Irena Kuczyńska
Podróże

Przez Jarosław i Przemyśl do Lwowa, Oleska, Żółkwi, Krzemieńca i Poczajowa

Ni ma jak Lwów – śpiewały 80 lat temu znane lwowskie batiary Szczepcio i Tońcio. Klimat miasta pozostał, mimo iż „lwowskie dzieci poszły tułać się po świeci” – o czym mówi inna lwowska piosenka.

To już kolejna moja wyprawa na tereny, które król Kazimierz Wielki w XIV wieku przyłączył do swojego królestwa. I było tak do pierwszego rozbioru Polski w roku 1772, kiedy to Lwów został włączony do monarchii Habsburgów, a położony na Wołyniu Krzemieniec, który też był na trasie mojej wycieczki, znalazł się w granicach Imperium Rosyjskiego.

W latach 60. XIX wieku, w ramach cesarstwa austriackiego,  utworzono  prowincję zwaną Galicją i Lodomerią, która otrzymała dużą autonomię. Stolicą Galicji był Lwów. I do tego miasta zjeżdżali ludzie kultury i nauki ze wszystkich trzech zaborów. I to Polakom miasto zawdzięcza swoją świetność.

W 1920 roku, kiedy tworzyła się II Rzeczpospolita,  Polacy zamieszkujący Lwów, obronili miasto przed bolszewikami. Pozostały groby Orląt Lwowskich, młodych ludzi, którzy walczyli o polską tożsamość Lwowa.

W 1945 roku się nie udało. Lwów zagarnęli Sowieci. Lwowiacy, w większości,  opuścili swoje miasto i pojechali na Ziemie Odzyskane, z których wypędzono Niemców, ale tęsknotę przekazali swoim dzieciom i wnukom.

Po rozpadzie Związku Sowieckiego, Ukraina jest niepodległym państwem, a Lwów jest siódmym co do wielkości miastem w tym kraju. Ze względu na swoje położenie oraz niepowtarzalny klimat, przyciąga turystów, zwłaszcza potomków dawnych mieszkańców miasta.

W grupie, w której podróżowałam, była Polka mieszkająca w Anglii. Jej  rodzice urodzili się i mieszkali do 1945 roku we Lwowie. Ona, po raz pierwszy jechała do miejsc, które musieli opuścić jej bliscy. Znała miasto i okolice tylko z opowiadań mamy i taty.

Naszą podróż na Kresy rozpoczęliśmy w Jarosławiu, pięknym mieście położonym nad Sanem. Kiedy tworzono Galicję, rozważano nawet utworzenie tu stolicy prowincji, ale ostatecznie wybrano Lwów – co podkreślała przewodniczka.

Ratusz

Warto się tu zatrzymać w drodze na Ukrainę. Do 1945 roku miasto leżało w województwie lwowskim, a jego historia sięga końca X wieku i księcia Włodzimierza, który z całą Rusią Kijowską przyjął chrzest w 988 roku. Potem tereny te  przyłączył do swojego królestwa Bolesław Chrobry.

Nazwę miasto Jarosław może zawdzięczać księciu kijowskiemu Jarosławowi Mądremu, który pod koniec XI wieku miał tu założyć gród. W XIV wieku  królowa Jadwiga podarowała Jarosław Tarnowskim, potem należał do Sanguszków, Zamoyskich, Koniecpolskich a nawet Czartoryskich.

Ponieważ leżało na skrzyżowaniu traktów ze Śląska na Ruś i z Gdańska na Węgry, rozkwitał tu handel. W XVI wieku na jarmark trwający miesiąc, zjeżdżało do trzytysięcznego Jarosławia  30 000 ludzi. Mieszczanie  się bogacili.

Budowali piwnice, gdzie przechowywali towary. Kilka takich kamienic z piwnicami można zwiedzać. Jarosław, podobnie jak Lwów, był i jest miastem wielokulturowym.

Świadczą o tym świątynie obrządku rzymskokatolickiego oraz grekokatolickiego. Zachowały się też cztery synagogi a także  resztki murów obronnych z fosą.Resztki murów obronnych z bramą

Jarosław miał szczęście, że po 1945 roku znalazł się w tej części Galicji, która pozostała po polskiej stronie. Szkoda, że czas nas gonił i trzeba było jechać dalej na wschód.

