK. Zawsze mówiła: weź PCK, wtedy nie będziesz musiała prowadzić Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Radzieckiej, co było przypisane do nauczyciela języka rosyjskiego. Pani Nafalska okazała się wielkim przyjacielem mojej rodziny. Do szkoły przychodził często prof. Tadeusz Miszke. Co prawda, matematyki już w 1972 roku nie uczył, ale prowadził chór szkolny. Zawsze w czasie dużej przerwy zbierał towarzystwo w auli, gdzie jeszcze stały długie przedwojenne ławy i ćwiczył śpiewy. Spotykałam go na imieninach u pani Nafalskiej, był duszą towarzystwa.

Uczyła nawet na korytarzu
Niebanalną osobą była polonistka Klotylda Dixa. Pamiętam, że uczennice za nią szły z klasy a ona wykładała jeszcze pod pokojem nauczycielskim. Czasem też odpytywała na korytarzu. W pokoju nauczycielskim lubiła grzać się przy piecu. Oczywiście w zimie. Do pokoju wpadała czasem Lubomira Radomska. Była już na emeryturze, ale jeszcze pracowała w bibliotece.  Potem się zorientowałam, że pani Zdzisia Matulewicz z sekretariatu, to jej siostra. Sympatyczna bardzo, w latach 80.  los nas zetknął w szpitalu pleszewskim.  Na duże przerwy   przychodził do pokoju nauczycielskiego Józef Beker – nauczyciel wychowania fizycznego i przysposobienia obronnego. Ale najczęściej siedział w swoim kantorku obok biblioteki. Do pokoju rzadko też zaglądał Heliodor Kwieciński – pan od zajęć praktyczno – technicznych. Uśmiechnięty, w granatowym fartuchu, z fajeczką w czasie przerw. Taki został w mojej pamięci.

Biolog recytował Mickiewicza
I jeszcze pan od geografii Marian Wolniak, zwany ,,gnomonem”. Zbierał skały, minerały, czasem uczniowie go oszukiwali, a on … udawał, że im wierzy. Fantastyczny na wycieczkach szkolnych. Przez całą drogę opowiadał, co widać z lewej a co z prawej. W pierwszym roku pracy byłam z nim w Górach Świętokrzyskich.  To od niego nauczyłam się, że wycieczka musi być dopięta na ostatni guzik. Pan Wolniak siedział, czasem w przerwy przysypiał, w fotelu przy oknie. Drugi fotel zajmował fizyk Zdzisław Łukaszewicz, który potem okazał się fantastycznym kolegą. W przerwy, kiedy były krótkie narady, przychodził z kantorka, gdzie stał kościotrup imieniem Emilka,  na II piętrze biolog Tadeusz Kończak. Zaskoczył mnie na wycieczce do Śmiełowa do Muzeum im. A. Mickiewicza, kiedy stanął pod popiersiem poety i zaczął z głowy recytować ,,Pana Tadeusza”‚. Potem już zawsze w Śmiełowie recytowaliśmy.  Był jeszcze Antoni Foligowski od zajęć technicznych. I to on pierwszy z tej starszej ekipy wyciągnął do mnie rękę mówiąc: jestem Antek, a do Nich (Tadeusza i Zdzisława) też możesz mówić po imieniu.  Nad tym całym towarzystwem panował wicedyrektor Stanisław Bródka  czyli ,,Brutus”. Uczył historii i łaciny. Nigdy nikogo nie uraził, klasa i kultura. Kiedyś pod pokojem nauczycielskim miał problem, czy mnie wpuścić do środka. Mówił, że pomylił mnie z uczennicą. I to było miłe. Może na koniec rusycystka Danuta Chorodeńska i historyczka Teresa Belak.  Kiedy ja zaczynałam pierwszy rok pracy, one zaczynały czternasty. A ja się dziwiłam, że tak długo już pracują.

Przejęliśmy pałeczkę, żeby ją oddać

Miałam tę przewagę nad  innymi młodymi nauczycielami, że nikt mnie tu nie znał, bo byłam obca. Grono pedagogiczne w większości stanowili absolwenci pleszewskiego liceum, którzy po studiach wracali do swojej Alma Mater.  Tym, wówczas ,,młodym nauczycielom”, dziś podobnie jak ja emerytom, poświęcę  inny artykuł. Chociaż wuefistów Małgorzatę i Ryszarda Maciaszków, historyka Andrzeja Szymańskiego i  romanistę Wiktora Bilińskiego w 1972 roku w szkole na Poznańskiej 38 zastałam.  Ale oni należeli do pokolenia, które podobnie jak ja, w latach 70. przejmowało pałeczkę po starszych nauczycielach. Ze mną zaczynała matematyczka Helena Praga, chemiczka Ewa Gawrońska, polonistka Krystyna Mrowicka, kilka miesięcy później doszedł matematyk Stanisław Janiak. A potem zaczęli przychodzić do pracy nasi uczniowie i my odeszliśmy, tak jak nasi mistrzowie w latach 70.

***

Do tematów szkolnych będę jeszcze wracać …

 

Skomentuj na Facebooku