Irena Kuczyńska
Podróże Region Pleszewski

Moja przygoda z Albanią

Czy wiesz, że klikając w reklamy wspierasz funkcjonowanie mojego bloga?

Góry, morze,  jeziora, słońce, twierdze, bunkry, meczety – tak najkrócej można opisać Albanię, maleńki kraj z ciekawą historią sięgającą czasów starożytnych.

Przygoda z Albanią rozpoczyna się w Czarnogórze – na lotnisku w Podgoricy, gdzie ląduje samolot z turystami z Polski. Błękitne niebo, upał, palmy i oleandry a w oddali góry.

Czekamy na przewodniczkę, Karolinę, która  od dwóch lat mieszka w Albanii. Razem z nią wyruszamy autobusem na południe. Jeszcze przejazd przez granicę, gdzie sprawdzają dokumenty,  ani Albania ani Czarnogóra, która posługuje się walutą euro, nie należy  do Unii Europejskiej.

I jesteśmy w kraju, który przez 8 dni mamy poznawać. Mamy dojechać do Szkodry – sporego miasta położonego nad rzeką Drin. Po drodze urzekają krajobrazy, Jezioro Szkoderskie i góry. A nad nimi błękitne niebo.

Po drodze Karolina tłumaczy, że początki Szkodry sięgają czasów starożytnych a w całej swojej historii miasto przechodziło z rąk do rąk. Należało do Cesarstwa Rzymskiego, po jego upadku byli tu Słowianie, Bułgarzy, w XV wieku broniło się przed Turkami. Skanderbeg – narodowy bohater, przy wsparciu Wenecjan, bronił miasta przed Turkami. Nie udało się. Albańczycy przez pięć wieków byli pod panowaniem tureckim.

Takim świadectwem historii jest Zamek Rozafa, który znajduje się na wzgórzu i góruje nad miastem. Karolina opowiada, że najstarsza część ruin pochodzi jeszcze z czasów starożytnych. Miała tu być najstarsza twierdza iliryjska w regionie. Mogła  być siedzibą królowej Teuty w III w. p. n.e.

Jednak większość z zachowanych ruin pochodzi z XV wieku, czyli z czasów wojen z Turkami prowadzonych przez Skanderbega – bohatera narodowego. Ale ta część twierdzy powstała na starożytnych fundamentach.

Starożytność i średniowiecze i straszna legenda, którą opowiada Karolina. Miało być trzech braci, którzy  budowali zamek, ale ściany nie chciały stać. Wtedy mędrzec im podpowiedział, że muszą zamurować żonę jednego z nich, wtedy zamek stanie. Umówili się, że tę zamurują, która przyniesie im śniadanie. Dwaj starsi bracia swoje żony uprzedzili, najmłodszy był uczciwy. I to jego żona przyniosła im śniadanie i to ją zamurowano.

Poprosiła, żeby pozostawić jej prawe oko, żeby mogła płakać, prawą rękę, żeby mogła głaskać dziecko, prawą pierś, żeby mogła karmić i prawą nogę, żeby mogła kołysać kołyskę. I tak zrobiono, zamek stanął a z murów płyną łzy, które zamieniają się w rzekę.

Widoki z góry piękne, w dole błękitna wstęga rzeki, mosty i wzgórza a na nich domostwa i gaje oliwne.

W centrum Szkodry spacer po dzielnicy włoskiej. Wszędzie kawiarenki, jedna przy drugiej, w nich mężczyźni (najczęściej) siedzą i popijają kawę. Jest ona tu chyba napojem narodowym, bo wszyscy ją piją i smak ma niepowtarzalny.  Czarna jak smoła, ale i capuccino ma niezły smak i jest ciepłe.

Zaglądamy do archikatedry św. Szczepana, którą zbudowano w XIX wieku, na co miał się zgodzić turecki sułtan z uwagi na licznych katolików zamieszkujących Szkodrę.

Ale w 1967 roku Enwer Hodża – komunista albański zamknął wszystkie kościoły i meczety, ogłosił, że Al bania jest pierwszym na świecie krajem wolnym od religii. W neoromańskiej bazylice była sala sportowa.

Od 1991 roku jest znów miejscem kultu, a w 1993 roku był tu papież Jan Paweł II. Na głównej ścianie obraz z wizerunkami pomordowanych kapłanów. Z drugiej strony Matka Teresa z Kalkuty.

W Szkodrze jest też meczet zburzony przez komunistów i odbudowany w latach 90. oraz piękna cerkiew prawosławna, też zupełnie nowa.