Nocleg był zaplanowany w Przemyślu, który do 1945 roku leżał w województwie lwowskim. Główna ulica tego pięknego miasta, zwanego również „małym Lwowem”, nazywa się Lwowska. Ale to miasto zwiedzimy w drodze powrotnej.

Z Przemyśla do Lwowa jest niewiele ponad 100 km, ale trzeba przekroczyć granicę w Medyce. Zwykle się tam stoi od dwóch do kilku nawet godzin. Staliśmy, na szczęście, niedługo.

Jadąc do Lwowa, wpatrujemy się w krajobraz za oknem autobusu. Na wsiach domki w ogrodach, w których rosną ziemniaki, w nich widać tyczki z fasolą, obok rzędy kapusty, buraków. Na łąkach pasą się krowy, mnóstwo bocianich gniazd.

Mijamy Gorodok czyli Gródek Jagielloński – miasteczko, w którym zmarł przeziębiony podczas polowania, król Władysław Jagiełło, który lubił bywać w tych okolicach.

Gdzieś tu znajduje się dział wodny dwóch mórz. Wszystkie rzeki od strony zachodniej spływają do Morza Bałtyckiego, po stronie wschodniej do Morza Czarnego.

No i Lwów. Wjeżdżamy  ulicą Horodocką czyli Gródecką. Nad miastem góruje Wysoki Zamek. To tu, w XIV wieku, Kazimierz Wielki zbudował zamek królewski, do dzisiaj pozostał kawałek muru, ale wszyscy wdrapują się na wzgórze, żeby obejrzeć panoramę miasta.

Widok z Kopca Unii Lubelskiej

Widać stąd wieże kościołów i cerkwi. Najstarsze świątynie pochodzą z czasów ruskich, kiedy to w 1256 roku książę Daniel na wysokiej górze, miał posadowić miasto i nazwał je Lwowem od imienia swojego syna Lwa.

Nie ma chyba drugiego na świecie miasta, w którym byłyby trzy kościoły katedralne trzech wyznań. Kolejno je zwiedzamy. Na początek  Cerkiew św. Jura, matka kościoła grekokatolickiego.

Przed Cerkwią św. Jura

Zaglądamy też do katedry rzymskokatolickiej pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, gdzie 1 kwietnia 1656 roku król Jan Kazimierz ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej.

Wokół katedry już w XIV wieku miał być cmentarz. Jego pozostałością jest manierystyczna Kaplica Boimów – bogatych lwowskich mieszczan, „przyklejona” do jednej z kamienic.

Wejście do Kaplicy Boimów

W katedrze ormiańskiej – ciemnej i pełnej fresków wita nas proboszcz.  Pięknym głosem śpiewa jeden z psalmów dawidowych w języku ormiańskim. W ten sposób zachęca do ofiar na odbudowę zniszczonej w czasach sowieckich świątyni. Oczywiście kupujemy płytę z pieśniami.

Ten ksiądz za chwilę zacznie śpiewać

I jeszcze jedna katedra – unicka. Służy grekokatolikom, którzy w 1596 roku uznali zwierzchnictwo papieża. W ich  kościołach są ikonostasy – czyli ściany z obrazami świętych, nie ma organów, wierni pięknie śpiewają, a  kapłani mogą się przed święceniami żenić.

Miasto Lwów tętni życiem, jeżdżą tramwaje, autobusy, trolejbusy, przemykają marszrutki czyli niewielkie busiki, którymi można wszędzie i szybko dojechać.

Na lwowskim rynku zabytkowe kamienice. W jednej poczta z XVII wieku, w innej stara apteka, w jeszcze innej zatrzymywał się Jan III Sobieski.  Gwarno tu, bo w ogródkach siedzą ludzie, jedni piją lwowską kawę, czarną i mocną, inni lwowskie piwo, jeszcze inni zajadają się barszczem, który tu ma smak jedyny w swoim rodzaju.

Przy głównych ulicach stoją kobiety w chusteczkach na głowach i z chodnika sprzedają jagody, warzywa, owoce. W miejscach, które nawiedzają Polacy, jak spod ziemi wyrastają rodacy, którzy sprzedają nam chałwę, śliwki w czekoladzie, kawę, widokówki, magnesy, „Kurier Galicyjski”.

