Irena Kuczyńska
Region szamotulski

Spotkajmy się w Szamotułach 50 lat po maturze

Czy wiesz, że klikając w reklamy wspierasz funkcjonowanie mojego bloga?

W 1967 roku zdawałam maturę w Liceum Ogólnokształcącym nr 54 w Szamotułach. Dzisiaj garść wspomnień z lat szkolnych. Na czerwiec zaplanowaliśmy spotkanie. Być może ten post pomoże komuś podjąć decyzję o udziale w spotkaniu… Ostatnie było 30 lat temu.

Rok 1967 – klasa XI B. Stoją od lewej: Ania Cejba, Janka Kowalewska, ks. Lucjan Ronduda, Irena Leśna (kuczyńska – autorka posta), Tereska Muszyńska, Ewa Szymkowska, Ela Gacka, śp. Maria Helak, Basia Biniek, Emilia Szymczak. II rząd:Michał Granops, Heniu Matjasz, Andrzej Wachowiak, Marek Białkowski, Andrzej Zięba, Tadziu Kujawski, Michał Fąka, Marian Skowroński,  III rząd: Zdzisław Piber, Jan Golon,  Piotr Chmielewski, Marian Fiksa, Janusz Niedźwiedź, śp. Maciej Dybizbański, Marian Kasprzak, Jan Bierka, Adam Unger. Brakuje Emilii Krawczyk, Eli Grzesiak (nie żyje), Wandy Romanowskiej, śp. Jacka Mackiewicza, Lilli Mojzesowicz, Danki Wojciechowskiej, Teresy Goździerskiej, Barbary Pałubickiej

Kiedy przejeżdżam przez rynek w Szamotułach, zawsze patrzę na budynek mojej szkoły. Teraz tam mieści się gimnazjum.  W latach 1963 – 1967  stary gmach nieopodal rynku, obok szpitala,  był siedzibą liceum. Znałam go wcześniej. Przed wojną przez rok uczęszczała do niego moja mama Irena, niestety jej edukację przerwała wojna. Jest legitymacyjne zdjęcie mamy z 1938 roku. Była też w domu maleńka walizeczka, w której mama woziła przybory na zajęcia praktyczne. Z tych lat pochodzi też piękny pamiętnik, który prowadziła mama w czasach licealnych, a właściwie gimnazjalnych, po do 1939 roku było gimnazjum i liceum czyli dwustopniowa edukacja. Kiedy jeździłyśmy z Ostroroga do powiatowych Szamotuł, zawsze mi szkołę pokazywała. W latach 50. do liceum dojeżdżała najmłodsza siostra mamy Aleksandra.  Kiedy ja rozpoczęłam naukę w liceum, oczywiście po zdanym egzaminie wstępnym, niektórych profesorów znałam dobrze z opowiadań cioci. Polecam moje wspomnienie o Aleksandrze Ratajczakównie – rok matury 1959.http://irenakuczynska.pl/ciocia-musi-byc-bez-cioci-mozna-zyc/.

Dla czternastolatków z małego Ostroroga,  nowa szkoła  była prawdziwym wyzwaniem. Po pierwsze  budynek, w porównaniu z naszą  podstawówką w Ostrorogu, był  bardzo duży i łatwo było się w nim zgubić. Po drugie, zupełnie nowe środowisko, nowi koledzy. Szamotulanie przyszli do liceum prawie całymi klasami ze swoich podstawówek. Nas z Ostroroga było czworo: Basia Pałubicka, Benia Dondajewska, Stasiu Sibilski i do innej klasy, z językiem łacińskim, poszedł Marian Greczka. Po trzecie dojazdy. Ja dojeżdżałam do Szamotuł autobusem o godz. 7.20 z rynku. Ale bywały sytuacje, że trzeba było jechać do szkoły pociągiem o godz. 6.10. Wtedy pobudka o godz. 5.00 i bieg przez całe miasteczko na dworzec kolejowy. W Szamotułach się było przed 7.00. Do 8.00 siedziało się w szkole i czekało na pierwszą lekcję. Po lekcjach biegiem na autobus, który miał przystanek na rynku, a jeśli lekcji było więcej to powrót pociągiem relacji Szamotuły – Międzychód, który wyjeżdżał z Szamotuł o 16.00. Niektórzy szamotulanie mieszkali przy samej szkole. My byliśmy ,,ze wsi”. Byliśmy nieśmiali i mniej oblatani z miastem i szkołą.

