Irena Kuczyńska
Pleszewianie Region Pleszewski

Ludzie Stali Pleszew – Jan Banaszyński

Dzisiaj  opowiadam o zawodniku, trenerze, instruktorze Klubu Sportowego Stal Pleszew, który przygodę z piłką nożną rozpoczął 64 lata temu. Jan Banaszyński nawet dom przy stadionie pobudował.

Ale zanim zaczęliśmy rozmawiać o trwającej kilkadziesiąt lat przygodzie ze sportem, pan Jan zaczął mi opowiadać o swoich przodkach. A ja, zasłuchałam się i postanowiłam to opisać.

Życie dziadków Jana Banaszyńskiego po kądzieli Marianny i Ignacego Wdowczyków było bardzo burzliwe. Dziadek Ignacy w ostatniej dekadzie XIX wieku, jak wielu innych Polaków w zaborze pruskim, wyjechał do Ameryki szukać pracy i lepszego losu.

Jego żona z trojgiem dzieci: Stanisławą, Heleną i Teodorem została w Karminku. Z Ameryki przychodziły listy z informacjami, że Ignacemu się za oceanem powiodło, był nawet prezesem kolei transatlantyckiej. Pan Jan mówi, że jego przodek zarabiał duże pieniądze i postanowił ściągnąć do siebie rodzinę.

I Marianna zdecydowała się na podróż statkiem z dziećmi do Ameryki. W Chicago przyszła na świat jeszcze jedna córka – Aniela i jedyny syn – Leon.

Po pewnym czasie Marianna  z wszystkimi dziećmi postanowiła wrócić do Polski. Ignacy został za oceanem. Ale o dzieci dbał i wszystkie zabezpieczył finansowo.

Żona zamieszkała z córką Anielą w Międzychodzie. W latach 30. i on wrócił z Chicago do Polski. Osiedlił się w Pleszewie w domu na rogu Kilińskiego i Szkolnej. Tego domu już dawno nie ma.

Tak wyglądał ten budynek w latach 60. XX wieku

Przy ulicy Kościelnej 3 otworzył warsztat. Co robił? – Wszystko. Miał złote ręce. Był krawcem, rusznikarzem, nawet zęby umiał rwać – pan Jan z wielkim  z uznaniem mówi o swoim dziadku.  Chociaż zna go tylko z opowieści  rodziców.

Ignacy Wdowczyk zmarł 6 września 1936 roku, jego wnuk Jan urodził się tydzień wcześniej – 29 sierpnia 1936 roku. Senior spoczął  na cmentarzu przy ul. Kaliskiej. Pan Jan podkreśla, że „dziadek z góry miał wszystkie koszty pogrzebu opłacone”.

W jednym z wnuków Ignacego Wdowczyka – Henryku – jedynym synu Anieli odezwały się geny przedsiębiorczego dziadka.  W latach 80. wyjechał na wycieczkę do Austrii i stamtąd uciekł do Vancouver w Kanadzie.

W Ameryce chciał skorzystać z majątku dziadka, ale okazało się, że ten robił tam interesy pod nazwiskiem Gdeczyk (a nie Wdowczyk), dlatego – jak mówi pan Jan – kuzyn mógł tylko dywidendy brać.

Dziadkowie  pana Jana po mieczu czyli Marianna i Sylwester Banaszyńscy mieszkali w Dobrej Nadziei. Dziadek był murarzem i razem z babcią prowadził gospodarstwo.  Dożyli sędziwego wieku: 96 i 98 lat. Wnuk mówi, że świętowali kolejne rocznice ślubu – zakończyli na 70.

Marianna i Sylwester Banaszyńscy z Dobrej Nadziei - 70 lat przeżyli razem

Wychowali czworo dzieci. Jan – po którym mój rozmówca odziedziczył imię, był żołnierzem Błękitnej Armii stworzonej we Francji i walczącej pod dowództwem gen. Józefa Hallera o utrwalenie granic Polski po I wojnie światowej.

Niestety, w czasie okupacji hitlerowskiej, ktoś „życzliwy” doniósł Niemcom, że zabił świnię. Rodzinę wysiedlono z gospodarstwa a Jan został zamordowany w więzieniu we Wronkach. Drugi syn Banaszyńskich to Stanisław – ojciec pana Jana. Były jeszcze dwie córki: Teofila i Weronika.