Na deptaku tętni życie, sklepy, kawiarnie, banki, restauracje. Pijemy pierwsze piwo Korcza – jest znakomite. W hotelu wyśmienita kolacja z bogatym zestawem grillowanych i marynowanych warzyw. N o i wino oraz muzyka albańska… Piękny wieczór. Obok polscy artyści na plenerze.

Nazajutrz rejs po Jeziorze Komani – jednej z największych atrakcji turystycznych Albanii. Niektórzy porównują je do norweskich fiordów. Jest nazywane bramą do Gór Przeklętych.  Jezioro, a właściwie 3 jeziora powstały ze spiętrzenia wody na rzece Durres.

Aby dotrzeć do miejscowości Komani, gdzie jest przystań, z której wypłyniemy na jezioro, trzeba przejechać karkołomnymi serpentynami 55 km w głąb Gór Półńocnoalbańskich .

Droga asfaltowa, miejscami uszkodzona, z zakrętami nad przepaściami, bez jakichkolwiek umocnień czy osłon, wspina się coraz wyżej. Na trasie miejscowości, częściowo opuszczone przez mieszkańców, raczej wyludnione.

Gdzieniegdzie samotny dom – znak, że ludzie tu mieszkają. W dole szmaragdowe wody jeziora Szkoderskiego, potem Komani. Widoki dech zapierają. Góry, jezioro, domki, błękitne niebo i ta droga pełna dziur.

Czasem mijają nas samochody osobowe, to nieliczni mieszkańcy wiosek jadą do miasta. Autobus się zatrzymuje, aby przepuścić jadących z naprzeciwka.

W wiosce Komani zapora  i  tunel, który trzeba przejść pieszo, bo dwa auta się tu nie miną. Wędrujemy więc półkilometrowym tunelem na drugą stronę do przystani.

Stąd wypływają promy i łodzie, które przewożą mieszkańców wiosek położonych za wodą, towary, samochody, rowery, motocykle. Albo turystów.

My płyniemy łódkami. Rejs trwa około dwóch godzin. Góry schodzą prosto do wody, spadają wodospady, na brzegu skalistym stoją ptaki. Niebieskie niebo,  niebieska woda i góry.

Jeśli dobrze się wpatrzeć w zieleń n a zboczach gór, można zauważyć domostwa, ogrody a na brzegach miniaturowe plaże i łódki, którymi mieszkańcy domków docierają do wsi Komani a stamtąd 55 km do miasta.

Po dwóch godzinach rejsu łódka dociera do odciętej przez wodę miejscowości, gdzie – jak mówi Karolina – mieszka około 80 osób. Mają swoją piekarnię, pielęgniarkę, ogródki, na których uprawiają pomidory, cukinię, bakłażany, winogrona.

Po stromym i niezabezpieczonym zboczu wspinamy się do jednego z gospodarstw. Mamy tu obiad z regionalnymi specjałami, daniami z koźliny, baraniny, dużą ilością warzyw. No i raki – albańska wódka oraz wino. Jest prąd oraz internet.

Ale dojazd do miasta trasą, którą my przyjechaliśmy czyli rejs po jeziorze, tunel i pełna dziur droga. Mało tu turystów, mało łódek, cisza i spokój.

Kolejny dzień spędzamy w Krujii – niewielkim miasteczku, którego historia sięga VI wieku przed naszą erą, czyli czasów iliryjskich.  Uważane jest za kolebkę albańskiej państwowości.

Nad miasteczkiem góruje zamek widoczny ze wszystkich stron. I  tam wspina się nasz autobus.  Z dawnego zamku, w którym przez 35 lat  (XV wiek) Albańczycy pod przywództwem Skanderbega stawiali opór wojskom tureckim, zostało niewiele.

Trzęsienia ziemi i kolejne oblężenia spowodowały upadek miasta. Ale twierdza jest niemym świadkiem historii, są tu resztki fortyfikacji z XI wieku.

Jest też Muzeum Skanderbega, które zaprojektowała córka Enwera Hodży, wkomponowując nowe mury w średniowieczne mury.

Chociaż Skanderbeg zmarł, powstanie przeciwko Turkom upadło, Skanderbeg pozostał w pamięci
Albańczyków i jego kult trwa do dziś.

Turecka okupacja Albanii trwała od 1501 do 1912 roku. Jest wiele pozostałości po Turkach w Albanii. W dolnej części zamku turecka łaźnia z XV wieku, święte miejsce medytacji bektaszytów z XVI wieku, groby derwiszów a na dole u podnóża zamku bazar. Niedaleko meczet z XVIII wieku, który przetrwał czasy ateisty Enwera Hodży.

