Irena Kuczyńska
Region Pleszewski Z historii

Z workiem pełnym pieniędzy jechali do Warszawy

Agnieszka Matuszak – uczestniczka pierwszego pleszewskiego Finału WOŚP – w marcu 1993 roku, wspomina wydarzenia sprzed 28 lat.

Po opublikowaniu tekstu o początkach WOŚP w Pleszewie LINK TUTAJ odezwali się pleszewianie, którzy mają dokumenty na pleszewskie granie w 1993 roku, kiedy jeszcze nie było identyfikatorów. A pieniądze do Warszawy były wiezione z Pleszewa w plecaku pociągiem. Oddaję zatem głos Agnieszce.

Zgodnie z obietnicą… piszę w sprawie jednej z najpiękniejszych opowieści, jaką tworzyli, tworzą i będą tworzyć mieszkańcy naszego miasta. Celowo nie użyłam słowa „historii”, bo jestem przekonana, że nie jest to koniec, że ta opowieść znajdzie swoją kontynuację.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale nie zapomnę, w jaki sposób się to odbyło. Zadzwonił do mnie – mieszkający kilka bloków dalej – Adam Tomaszewski. Rzucił hasło, przedstawił krótko i konkretnie – jak to Adam – cel akcji, a potem zapytał, czy w to wchodzę.

Nie potrzebowałam czasu do namysłu. Udzieliłam twierdzącej odpowiedzi. Podobno każdą decyzję należy przemyśleć. Niby tak. Jednak ta była spontaniczna i natychmiastowa. Do dziś jej nie żałuję. Odpowiedź brzmiała: „Adam, możesz na mnie liczyć!” Podczas kolejnych finałów nie pytał już, czy chcę się zaangażować. Wiedział doskonale, że nie musi.

Przed pierwszym organizowanym w Pleszewie finałem, podzieliliśmy się na grupy. Każdy zespół wybrał rejon, w którym przeprowadzał zbiórkę.  Stałam wtedy z niewielką grupką na rogu ulic Podgórnej i Krzywoustego. Czekaliśmy na ludzi idących na mszę. Podchodziliśmy do każdej osoby i tłumaczyliśmy, kim jesteśmy i jaki jest cel zbiórki. Zima była dla nas wyjątkowo surowa, ale w ogóle nas to nie zrażało. Zmarznięci, ale uśmiechnięci, pozytywnie nastawieni do ludzi (bo w końcu był to dla nas nieziemsko ważny i niebywale dobry cel), cierpliwie wyjaśnialiśmy, kto i po co organizuje zbiórkę.

Pleszewianie – jak zwykle – nie zawiedli. Choć WOŚP był wówczas znany tylko małemu gronu mieszkańców miasta, to i tak puszki zapełniały się bardzo szybko. Uśmiechy, życzliwość, mnóstwo dobrych i ciepłych słów od osób wspomagających finansowo akcję to rzeczy, które dowodziły tego, że – mimo niesprzyjającej aury i niektórych reakcji oraz okoliczności – zawsze warto i trzeba pomagać tym, którzy tego potrzebują.

Bardzo sympatycznie wspominam wszystkich, którzy wspierali nas dobrym słowem albo wpuszczali do swoich domów i częstowali herbatą.  Zanim państwo Vogtowie w 1995 roku zaprosili nas do swoje restauracji – co było dla nas – wolontariuszy pięknym gestem życzliwości, otwartości i troski, odwiedzaliśmy domy rodzinne naszych kwestujących, by móc odpocząć i rozgrzać się.

Pamiętam wielkie liczenie pieniędzy po każdym finale i radość związaną z tym, że udało się uzyskać kwoty niewyobrażalne dla naszego pokolenia. Niesamowitym – zwłaszcza z perspektywy czasu – wydarzeniem był wyjazd do Warszawy.  Z torbą pełną pieniędzy – może trochę bezmyślnie, ale na pewno spontanicznie i kierowani szlachetną intencją – wsiedliśmy do pociągu jadącego do Ostrowa Wielkopolskiego, a potem przesiedliśmy się do pociągu zmierzającego wprost do stolicy. Czas między przesiadkami wypełnialiśmy rozmowami, śpiewem i grą na zabranej przez Adama gitarze. (foto niżej)

Najważniejsze polskie miasto przywitaliśmy nad ranem. Fundacja była wówczas zamknięta, więc cierpliwie czekaliśmy na jej otwarcie. Gdy wpuszczono nas do środka, był czas na rozmowy, śpiew, autografy, nagranie, no i gorącą herbatę. Przemili ludzie (Jurek Owsiak, Walter Chełstowski, pracownicy fundacji) i fantastyczna atmosfera. Czuliśmy się tam naprawdę wyjątkowo. Wiedzieliśmy, że nasza kwota zebrana nie jest imponującą, ale przyjęto nas tak, jakbyśmy ofiarowali niewyobrażalną sumę. Tym większe brawa należą się Jurkowi. Dowodzi to jedynie tego, o czym zawsze mówił i co nieustannie przypominał – liczy się każdy grosz!

 Eskapada do Warszawy była niesamowita. Wyjechaliśmy w następującym gronie: Adam Tomaszewski, Agnieszka Matuszak (Janik), Piotr Kuberka, Łukasz Kuberka, Aneta Świerkowska, Grzegorz Kołaski, Magdalena Tadaszak, Piotr Polegaj, Paweł Walkowiak, Maciej Szoll i inni, (i tu proszę o wybaczenie i wyrozumiałość) których imion i nazwisk nie potrafię wymienić.

Potem kolejne finały i zbiórki. I to niewyobrażalnie – niewyrażalne szczęście związane z tym, że przyczyniliśmy się do ratowania czyjegoś życia. Zapominało się o zimnie czy zmęczeniu. Pamiętało się o cieple, życzliwości, wsparciu i dobroci, czyli wszystkim tym, co tego wyjątkowego dnia otrzymali nie tylko wolontariusze, ale i ci, na rzecz których tego dnia zbierano fundusze.

I choć dziś – po wielu latach aktywnych zbiórek – nie kwestuję osobiście, wspieram z całą rodziną orkiestrę  duchowo i materialnie. Jestem dumna z moich córek, których darowizna zasila corocznie konto WOŚP. Jestem dumna również z wszystkich pleszewian, którzy nieustannie, dobrowolnie dowodzą, że są wyjątkowi, zaś priorytetem dla nich jest ratowanie życia najmłodszych.  Cieszę się, że stanowię część tak empatycznej i wyjątkowej społeczności! Pleszewianie, jesteście NIESAMOWICI!

Niżej koperta, która zawierała podziękowanie dla Agnieszki od Telewizji Polskiej, która wspierała przez wiele lat WOŚP …

Skomentuj na Facebooku