Dalej już będzie o Stanisławie i jego żonie Stanisławie z Wdowczyków Banaszyńskiej – rodzicach pana Jana.  Pobrali się  w 1924 roku.

Stanisława i Stanisław Banaszyńscy w 1924 roku

Mieszkali trochę w majątku w Zaniemyślu, gdzie Stanisław był kowalem. Ale wkrótce i im Ignacy Wdowczyk kupił dom w Pleszewie przy ulicy Piaski.

Stanisław Banaszyński przy pracy w kuźni

Stanisław  prowadził tam warsztat kowalski. Żona zajmowała się domem i wychowaniem sześciorga dzieci, z czego troje nosiło mundury: jeden brat był oficerem w wojsku, drugi w milicji i siostra była zakonnicą – wylicza pan Jan.

Jego rodzice przeżyli razem 65 lat. Po medal za długoletnie pożycie małżeńskie z okazji złotych godów, przyjechali do pleszewskiego ratusza powózką. A zdjęcie jest przechowywane nawet w Muzeum Regionalnym w Pleszewie.

 Jubileusz 25 - lecia ślubuStanisława i Stanisław Banaszyńscy z dziećmi w roku 1974 

Na końcu raz jeszcze powrócę do potomków Ignacego Wdowczyka, którym w genach przekazał on ciekawość świata…

Tymczasem wracam do pana Jana, który ma przed sobą teczkę z dokumentami i zdjęciami z czasów, kiedy był związany z Klubem Sportowym Stal Pleszew.

Stal Pleszew lata 60.

Cały czas grałem w piłkę – wspomina starszy pan i oczy mu błyszczą, kiedy wymienia nazwiska kolegów z boiska: Zdzisława Jóźwiakowskiego, Kazimierza Kaseję, Henryka Pasiaka, Zbigniewa Chwalińskiego, Bogdana Danielskiego, Zdzisława Szymczaka, Mariana Reszelskiego, Henryka Duczmala, i trenerów Wacława Miedzianowskiego, Franciszka Kubiaka, Mariana Radomskiego. Mówi, że grać  w „Stali” Pleszew zaczął już jako licealista, pod obcym nazwiskiem, bo był za młody na zawodnika, ale, że  miał talent, posunięto się do tego drobnego oszustwa.

„Stal” w latach 50., 60. finansowały największe pleszewskie firmy: Obrabiarki (Famot)  i Aparatura (Spomasz). Na mecze jeździło się samochodami ciężarowymi z plandeką. Z zawodnikami jeździli kibice.

Treningi odbywały się  najpierw dwa razy w tygodniu, we wtorki i w piątki, a kiedy trenerem został Marian Radomski – wprowadził trzy treningi. Piłki były skórzane, sznurowane, a buty piłkarzom naprawiał szewc Jan Jankowski. Podczas meczów w Pleszewie kibice siedzieli na trybunach, ale też stali za  płotem i kibicowali. Pleszew żył piłką nożną.

Pan Jan był nie tylko zawodnikiem ale też instruktorem i trenerem. Z dumą pokazuje mi świadectwo kursu trenerskiego, który w 1966 roku w Gdańsku – Oliwie w Centralnym Ośrodku Sportu prowadził  sam Kazimierz Górski. Kurs trwał 3 tygodnie i i odbywał się w ramach urlopu.

Jako trener pan Jan co roku jeździł na szkolenia: m.in. do Poznania i Sierakowa, gdzie szkolenia prowadził profesor Balcer. Uczestnikami kursu byli m.in.  Teodor Anioła, Henryk Franek, Wacław Domagała, Marcinkiewicz. „Bez aktualnego kursu nie wolno było trenować” – podkreśla pan Jan.

Tu podpis członka komisji egzaminacyjnej Kazimierza Górskiego

Jeszcze, będąc czynnym zawodnikiem,  został instruktorem piłki nożnej i pomocnikiem trenera Mariana Radomskiego a w klubie Stal Pleszew – został wiceprezesem ds. szkoleniowych.  Tadeusz Włodarczyk był kierownikiem sekcji piłki nożnej. Sekcją siatkówki i koszykówki dowodził Janusz Lonc.

I właśnie  zajęcie trenera  i instruktora zostało panu Janowi, kiedy po ślubie z Heleną w roku 1967, przestał grać w barwach Stali Pleszew. Ale tęsknił za piłką. Mówi, że kiedy zaczął budować dom, postarał się o działkę  w Alejkach Mickiewicza naprzeciwko stadionu, gdzie nadal spędzał dużo czasu.