Do gmachu liceum wchodziło się przez boisko, na dole mieszkali państwo Jakubowscy, woźni. Nie raz się tam prasowało bluzkę przed występem. Potem szatnia w piwnicy i w sezonie kuchnia, gdzie za 20 groszy kupowało się kawę z mlekiem do śniadania. A potem biegło się do klasy, żeby zdążyć przed nauczycielem. Pamiętam, że każda klasa miała swoją salę. Na fizykę, biologię, chemię się szło do gabinetów. Na pierwszym piętrze pokój nauczycielski, do którego wstęp był wzbroniony, więc czekało się na profesora pod drzwiami.  Pamiętam duże przerwy. Z klas trzeba było wyjść. W zimie wszyscy spacerowali parami w kółko wokół korytarzy. Nauczyciel dyżurny stał na schodach.  Wiosną i  jesienią obowiązkowo wychodziło się na boisko. Niektórzy schodzili nad rzeczkę Samę, która przepływała za boiskiem. Tam też wyskakiwali koledzy na papierosa.

Stroje szkolne? Oczywiście, że na co dzień granatowe fartuchy z białym dopinanym kołnierzykiem. Na rękawie obowiązkowa tarcza z numerem ,,54”. Nawet na zabawie szkolnej tarcze były obowiązkowe w myśl hasła: ,,u nas nawet na zabawie, trza mieć tarczę na rękawie”. Chłopcy nosili ciemne sweterki. Także wierzchnia odzież musiała być w granacie. A na głowie berecik, oczywiście granatowy. Chłopcy nosili granatowe czapki z daszkiem i żółtym otokiem. Technikum rolnicze miało zielone. Książki nosiło się w teczce, potem w starszych klasach, chłopcy mieli worki turystyczne, a my jakieś bardziej damskie torby.

W latach 60. do szkoły chodziło się od poniedziałku do soboty. W sobotę lekcje były do 12.30.Wolna od nauki była tylko niedziela. Nie było też ferii zimowych. Wolne dni były od 23 grudnia do 6 stycznia. Przy czym 6 stycznia czyli w Trzech Króli szło się do szkoły, bo to przedwojenne święto kościelne 16 listopada 1960 roku było zniesione. Ciekawe może być też to, że  rok szkolny dzielił się na cztery okresy, a nie jak to jest teraz na dwa semestry. Pierwszy kończył się w połowie listopada, drugi w styczniu, trzeci w kwietniu i czwarty to koniec roku szkolnego. Skala ocen też była inna – 2,3,4,5 i koniec. Potem wstawiano też plusy i minusy. Czyli 5-, 3 = (trzy na szynach, czyli już nie 3 a jeszcze nie 2). Mama z przedwojennych lat edukacji wspomina dwa świadectwa, jedno za pierwszy okres (mamy je w domowym archiwum w Ostrorogu), które ma datę z grudnia 1938. I potem drugie z czerwca 1939.

Koleżeństwo było bardzo ważne. Moja młodość przypadła na czasy bez telefonów, miało je w moim Ostrorogu zaledwie kilka osób. Także samochody były rzadkością. Poruszano się głównie autobusem i pociągiem. Na nas, czyli tych z Ostroroga mówili ,,Jaśki”. Może zazdrościli nam, że to u nas urodził się Jan Ostroróg – autor ,,Memoriału o uporządkowaniu Rzeczpospolitej” wojewoda wielkopolski z czasów Kazimierza Jagiellończyka. Ale chyba nie, bo oni mieli Wacława z Szamotuł – wybitnego kompozytora z epoki renesansu. Telewizory w latach 60. dopiero wchodziły na rynek. Kiedy poszłam do liceum, rodzice kupili Neptuna – ogromne pudło z małym ekranem. I można było oglądać przede wszystkim poniedziałkowy Teatr Telewizji i pisać recenzje na lekcje polskiego. Koleżeństwo było ważne, kiedy człowiek zachorował. Każdą lekcję trzeba było przepisać od kolegi. Przecież nie było scanera, komputera. Najwyżej kolega mógł pisać notatki  przez kalkę techniczną. Jeśli miał długopis. Przypominam sobie, że na II piętrze w szkolnym sklepiku koleżanka ,,nabijała” wkłady do długopisu.

Nauczyciele? Pamiętam wielu. Najbardziej polonistkę prof. Ewę Krygier. Wszyscy się jej bali. Miała cięty dowcip, ale była zawsze doskonale przygotowana do lekcji. Była sprawiedliwa, ale pamiętliwa. Jak w klasie IX nie przeczytaliśmy lektury na ostatnią lekcję polskiego, to w klasie X na pierwszym polskim z tego pytała i stawiała dwóje (jedynek nie było). Był to chyba ,,Wrzesień” Jerzego Putramenta. Moja wiedza polonistyczna przekazana przez ,,Ewę”, wystarczyła na egzamin wstępny z j. polskiego na bardzo obleganą w 1967 roku filologię rosyjską. Na kółko recytatorskie chodziłam do innej polonistki prof. Elwiry Dobkowicz. Niektóre wiersze pamiętam do dziś. Między innymi utwory Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Ale nie tylko. Pani Dobkowicz otworzyła mnie na teatr i operę. Jeździła z naszym kółkiem przynajmniej raz w miesiącu do teatru albo do opery do Poznania.