Kupujemy, bo po pierwsze tanio, po drugie – popieramy swoich, którzy pozostali we Lwowie po 1945 roku. Jest ich niewielu. Zachować swoją tożsamość w prawie 800 – tysięcznym mieście, zamieszkanym przez Ukraińców, nie jest łatwo.

Pan Leszek podkreśla, że miasto (jego historyczne centrum) zbudowali Polacy, którzy byli tu większością do 1945 roku. Dziełem Sowietów są blokowiska  na obrzeżach miasta.

Po Polakach zostało mnóstwo kościołów. Po 1945 roku w wielu z nich były sale sportowe, koncertowe, muzea, magazyny.  Inne oddano prawosławnym lub unitom, czyli grekokatolikom.

Jeśli Lwów to musi być Cmentarz Łyczakowski. Pan Leszek, z którym już kiedyś zwiedzałam miasto, zaczyna zwiedzanie nekropolii od grobu Władysława Bełzy – autora „Katechizmu polskiego dziecka”  wierszyka „Kto ty jesteś – Polak mały”.

Nagrobki, kaplice cmentarne, w których spoczywają lwowianie – świadczą o przeszłości miasta. Wiele nagrobków jest odnawianych. I to przez Polaków. Restaurują nie tylko nagrobki rodaków, ale też Ukraińców. Takie są zasady.

Potem kolejno Gabriela Zapolska, która stworzyła Dulskich, Maria Konopnicka – autorka nie tylko „Bajki o krasnoludkach i sierotce Marysi”,  noweli „Nasza szkapa” czy „Roty”, ale też feministka, która ostatnie lata życia spędziła z kobietą – Marią Dulębianką – artystką, malarką, feministką.

Grób przyjaciółki poetki, zmarłej 9 lat po Konopnickiej,  znajdziemy w kwaterze Obrońców Lwowa. Kiedyś spoczywały w jednym grobie. Potem Dulębiankę przeniesiono.

Nagrobek Gabrieli Zapolskiej

Od góry nagrobek Marii Dulębianki, niżej pomnik Marii Konopnickiej

Zatrzymujemy się przy grobie wybitnego matematyka  profesora Uniwersytetu im. Jana Kazimierza Stefana Banacha, który w kawiarni Szkockiej przy ulicy Akademickiej, na serwetkach rozwiązywał zadania matematyczne.

I Wielkopolanin Zygmunt Gorgolewski – twórca gmachu Teatru i Opery we Lwowie ze słynną kurtyną wykonaną przez Henryka Hektora Siemiradzkiego.

 Na górce cmentarz Obrońców Lwowa i Orląt Lwowskich. Szeregi białych mogił. Po 1945 roku miały być usunięte. Przetrwały. Na nagrobkach wiek poległych, wśród nich nawet 10 – letnie dzieci.

Do  Cmentarza Orląt Lwowskich trzeba dojść od głównej bramy Cmentarza Łyczakowskiego. Wejście od ulicy jest zamurowane. W dole kwatera Strzelców Siczowych oraz druga kwatera ofiar wojny na wschodzie Ukrainy, która teraz się toczy.

Dla Polaków Bandera to bandyta, dla Ukraińców bohater walczący o wolną Ukrainę. Pomnik Bandery stoi w centrum Lwowa. Jest też ulica Bandery i to nie tylko we Lwowie ale i w Żółkwi – miasteczku, do którego pojechałyśmy taksówką.

To tam urodziła się i mieszkała mama Polki z Londynu, która przyjechała tu z nami szukać swoich korzeni, popatrzeć na Lwów i Żółkiew oczami swoich rodziców.

Do Żółkwi zawiózł nas taksówkarz – pan Jurek. Wcześniej na  ulicę Karpińskiego, gdzie do 1945 roku mieszkali rodzice Polki z Londynu. Teraz w budynku mieści się firma reklamowa, trudno wejść do środka.