Jeszcze w 1983 roku był trenerem. Czasem, na meczach wyjazdowych, towarzyszyła mu żona i córka  Małgosia.

To ona, drepcząc za tatą, po boisku, pokochała sport. Już jako uczennica najpierw Trójki, gdzie sportem zaraził ja Wojciech Wawroski, a potem pleszewskiego liceum,  wiedziała że wybierze studia na Akademii Wychowania Fizycznego.  I została nauczycielką. Pracuje w Zespole Szkół Publicznych w Kowalewie. Oczywiście jest wuefistką.

Towarzyszyła tacie, kiedy rozmawialiśmy i oglądaliśmy pożółkłe stare dokumenty z czasów jego działalności w Stali Pleszew, rodzinne zdjęcia dziadków i pradziadków.

Rozmowa zeszła na pracę zawodową bohatera mojego posta. Okazuje się, że pan Jan wielokrotnie ją zmieniał.   Jak wielu  rówieśników, zaczął pracować po skończeniu IX klasy liceum. Trafił do brygady Służba Polsce  w Goleniowie pod Szczecinem i nauka się skończyła.

Po skończeniu kursu księgowości w Ostrowie Wlkp. wyjechał do Słupska, gdzie mieszkał starszy brat. Otrzymał pracę w Gminnej Spółdzielni pod Słupskiem, ale szybko wrócił do Pleszewa, do rodziców. Dostał pracę w Spółdzielni Produkcyjnej w Chorzewie. Jako księgowy miał biuro w pałacu, który w latach 1954/55 był – jak mówi – ruiną. A w sali balowej to nawet stropu nie było.

Wkrótce spółdzielnia w Chorzewie się rozwiązała a pan Jan otrzymał pracę w Spółdzielni Pracy „Czapnik”, gdzie kierownikiem  był Marian Chatliński, który też grał w piłkę nożną.

Potem był PZGS czyli Powiatowy Związek Gminnych Spółdzielni z dwuletnią przerwą na służbę wojskową w  Nysie.  Po wojsku Spółdzielnia Pracy „Remont” przy ul. Sienkiewicza i popołudniami nauka w liceum ogólnokształcącym.

W 70. latach dostał pracę w Domu Pomocy Społecznej, gdzie był zastępcą dyrektora. Jak mówi – stanowisko dyrektora DPS-u było zarezerwowane dla żony Sekretarza Komitetu Powiatowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Zastępcą był 10 lat, potem dwa lata głównym dyrektorem. Kiedy domy pomocy przejął Zakład Opieki Zdrowotnej, stracił pracę.

Wkrótce otrzymał etat w Banku Spółdzielczym w Pleszewie.  Był przez 17 lat zastępcą dyrektora. I tak dotrwał do emerytury.

Cieszy się z sukcesów swojego wnuka Mikołaja – syna Małgosi – absolwenta wydziału architektury na Politechnice Poznańskiej. Mikołaj właśnie wyruszył na rok do pracy w Chicago.  Chce zdobyć doświadczenie. Interesuje go projektowanie wieżowców. Po studiach wysłał setki podań o pracę w całym świecie. Marzył o Dubaju a dostał Chicago.

1oo lat temu w Chicago pracował jego prapradziadek Ignacy Wdowczyk. Praprawnuk Mikołaj jest ciekawy świata jak prapradziadek – podkreśla pan Jan.

I dodaje, że nie tylko Mikołaja pociąga daleki świat. Liczni potomkowie Ignacego Wdowczyka wyjechali za ocean. Szczególnie jeśli chodzi o dzieci i wnuki córki Heleny.  „Maryla i czworo jej dzieci mieszka w Chicago.  Janina wyszła za mąż za Polaka i mieszka w Toronto w Kanadzie. Urszula  i dwoje jej dzieci też mieszka w Ameryce.  Lech często lata do Kanady, gdzie mieszka jego dwóch synów” – wylicza pan Jan.

Mówi, że jak w zeszłym roku odwiedził w  Międzychodzie kuzyna Lecha, połączyli się przez skypa z jego synami w Toronto. Kiedy 100 lat temu jego dziadek wypłynął do Ameryki, to na list rodzina czekała kilka miesięcy.

Skomentuj na Facebooku