Uliczka z Bazarem jest urokliwa. Pełno tu kramów, sklepików, kawiarenek. W jednej z nich zamawiamy burek – ciasto z nadzieniem szpinakowo – ryżowym, do tego piwo Korcza. Bazar jest pozostałością po okupacji tureckiej. Podobno kiedyś było tu nawet 100 kramów, teraz jest około 30.

I sama Kruja – taki albański Kraków, z historią sięgającą III wieku przed naszą erą. Ale wszystko tu jest związane z bohaterem narodowym Skanderbegiem. Nawet koniak, który degustujemy w jednej ze znanych destylarni. Można go kupić w buteleczkach różnej wielkości.

Ze Skanderbegiem związana jest legenda, którą opowiada Karolina. Otóż podczas oblężenia zamku przez Turków, w mieście zaczynało brakować jedzenia. Wówczas Skanderbeg uciekł się do podstępu.

Pewnej nocy mieszkańcy Kruji przywiązali do stada kóz  pochodnie, a następnie wyprowadzili je z miasta tylnym wyjściem. Turcy, myśląc, że ludzie Skanderbega uciekają, uderzyli na zamek, i ponieśli klęskę.

Niezapomniane wrażenie zrobił też na mnie Berat – jedno z najstarszych miast w Albanii. Jego początki sięgają czasów starożytnych a w 2008 roku zostało wpisane na Listę światowego Dziedzictwa Kulturalnego  I Przyrodniczego UNESCO.

Miasto urzeka swoją zabudową. Po stromym wzgórzu zamkowym, od którego rozpoczęliśmy zwiedzanie, pnie się w górę dzielnica białych domków, krytych brązową dachówką, z brązowymi oknami. Stąd nazwa „miasto tysiąca okien” ale tak naprawdę, albańczycy nazywają to „okna nad oknami”.

Wrażenie niesamowite, można stać i patrzeć. Niestety, nie  było czasu aby zagłębić się w gąszcz uliczek na stoku i popatrzeć z bliska na te domki. Przejeżdżamy tylko tę dzielnicę autobusem.

Berat jest miastem starożytnym, w II wieku przed naszą erą został zdobyty przez Rzymian, którzy nazwali miasto Antipatrea. W czasach biznantyjskich nazywało się ono Pulcheriopolis  i  siedzibę miał tu biskup.

W IX wieku dotarli tu Bułgarzy i przechrzcili miasto na Beligrad…

Takim archiwum historycznym dla Beratu jest twierdza, gdzie do tej pory mieszkają Albańczycy. Można tu znaleźć pozostałości budowli a właściwie fundamenty z czasów iliryjskich, czyli tych najwcześniejszych, budowle z czasów rzymskich, bizantyjskich, albańskich i tureckich.

Tych ostatnich jest najwięcej, wszak od 1501 do 1912 roku Albania  była pod okupacją turecką. Miasteczko w obręb ie twierdzy jest zamieszkane. W wąskich uliczkach Albańczycy stawiają małe kramiki, w których sprzedają owoce, serwetki, kilimy, wyszywane bluzki. Są też kawiarenki z doskonałą kawą.

W twierdzy jest też monaster Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny a w nim niezwykły ikonostas z 1806 roku. Jest tam też Muzeum Onufrego – twórcy niezwykłych ikon. Do dziś nie odkryto jego tajemnicy użycia czerwonego koloru przy pisaniu ikon.

Niezwykłym miastem jest Vlora, założona przez starożytnych Greków. Nazywana jest miastem dwóch mórz Adriatyckiego i Jońskiego, co sprawia, że można korzystać z piaszczystych plaż Adriatyku i kamienistych morza Jońskiego.

Vlory nie zwiedzamy, ale przed wypłynięciem na morze, mamy chwilę relaksu na promenadzie nadmorskiej, gdzie delektujemy się smakiem  znakomitej kawę przyrządzonej przez przystojnego Albańczyka w jednym z barów.

Kawa to napój narodowy Albańczyków. Piją ją mężczyźni, którzy od rana gromadzą się w kawiarenkach, aby pogadać z sąsiadami i znajomymi i pić ten aromatyczny napój. Najczęściej bywa to mocne i czarne espresso. Ale od rana można sobie pozwolić na cappuccino. To we Vlorze było gorące i smaczne.

A potem rejs stateczkiem na wyspę Sazan. Słońce i wiatr towarzyszą nam przez cały czas rejsu. Kapitan kołysze, żeby było atrakcyjnie, brzeg coraz dalej. Morze przed nami, woda pod nami.