Stąd niedaleko do Parku Stryjskiego, gdzie chodzono z dziećmi  na spacery. Ale my nie mamy czasu na park. Jedziemy do Żółkwi, miasta założonego w 1597 roku przez Stefana Żółkiewskiego – hetmana polnego koronnego, o które potem dbał król Jan III Sobieski.  To tu w zamku miał świętować zwycięstwo spod Wiednia.

Żółkiew ma rozległy rynek, podobny do tego w Zamościu. Miało być „drugim Zamościem”.  Teraz jest to senne miasteczko będące raczej sypialnią Lwowa.

Do kościoła św. Wawrzyńca, gdzie są groby Sobieskich i Żółkiewskich nie wejdziemy. Dopiero później powiedziano nam, że trzeba dzwonić do proboszcza. Nie było czasu a nad miastem wisiały czarne chmury. Za czasów sowieckich był w kościele  magazyn a wiele obrazów zostało wywiezionych i teraz są w innych muzeach na Ukrainie.

Na szczęście można wejść do   Zamku, który będzie odrestaurowany o czym świadczy wizualizacja na murze. Jest też w mieście synagoga, której budowę wsparł król Jan III Sobieski. Nie zniszczono jej. Mimo podpaleń stoi i czeka na sponsora.

Wchodzimy do odrestaurowanego klasztoru Bazylianów. Do budowy tej grekokatolickiej świątyni miał się też dołożyć Sobieski. Chciał być władcą wszystkich nacji i wyznań zamieszkujących tereny Królestwa Polskiego.

Niestety, pomnik króla który stał do 1939 roku stał na rynku, został po wojnie usunięty. Kiedy byłam tu 12 lat temu na placu stał pomnik Lenina, teraz go nie ma.

Na rynku stoją ławeczki, kawiarenki, jest plac zabaw. Do rewitalizacji miasta dokłada UNESCO. W podcieniach kamienicy, która jest pamiątką po wymordowanych Żydach, pijemy w kawiarni pyszne lwowskie piwo.

Jeszcze wizyta w USC, gdzie chcemy dostać akt urodzenia mamy koleżanki z Londynu. Niestety, pani nam daje adres do archiwum we Lwowie. Potem taksówkarz mówi, że zapomniałyśmy o szeleszczącym papierku. Wtedy urzędniczka na pewno by nie tylko zrozumiała język polski lub rosyjski, ale też by dała dokument.

Bo język polski rozumieją tu  prawie wszyscy, mimo iż Polaków we Lwowie jest kilkadziesiąt tysięcy. Uczą się polskiego z telewizji, bo – się przydaje w sklepach, w kawiarniach. To powiedziała nam dziewczyna, która sprzedawała piernikowe figurki pod Cerkwią św. Jura.

Jest kilka takich magicznych miejsc we Lwowie, które odwiedzam, kiedy tylko tu jestem. Niedaleko stąd w Busku mieszkali dziadkowie moich dzieci. A ja w nich pielęgnuję pamięć o ich pochodzeniu. Wszak w połowie są Wielkopolanami, w połowie mieszkańcami Lwowszczyzny.

Lubię Wały Jagiellońskie, czyli Plac Swobody, który z jednej strony zamyka gmach teatru, a z drugiej  pomnik Adama Mickiewicza naprzeciwko  Hotelu  Georga, z balkonu którego śpiewał Jan Kiepura.

Lubię rynek z tramwajami, kataryniarzem, sklepem z lwowską kawą, sklepem „pijana wiśnia”, gdzie na ulicy przy wysokich stolikach można degustować nalewki. Lubię Theatre Beer czyli wytwórnię piwa lwowskiego, gdzie można degustować piwa smakowe i kupić gadżety związane z produkcją piwa.

Jeśli Lwów to kawiarenka na ulicy Ormiańskiej, gdzie można się napić kawy parzonej w tygielkach na gorącym piasku. Jest czarna jak smoła i słodka jak miłość. Można zjeść ciasto – tym razem był to torcik Sachera (smaki Wiednia).  Panie mówią tu po polsku.

Nieopodal kamienica, w której mieszkał Ignacy Łukasiewicz – twórca pierwszej lampy naftowej. Zawsze robię sobie fotki z przyjacielem racjonalizatora. A z okna patrzy na nas Łukasiewicz. Zdaje się, że coś krzyczy.