Prof.Teodozja Bąkowa uczyła mnie w klasie IX geografii i w klasie XI historii. Zakochana w geografii, historii i …w mapach. Umiłowanie map pozostało mi do dziś. Mogę godzinami jeździć palcem po mapie. Pamiętam, jak w klasie IX z okazji Prima Aprilis zrobiliśmy Bąkowej dowcip. Na geografię przynieśliśmy mapy historyczne, więc ona przepytała  nas …z historii, oczywiście na stopnie.  I nam zrobiła dowcip. Pani Bąkowa pochodziła z mojego Ostroroga, co nie znaczy, że miałam u niej jakieś fory. Matematyk – to nieżyjący już  prof. Władysław Paśka. Przyszedł do szkoły razem z nami. Dziewczyny go onieśmielały. Wiedział, że ja jestem humanistką, więc mnie nie dręczył zadaniami matematycznymi. I za to go szanowałam  i kiedy tylko jestem w Szamotułach na cmentarzu, odwiedzam jego grób.

Od trzech lat na cmentarzu odwiedzam prof. Konrada Roszczaka czyli ,,Trąbola”. Był nauczycielem przysposobienia obronnego. Kiedy na boisku dyżurował w czasie przerwy, zawsze był otoczony wianuszkiem uczniów. Nie stwarzał dystansu, chociaż i tak się go trochę baliśmy. Nie wyróżniał nikogo,  był równym człowiekiem. Bardzo go lubiłam, on mnie chyba też. Bywaliśmy razem na obozach harcerskich.  Niedaleko grobu profesora Roszczaka jest grób prof. Rafała Pisuli. Uczył matematyki a moją klasę też fizyki w XI klasie, kiedy fizyk, jednocześnie nasz wychowawca prof. Józef Śmigielski, odszedł ze szkoły do pracy w pogotowiu ratunkowym.

Z sympatią wspominam prof. Mariannę Łuś, nauczycielkę biologii. Miała gabinecik nad salę gimnastyczną. Pamiętam, że do matury z biologii umiałam  wszystko o komórkach, pantofelkach i euglenach zielonych. Pani Marianna była potem wychowawczynią mojej młodszej siostry. Kiedyś spotkałam ją w Szamotułach i poznała mnie. Byłam bardzo szczęśliwa, bo rzadko bywam w mieście mojej wczesnej młodości. Prof. Gabriela Tomaszek – nauczycielka wychowania fizycznego dojeżdżała moim autobusem ze Szczepankowa. Z wuefu pamiętam maleńką salę sportową i siatkówkę. Często sędziowałam, bo nie lubiłam biegać.
I jeszcze rusycystka prof. Jadwiga Skoracka. Nauczyła mnie na tyle, że bez większych problemów zdałam na studia (bardzo oblegane). Ale ja się chętnie języków uczyłam.

I słów kilka o dyrektorze Stanisławie Krzyśko. Przyszedł do naszej szkoły, kiedy byliśmy w IX klasie, po śmierci dyrektora Paweli. Pogrzeb dyrektora Paweli pamiętam, byłam na nim jako młodziutka licealistka. Pamiętam z opowiadań, że dyrektor Pawela uczył łaciny przed wojną mamę Marię Irenę Ratajczakównę, a potem ciocię Aleksandrę Ratajczakównę. Dyrektora Krzyśkę wspominam z sympatią. Uczył mnie historii w klasie dziewiątej i dziesiątej. I to były ciekawe lekcje. Pamiętam, że od czasu do czasu robił powtórki, kiedy można było sobie wybierać temat do referowania, taki jaki się chciało i w ten sposób złapać dobry stopień. Dyrektor Krzyśko był elegancki, szczupły, bardzo szybki, szarmancki.