Wreszcie na horyzoncie widać wyspę, która leży na granicy między morzami. Na wyspie baza wojskowa, gdzie za czasów dyktatury Enwera Hodży mieszkało około 3000 żołnierzy z rodzinami. Jest tu 3600 jednoosobowych bunkrów z ponad 700 000 zbudowanych na rozkaz dyktatora Enwera Hodży, na wypadek zimnej wojny.

Żołnierze opuścili wyspę w latach 90. XX wieku, po upadku dyktatora. Pozostawili bunkry, tunele, korytarze, budynki mieszkalne, w tym szkołę, samochody wojskowe, wszystko. Przewodniczka mówi, że w tej chwili nikt na wyspie nie mieszka.

Przypływają wycieczki, oglądają, posiedzą na plaży, pospacerują i wracają do Vlory. Opuszczone  budynki nie mają okien, drzwi.  Pomiędzy nimi wyrastają drzewa figowe, których jest tu mnóstwo, jeszcze kilka lat i wszystko się zawali i zarośnie.

W drodze powrotnej półwysep Karaburun z bunkrami, grotami, jaskiniami, plażami, do których należy dopłynąć z Vlory. Wypoczywamy na jednej z nich. Jest tu restauracja z dobrym piwem i pysznym jedzeniem, ale we wrześniu kończy się sezon i zarówno restauracja jak i plaże pustoszeją.

I wisienka na torcie. Wjazd do Jaskini Piratów, do której prowadzi bardzo wąski przesmyk.  Niektórzy z wycieczkowiczów wskakują do wody i pływają w jaskini. Pozostali kibicują, fotografują i podziwiają jaskinię.

Wracamy do portu we Vlorze. to stąd w 1991 roku 20 000 Albańczyków uciekło na skradzionych statkach do Włoch. To we Vlorze w 1912 roku budziła się państwowość po ponad 500 latach niewoli tureckiej. Krótko też Vlora była stolicą Albanii.

Zanim opowiem o Tiranie, w której kończyliśmy nasze wędrowanie po Albanii, wrócę jeszcze do Durres, miasta portowego, z historią sięgającą VII wieku przed naszą erą i czasów kolonizacji greckiej.

W 220 roku przed naszą erą miasto zdobyli Rzymianie. Tędy prowadziła główna rzymska droga przez Bałkany do Konstantynopola Via Egnatia.

Był to czas rozkwitu miasta. Wybudowano wodociąg, termy, amfiteatr. I to resztki tego amfiteatru odkryto w 1966 roku, całkiem przypadkowo – podkreślała przewodniczka Karolina, prowadząc nas na teren budowli, która powstała w II wieku naszej ery, jako miejsce walk gladiatorów.  Był zbudowany za panowania cesarza rzymskiego Hadriana.

Do IV wieku odbywały się tu walki gladiatorów, potem uległ zniszczeniu w czasie trzęsienia ziemi. Na terenie amfiteatru zbudowano bizantyjską kaplicę i ozdobiono ją freskami i mozaiką.  Część zdobień przetrwała i można je oglądać, wędrując po dawnym amfiteatrze.

Amfiteatr odkryto przypadkiem, kiedy jeden z budynków na osiedlu zaczął się zapadać. Starożytna  budowla znajduje się w środku miasta, bardzo blisko centrum. Ruiny amfiteatru są wciśnięte między nowoczesne bloki. Jeden dom stoi na płycie amfiteatru a po trybunach  biegają kury. Trybuny oparto o stromy stok wzgórza.

Dlaczego amfiteatr  przetrwał tyle wieków? Cegły, są przełożone warstwami „mikstury” z kamieni wymieszanych z zaprawą.

Wracając do historii miasta Durres, warto wspomnieć, że po podziale Cesarstwa Rzymskiego w 385 roku, miasto zwane wówczas Dyrrachium, znalazło się w Cesarstwie Bizantyjskim.

W XIV wieku zagarnęli je Serbowie, potem należało do Republiki Weneckiej, a w 1501 znalazło się w Imperium Osmańskim.  Prawdopodobnie wtedy amfiteatr zasypano. Od 2004 roku przechodzi renowację.

Po Grekach zostały w Durres Korynckie kolumny z V wieku, po  Rzymianach amfiteatr,  łaźnie i forum,  po Bizancjum resztki murów obronnych, po Turkach  łaźnia z XVII wieku, po Wenecjanach fortyfikacje z XV wieku z potężną okrągłą wieżą.

Historia przeplata się tu z teraźniejszością. Ulice obsadzone palmami, wybrzeże Adriatyku zabudowane hotelami, do których należą kawałki plaży.