Z Łukasiewiczem patrzącym z górnego okna

Dzielnica żydowska to  ulica Starojewriejska z placem po wyburzonych domostwach. Dalej sklepiki i kawiarenki,  bardzo podobne do tych na krakowskim Kazimierzu.

I smakowity obiad w Karczmie, gdzie w wejściu witają człowieka dwa lwowskie batiary Szczepcio i Tońcio – czyli Kazimierz Wajda i Henryk Vogelvager, którzy sławili przedwojenny Lwów w swoich piosenkach.

W restauracji  Szczepcio i Tońcio

Przy pomniku Nikifora

Lubię wspinać się na  Kopiec Unii Lubelskiej. Usypano go z inicjatywy prezydenta parlamentu austriackiego Franciszka Smolki w 300. rocznicę zawarcia Unii Lubelskiej.

Było to w czasach zaborów. W 1869 roku zwożono tu ziemię ze wszystkich stron Polski. Umieszczono napis: „Wolni z wolnymi, równi z równymi. Polska Litwa i Ruś zjednoczone Unią Lubelską 12 sierpnia 1569 roku”.

Z kopca w pogodne dni widać Zamek w Olesku. I tam się wybraliśmy. Nie ma już w nim pamiątek po rodzinie Sobieskich czy Rzewuskich, którzy byli ostatnimi właścicielami Zamku zbudowanego na wysokiej górze.  Tu urodził się król Jan III Sobieski, tu gościł potem swoją żonę  Marysieńkę.

Na dziedzińcu Zamku w Olesku. Certyfikatu nie wzięłam

Aktualnie mieści się tu Galeria Sztuki. Na dziedzińcu można się sfotografować z „królem” i otrzymać na pamiątkę certyfikat. Niestety, w tylko w języku ukraińskim.

Bywa tu dużo wycieczek. Te miejscowe są preferowane. Musieliśmy przepuścić trzy ukraińskie wycieczki. I nie było żadnego gadania. Za to w środku perełki – portrety głównie polskich wodzów, królów, magnatów, którzy te tereny zamieszkiwali. Są tu też dzieła sztuki wywiezione z opuszczonych polskich kościołów, dworów, zamków…

Jednym z nich jest Zamek w Podhorcach wzniesiony w XVII wieku dla hetmana Stanisława Koniecpolskiego. Jest to prawdziwa forteca w stylu barokowym. Wnuk hetmana przekazał go Jakubowi Sobieskiemu – ojcu przyszłego króla. Zatrzymał się  tu podobno Jan III Sobieski wracający z Kamieńca Podolskiego.

W XVIII wieku zamek odkupili Rzewuscy, którzy zrobili z niego twierdzę. W czasie I wojny Rosjanie wywieźli z niego skarby ale Zamek oszczędzili. Przed wybuchem II wojny udało się przez Rumunię część zgromadzonych na nowo skarbów wywieźć do Brazylii. Tam utworzono z nich fundację.

Za czasów sowieckich urządzono tu szpital przeciwgruźliczy. To tu w latach 70. Jerzy Hoffman kręcił  sceny na Zamku Radziwiłłów w Kiejdanach  do filmu „Potop”.

Za murem horyzont ginie…

Teraz Zamek jest na nowojorskiej liście World Monuments Watch , jako jeden ze stu cennych zabytków na świecie zagrożonych zniszczeniem. Jest nadzieja, że zostanie uratowany.

Bryła Zamku imponująca, widoki na rozległą równinę zapierają dech w piersiach. Odwracając się plecami do Zamku, widzimy zamkowy kościół Podwyższenia Krzyża zbudowany na zamówienie Wacława Rzewuskiego. Jest bardzo zniszczony, ale używany przez grekokatolików.

W Podhorcach urodził się Euzebiusz Słowacki  – ojciec Juliusza Słowackiego, teoretyk literatury, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, już na Wołyniu, czyli w Krzemieńcu przyszedł na świat  Juliusz – uważany za drugiego  pod względem ważności polskiego poetę. I tam jedziemy.