Religia była, ale nie w szkole. Chodziliśmy przed lekcjami w szkole czyli na godz. 8.00 do zakrystii przy kościele poklasztornym. Prawie cała klasa bywała obecna na religii. Mimo iż,  w latach 1963 – 1967 nie wszyscy chodzili w swoich parafiach do kościoła. Był to czas, że niektóre osoby ,,na tzw. stanowiskach”, wolały do kościoła nie chodzić i dzieci na religię nie posyłać. Ksiądz Lucjan Ronduda był fantastyczny. Na pożegnanie dał nam razem ze świadectwem z religii ,,Niedzielny mszalik”. Mi on służy od 50 lat. Mam dedykację od księdza z życzeniami na całe życie. A miał ze mną problem, bo byłam bardzo dociekliwa, a były to czasy Soboru Watykańskiego II. Ten fantastyczny kapłan ma swoje miejsce w moim sercu. To on, grupę szalonych osiemnastolatków, zabrał pociągiem do Częstochowy. Pokazał nam Jasną Górę i Matkę Boską Częstochowską. Spaliśmy na halach. To była jedyna wycieczka z noclegiem. I zorganizował ją ksiądz katecheta, który nie bał się trudnych pytań.

W naszym roczniku były cztery klasy. Dwie czyli ,,A” i ,,B” chodziły do szkoły przed południem, a ,,C” i ,,D” na drugą zmianę. Przed południem były klasy mieszane, po południu żeńskie złożone z szamotulanek oraz mieszkanek Wronek, które miały dobry dojazd. W mojej klasie VIII B – XI B było zawsze ponad 30 osób. Mniej więcej  połowa dziewcząt, połowa chłopców. Były klasowe przyjaźnie, miłości, szkolne zabawy w auli pod okiem nauczycieli. Były randki na ,,Piaszczychy”, pierwsze papierosy wypalane nad Samą albo w parku, po ogłoszeniu dopuszczenia do matury pierwsze wino wypite u kolegi w domu. I matura w auli. Najpierw pisemna, a potem ustna z historii i biologii, bo z języka byłam zwolniona. I wręczenie świadectw też w auli. Tej samej auli, gdzie słuchało się koncertów filharmonii, ciesząc się, że lekcja wypada. W auli, gdzie nie raz recytowałam wiersze, śpiewałam na koncertach, na akademiach, tańczyłam na szkolnych zabawach. W auli, z której wraz z kolegami wyfrunęłam w świat ze świadectwem dojrzałości w czerwcu 1967 roku. Pamiętam, że kiedy zdawaliśmy maturę, była moda na ortaliony. A podczas prywatek (taka domówka z tańcami) tańczyło się przy płytach (pocztówkowych!) z nagraniami piosenek Piotra Szczepanika. ,,Goniąc kormorany”, ,,Żółte kalendarze”, ,,Puste koperty”. Kiedy zamknę oczy, słyszę te piosenki…

Kiedy kilka lat po ukończeniu szkoły, weszłam do auli, zdziwiłam się, że jest taka mała. Dla czternastolatki z Ostroroga, była to bardzo duża sala. Niestety, prawdopodobnie nie zajrzymy do niej podczas zjazdu z okazji 50 – lecia naszej matury. Jest tu teraz gimnazjum. Nie wiem, gdzie szamotulanie, którzy zabrali się za organizowanie zjazdu, spotkanie urządzą. Na razie trwa pospolite ruszenie. Do mnie zadzwoniła Emilka Prange. Zbiera kontakty. W tym poście zamieszczam dwa zdjęcia mojej klasy: jedno z 1967 roku z księdzem i drugie z 1987 roku z wychowawcami z okazjo zjazdu na 20 – lecie matury. Niestety, wszystkich kolegów nie ma. Jeżeli dotrze do Was ten post, piszcie do mnie na adres: irena.kuczynska@wp.pl  lub dzwońcie 660 693 841. Może Wasze dzieci, wnuki, lub znajomi rozpoznają Was na zdjęciu. Musimy się w czerwcu spotkać. Musi nas być jak najwięcej.

Po dopuszczeniu do matury, poszliśmy do parku…

Kiedyś napiszę o szamotulskich miejscówkach, które odwiedzali licealiści w latach 60. XX wieku – czytelnia, park, kino, Piaszczychy, kawiarnie…

Rok 1987 – Dwudziestolecie matury: Michał Granops, Janusz Niedźwiedź, Ela Grzesiak, Ewa Szymkowska, z tyłu Piotr Chmielewski, Marek Białkowski, Jan Golon, Teresa Muszyńska, Emilia Krawczyk, Teresa Goździerska, prof. Teodozja Bąkowa, śp. Maria Helak, Jan Bierka, Basia Biniek, prof. Józef Śmigielski, Danuta Wojciechowska, Lilla Mojzesowicz, Barbara Pałubicka, Janka Kowalewska, Henryk Matjasz, Wanda Romanowska, Irena Leśna (Kuczyńska), Marian Fiksa, Andrzej Wachowiak

Skomentuj na Facebooku