Plaże piaszczyste, morze ciepłe z muszelkami i pięknymi zachodami słońca. Wieczorem muzyka na żywo w restauracjach hotelowych, tańce, dobre piwo i wino i wielka życzliwość do turystów, wśród których jest wielu Polaków.

I Tirana – stolica tego niezwykłego państwa, które dopiero w 1912 roku odzyskało niepodległość, ale wciąż ktoś chciał im ją odebrać. W latach 50. 60. 70. 80. byli praktycznie odcięci od cywilizowanego świata przez Enwera Hodżę (1908 – 1995) , który wprowadził państwowy ateizm i kolektywizację rolnictwa. Wymordował duchownych, kościoły i meczety zrównał z ziemią albo zamieniał w muzea ateizmu.

Prowadził politykę zastraszania, odizolował Albanię od reszty świata, co doprowadziło do załamania gospodarki,  zarządził budowę  700 000 jednoosobowych bunkrów, które rzucają się w oczy wszędzie, w miastach, na wsiach, w górach, na cmentarzach nawet. Zakazał posiadania prywatnych samochodów, nadawania dzieciom imion świętych, małżeństw z cudzoziemcami. W centrum Tirany wzniósł piramidę, która miała być jego mauzoleum. Kosztowała 700 000 dolarów. Projektowała ją córka Hodży Pranvera. Aktualnie jest pusta i otoczona płotem.

Nieopodal piramidy dzwon nad chodnikiem  wytopiony z łusek i naboi które albańska młodzież zebrała po rozruchach w 1997 roku. Karolina mówi, że ma on przypominać o przemianach w kraju.

W programie wycieczki było zwiedzanie komunistycznego bunkra przeciwatomowego  nazwanego Bunk’art, jako że jest on częściowo muzeum i galerią sztuki.

I robi to wrażenie. Bunkier liczy 106 pokoi na 5 kondygnacjach. 40 udostępnionych jest do zwiedzania. Posiada elegancką aulę, gdzie w razie wojny miał się zbierać albański parlament. Ma gabinet, sypialnię i łazienkę dla Enwera Hodży, który podobno był tu jeden raz, na otwarciu. A bunkier był zbudowany pod ziemią dla niego i jego dygnitarzy na wypadek ataku na Albanię.

I wierzyć się nie chce, że dyktator go zbudował w 1978 roku…  W Bunkrze jest wystawa poświęcona działaniom policji i tajnych służb w czasach reżimu Hodży. 100 000 Albańczyków wtedy zginęło.

A Tirana? W centrum Plac i pomnik Skanderbega na ogromnym placu. W pobliżu Meczet Ethem Beja z XVIII wieku, który przetrwał reżim Hodży, bo uznano go za pomnik kultury. Obok meczetu wieża zegarowa z 1821 roku.A my wędrujemy ulicami Tirany. Trasa spaceru wiedzie koło głównych budynków rządowych i państwowych, koło parku, mostu Grabarzy, który pozostał po czasach tureckich.

Na Placu Matki Teresy z Kalkuty próżno szukać pomnika świętej urodzonej w Albanii. Został przeniesiony na lotnisko, jedyne w całym kraju.

I jeszcze jedno, co się rzuca w oczy w Tiranie, to kolorowe blokowiska. Malowanie szarych bloków to pomysł Ediego Ramy  – premiera Albanii od 2000 roku. Jako malarz chciał odmienić to szare i brzydkie  miasto. I udało mu się. Jest optymistycznie, chociaż trochę pstrokato.

Na koniec najnowsza atrakcja Tirany – góra Dajti porośnięta lasami bukowymi, na którą trzeba wjechać kolejką linową. Widoki z wagonika są niesamowite. A z góry jest piękny widok na Tiranę.

Jakie wrażenia wywiozłam z Albanii? Tylko pozytywne, piękny kraj z ciekawą historią sięgającą starożytności, sympatyczni ludzie, którzy starają się budować państwo zniszczone przez dyktatora. Robią wszystko, żeby turysta czuł się zadowolony, mówią po angielsku w restauracjach, hotelach, są bardzo komunikatywni. Mimo, iż ich język ojczysty jest niezrozumiały dla cudzoziemca.  Po albańsku Albania to Shoiponja. I to będzie jedyne słowo, które zapamiętałam.

I jeszcze jedno. Wczasy w Albanii są na kieszeń polskiego emeryta. Ceny w Albanii są przybliżone do polskich, jeśli nie niższe. A piwo w eleganckim lokalu na plaży w Durres było tańsze niż w Kołobrzegu.

 

 

Skomentuj na Facebooku