Krajobraz stopniowo się zmienia. Pojawiają się pagórki. Maleńkie domki w ogrodach kryte eternitem. Krowy na łąkach. Wóz na drewnianych kołach załadowany sianem, który ciągną dwa konie a źrebię podskakuje z boku…

Ale jeszcze  mamy na trasie  Poczajów. Prawa miejskie miasteczko otrzymało w 1779 roku od króla Zygmunta Augusta Poniatowskiego. Z daleka biją po oczach złote kopuły Poczajewskiej Ławry  jednego z najważniejszych klasztorów Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego zwanego „Częstochową prawosławnych”.

Wszystkie kobiety muszą mieć spódniczki, w spodniach żadna nie wejdzie. Jeśli nie ma, może ją wypożyczyć. Na głowie chusteczki. Pilnuje tego ochroniarz.

Na schodach wiodących do Poczajowskiej Ławry

W Ławrze cerkwie, domy pielgrzyma i niewielu wiernych. Kręcą się duchowni z długimi brodami. W cerkwiach kręcą się kobiety, które sprzątają, wycierają wazony, odkurzają. Przewodnik tłumaczy, że jest to rodzaj pokuty. Wygląda to tak, jak gdyby tylko kobiety grzeszyły. Mężczyzn nie było w cerkwiach.

Najważniejszym przedmiotem kultu jest Ikona Matki Bożej, kamień z odbitą stopą Matki Boskiej oraz relikwie Hioba Poczajowskiego. Wszędzie złoto, malowidła, przepych…

Na drodze do monasteru (klasztoru) kramy z chustkami, które turystki nie zawsze mają, z dewocjonaliami, z innymi przedmiotami z drewna. Widać, że miejscowość żyje z turystów.

Do Krzemieńca – królewskiego miasta Korony Królestwa Polskiego – niedaleko. Pierwsze domki tego niegdyś bardzo ważnego i znanego, dziś sennego miasteczka, pojawiają się wkrótce.  Miejscowość jest długa. Z lewej synagoga a w niej dworzec autobusowy.

Przy drodze piękne kamienice, których świetność dawno minęła. Obdrapane, pokryte banerami reklamowymi. Z lewej widać Górę  Bony z resztami zamku.

My jedziemy dalej, do starej części miasteczka. Z prawej na wzniesieniu kompleks budynków. Potem się okazuje, że to gmachy dawnego Liceum Krzemienieckiego – znanego w całej okolicy, jedynego takiego.  Przed kompleksem budynków – pomnik „bohaterskich żołnierzy radzieckich”.

Kompleks gmachów Liceum Krzemienieckiego

W bocznej uliczce wspinającej się lekko pod górkę, biały dworek – Muzeum im. Juliusza Słowackiego, który urodził się w Krzemieńcu na Wołyniu (co wiemy z lekcji języka polskiego) w 1809 roku.

Do miasta rodzinnego wracał wielokrotnie. Ostatni raz był w 1831 roku po powstaniu listopadowym. O życiu i twórczości naszego wieszcza opowiada w muzeum pani kustosz. Wiedzie nas po ośmiu pokojach, z których każdy poświęcony jest innemu etapowi życia poety.

Mówi piękną polszczyzną, przeplata swoją opowieść fragmentami wierszy. Mówiła o pani Salomei Słowackiej – Becu, która pochowała dwóch mężów a potem w Krzemieńcu tęskniła za swoim synem, który miał zakaz wjazdu na teren Imperium Rosyjskiego.

Na pewno warto muzeum odwiedzić, mimo iż jest rekonstrukcją i właściwie nie ma tu oryginałów. Ale jest genius loci czyli duch miejsca. Można popatrzeć na senne miasteczko oczyma poety i jego matki. Za wiele się tu nie zmieniło.

Ewa Kasprzak – organizatorka wycieczki wpisuje się do księgi pamiątkowej w muzeum

Trudno uwierzyć, że 200 lat temu  (w czasach zaboru rosyjskiego)  był Krzemieniec centrum kulturalnym, które przyciągało przedstawicieli elit.

W 1805 roku założono tu Gimnazjum, którego poziom sprawił, że już w 1819 stało się Liceum Krzemienieckim.  Po powstaniu listopadowym je zamknięto a wyposażenie wywieziono do Kijowa.

