Jak witałam Nowy Rok na porodówce

Irena Kuczyńska1 stycznia 20176min0
czolo.jpg

Sylwester w pleszewskiej porodówce. To dopiero jest wspomnienie, które wraca do mnie od 45 lat.

W końcu 1975 roku byłam w zaawansowanej ciąży. Moje pierwsze dziecko, bo wtedy nikt nie znał płci swojego potomka, miało przyjść na świat w Wigilię Bożego Narodzenia. Ale święta przeszły i nic.  Jeszcze  30 grudnia nic nie wskazywało na to, że malec powita świat  w tym roku. Doświadczony lekarz w przychodni dla kobiet ciężarnych (tej starej przy ul. Poznańskiej), obejrzał mnie, obejrzał mój brzuch, posłuchał  i z przekonaniem stwierdził, że jeszcze czas, bo ,,dziecko nie chyboce”.

Ale pod wieczór poczułam się niewyraźnie, przyszła przyjaciółka Dorotka Trzęsicka, bardziej doświadczona, bo pół roku wcześniej urodziła Piotrusia. Wspólnie doszłyśmy do wniosku, że chyba ,,coś się zaczyna”. Spakowałyśmy  torbę z ręcznikiem, kapciami, kosmetyczką, ciuszkami dla dziecka. Około 21.00 ruszyliśmy ze Stanisławem pieszo  w kierunku szpitala, oczywiście starego, bo nowy był dopiero w planach. Już w drodze  zaczęłam odczuwać  pierwsze skurcze. Na ulicy Daszyńskiego coraz silniejsze. Na ostatnie piętro szpitala, gdzie był oddział porodowy, prawie wbiegłam.

Kiedy położna dyżurna usłyszała, że to mój pierwszy poród, stwierdziła, że mam czas i kazała czekać. Porodówka była pełna kobiet rodzących, siedziałam na korytarzu i czekała. Moim brzuchem wstrząsały coraz silniejsze bóle. Dopiero wtedy położna mi uwierzyła, że ja naprawdę zaczynam rodzić, zbadała mnie w łazience (!), wręczyła okropną białą szpitalną koszulę z wielkim rozcięciem i zaprowadziła do sali porodowej. A tam, tego do dziś nie zapomnę, dwie kobiety właśnie rodziły. Ja miałam być trzecia. Moja córeczka przyszła na świat po godzinie 1.20. Została zapisana w USC jako ostatnie dziecko urodzone w Pleszewie w 1975 roku. Kolejne porody były dopiero 1 stycznia 1976 roku. Trzy dni spędzone w starej porodówce były niezapomnianym przeżyciem.

Nie będę wspominać samego porodu, kiedy to kobietę rodzącą traktowano bardzo przedmiotowo. Bez pytania o zgodę podgalano, podcinano, nie pozwalano w czasie akcji porodowej schodzić z łóżka. Matka o niczym nie decydowała,  bo chyba takie były procedury. Zresztą w starej porodówce nawet nie byłoby gdzie pospacerować w czasie akcji porodowej, tak ciasno było. Za to  atmosfera była cudowna, może dzięki tej ciasnocie. Położne i pielęgniarki noworodkowe przez cały czas były przy pacjentkach lub przy noworodkach.  Dzieci leżały wtedy oddzielnie i tylko na czas karmienia  przynoszono je matkom, które leżały na połączonych łóżkach w sali matek.

Nikt, oprócz lekarzy, położnych, pielęgniarek i salowych po oddziale się nie kręcił. Listy do mężów można było posyłać  przez położną lub salową. Telefonów było mało, na całym oddziale może ze dwa, jeden u ordynatora, drugi w dyżurce. W mieście też telefony były rzadkością, a na wsi aparat najczęściej miał kierownik szkoły, proboszcz i sołtys. Mężowie przynosili rosoły w słoikach, odciągacze do mleka, kompoty z papierówek, ale drzwi oddziału położniczego nie mogli przekroczyć.

Kiedy 31 grudnia 1975 roku zegary biły północ i zwiastowały nadejście roku 1976, weszła do sali matek oddziałowa siostra Bartłomieja. W objęciach tuliła dzieciaczki, takie małe kukiełki owinięte pieluszką (w latach 70. dzieciom do 6 tygodni śpioszków się w zasadzie nie zakładało, tylko pieluszkę z tetry i z flaneli). Powiedziała: ,,Dzieci życzą mamom szczęśliwego Nowego Roku”. I te życzenia się spełniły.

Rzeczywiście rok 1976 był bardzo  szczęśliwy, mimo iż nikt nie słyszał wtedy o pampersach, mało kto miał automat do prania. Tetrowe pieluszki na okrągło się prało we Frani (pralka), gotowało w kotle w pralni, suszyło na kaloryferach. Karmiło się dzieci ,,niebieskim” mlekiem w proszku, a sposobem na kolki była ciepła pieluszka na brzuch i masaż. Kupno ładnego wózka było problemem. Ale moja pierworodna, podobnie jak kolejne dzieci, dobrze się chowała. A cała trójka była i jest moją wielką radością i miłością.

Często wracam do tamtego sylwestra spędzonego w porodówce. Drugi taki mi się nie przytrafił. Synek urodził się też w starym szpitalu, ale w październiku 1978 roku, tydzień przed wyborem Karola Wojtyły na papieża. Druga córka ,,przeczekała” sylwestra, urodziła się 9 stycznia 1983 roku, ale już nowym szpitalu.

Aktualizacja 31 grudnia 2020 roku

Zdjęcia Jan Zbigniew Hain

Skomentuj na Facebooku

Skomentuj na Facebooku