Popiersie Tadeusza Czackiego – twórcy Krzemienieckiego Liceum

Teraz w imponującej wielkości gmachach znajduje się kolegium, a dawny gimnazjalny kościół służy grekokatolikom. Podobno w czasach II Rzeczpospolitej uczyła się w tej szkole córka Józefa Piłsudskiego, dzięki czemu na moment szkoła odzyskała kawałek dawnej świetności.

Tyle zostało po Ogrodzie Botanicznym przed Liceum.  Były tu rośliny z całego świata. Zabrano je do Kijowa po likwidacji szkoły

W miejscowej restauracji jemy obiad z barszczem ukraińskim w roli głównej. Na deser francuski croissant, herbata i oczywiście lwowskie piwo, którego smak jest niepowtarzalny.

Jeśli Wam ktoś mówi, że na Ukrainie jest niebezpiecznie czy niesympatycznie, to nie wierzcie. Miejscowi są otwarci na turystów z Polski, bo tych jest najwięcej i zostawiają tu największe pieniądze.

Tu się czuje siłę nabywczą swojej polskiej złotówki. 100 hrywien to 16,50 zł. Toaleta kosztuje 2 – 3 hrywny. Kawa i duże ciastko w kawiarni 60 hrywien. Magnesik 2, 3 złote bo na kramach, gdzie nie ma kasy fiskalnej, nawet złotówkami można płacić.

Noclegi w hotelu nad jeziorem 10 km od Lwowa standardowe. Szwedzki stół pełen smakołyków : od owsianki, naleśników z serem, z mięsem, przez parówki, jajecznicę, po wędliny, pomidory, ogórki, kawę, herbatę, wodę i soki.

Żal wyjeżdżać z  miasta, ale w drodze powrotnej słuchamy piosenki z płyty zakupionej od lwowskich Polaków

Niech inni sy jadą, dzie mogą, dzie chcą,
Do Widnia, Paryża, Londynu,
A ja si zy Lwowa ni ruszym za próg,
Ta mamciu, ta skarz mnie Bóg!

Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?
Tylko we Lwowie!
Gdzie pieśnią cię budzą i tulą do snu?
Tylko we Lwowie!

Czy bogacz czy dziad jest tam za „pan brat”
I każdy ma uśmiech na twarzy! …
A panny to ma, słodziutkie ten gród,.
Jak sok, czekolada i mniód!

Więc gdybym miał kiedyś urodzić się znów-
Tylko we Lwowie!
Bo ni ma gadania i co chcesz, to mów-
Ni ma-jak Lwów!

Możliwe, że więcej ładniejszych jest miast,
Lecz Lwów jest jedyny na świecie!
I z niego wyjechać, ta gdzież ja bym mógł!
Ta mamciu, ta skarz mnie Bóg!

Bo gdzie jeszcze ludziom …

Na szczęście na granicy za długo nie stoimy. Celnicy są łaskawi. Tylko trzy walizki przeglądają. Sprawdzają, czy nie ma więcej towarów z akcyzą niż wolno przewozić.

W drodze powrotnej Przemyśl zwany także „małym Lwowem”.  Oprowadza nas po nim przewodnik. Narzeka, że skończyły się dobre czasy dla Przemyśla, kiedy to z przemytu żyła jedna trzecia mieszkańców.  Teraz przemyślanie wyjeżdżają, szczególnie młodzi. Nie są w stanie utrzymać domów zbudowanych w czasach kontrabandy.

Miasto, jak mówił, pustoszeje. A jest naprawdę piękne i bardzo stare. Pierwsze zapiski pochodzą z 981 roku. Podobno wspominają też o nim źródła hebrajskie. Zwiedzamy palatium z czasów Bolesława Chrobrego, który odzyskał Przemyśl  dla Polski w czasie wyprawy kijowskiej .

Przemyśl to miasto w historycznej Rusi Czerwonej, która przechodziła z rąk do rąk. W 1340 roku przejął je Kazimierz Wielki, który kazał zbudować tu Zamek, istniejący do dziś. Ziemia Przemyska była bogata, wystawiła własną chorągiew na bitwę pod Grunwaldem.

Miasto rozkwitało i upadało, dziesiątkowały ludność wojny i zarazy. Było wielokulturowe i wielonarodowe. Do dziś jest siedzibą dwóch arcybiskupów: rzymskokatolickiego i grekokatolickiego.

Do katedry grekokatolickiej wierni często ubierają ludowe stroje

Może to zabrzmi  mało patriotycznie, ale najszybciej się rozwijało w II połowie XIX wieku pod panowaniem Habsburgów. W 1861 roku poprowadzono przez Przemyśl Pierwszą Galicyjską Kolej Żelazną. Do 1919roku Przemyśl był po Lwowie i Krakowie trzecim miastem w Galicji.

 

Dworzec

Dworzec – jeden z długich korytarzy

To tu w latach wojny krymskiej (1853 – 1856), „za Austrii” , jak mówił dziadek moich dzieci, zbudowano Twierdzę Przemyśl, trzecią co do wielkości w Europie w 1914 roku po Antwerpii i Verdun. Miała bronić Bramy Przemyskiej, przez którą wiódł szlak handlowy z Polski i Rusi na Węgry.

Spacer po mieście to spotkanie z historią Przemyśla. Wyburzony plac po dzielnicy żydowskiej, archikatedra bizantyjsko – ukraińska św. Jana, Wieża cerkiewna z jedynym w Polsce Muzeum Dzwonów i Fajek, Cerkiew OO Bazylianów, Pałac Biskupów Rzymskokatolickich przy katedrze, gdzie spotkaliśmy biskupa seniora  Józefa Michalika oraz pleszewian : ks. Nawrockiego i jego siostrę – zakonnicę.

W Muzeum Fajek i Dzwonów

Przewodnik mówi, że w 50 – tysięcznym Przemyślu jest 17 kościołów katolickich i 12 grekokatolickich i prawosławnych. Przypomina, że zmarły biskup Ignacy Tokarczuk wybudował ponad 400 nowych kościołów a Józef Michalik ponad 100. Diecezja przemyska jest najbardziej „pobożna” – podkreślał przewodnik.

Zajrzeliśmy też na moment do przemyskich podziemi, pospacerowaliśmy po rynku, gdzie jest ślad po panowaniu Austro – Węgrów w postaci pomnika. Robiliśmy sobie fotki z dobrym wojakiem Szwejkiem (III tom powieści Haszka toczy się w Przemyślu).

I jeszcze Krasiczyn niedaleko Przemyśla. Zamek w stylu renesansowo – manierystycznym zbudowali w XVI wieku Krasiccy. Zdewastowany przez Kozaków Zamek odkupili w XIX wieku Sapiehowie. To tu urodził się biskup krakowski Adam Stefan Sapieha. Sapiehowie sadzili drzewa w parku, dąb kiedy rodził się syn i lipę jeśli rodziła się córka. Rosną do dziś.

Na początku II wojny sowieccy żołnierze ograbili Zamek a kaplicę rodową zbezcześcili, poszukując skarbów. Po wojnie mieściło się tu technikum leśne. Teraz Zamek jest odbudowywany. Do naszych czasów przetrwał tylko gabinet myśliwski ostatniego właściciela, do którego wejście zamurowano w 1939 roku.

Obecnie w Zamku jest restauracja, hotel i kilka sal muzealnych. Na pewno warto tu zajrzeć. Wrażenie robi kaplica Sapiehów, gdzie młode pary biorą śluby oraz kaplica gdzie spoczywają zmarli. Zwłaszcza daty śmierci pięciorga dzieci Sapiehów, które umierały przed ukończeniem pierwszego roku życia.

Jarosław – Przemyśl – Lwów – Żółkiew – Olesko – Podhorce – Krzemieniec – Krasiczyn kiedyś były w jednym państwie. Od  72 lat leżą w różnych państwach, co wpływa na jakość życia ludzi w nich mieszkających.

Teraz  ze wschodu na zachód jeździ się do pracy a  z zachodu na wschód  na wycieczki. Jeśli będę miała okazję, na pewno po raz kolejny pojadę na wschód. Turystycznie.

Wycieczkę zorganizowało Wrzesińskie Towarzystwo Kulturalne. Ewie Kasprzak dziękuję za zaproszenie.

 

 

Skomentuj na Facebooku