Ciekawe historie ukryte w przedmiotach i w pamięci

Irena Kuczyńska2 grudnia 202119min0
Kryształowy koszyczek, puszka po landrynkach, pamiętnik, szklanka w koszyczku, książki, monety, które dawno wyszły z obiegu i grupa starszych pań z głowami pełnymi wspomnień.
czolo.png
Tak wyglądało ostatnie spotkanie z cyklu „Opowiedz mi swoją historie, ona wpisuje się w historię Pleszewa”.
Tym razem pochyliłyśmy się nad przedmiotami, które mają po kilkadziesiąt lat. I chociaż już nam nie służą to jednak mamy do nich sentyment i przechowujemy je – jako niemych świadków czasów, kiedy byłyśmy młode.

Uczestniczki spotkania  przyniosły różne ciekawe przedmioty. Ale zanim zaczęły opowiadać, wspominałyśmy wydarzenia z dzieciństwa, które zostały w pamięci.

Takim wydarzeniem była na pewno uroczystość I Komunii Św.
Pani Danusia pamięta, że  nie  mogła w 1962 roku przystąpić do komunii z kolegami ze szkoły, bo „tata należał do ORMO (ochotnicze rezerwy milicji obywatelskiej) w związku z czym  nie chodził do kościoła i dzieciom nie pozwalał.
Uroczystość komunijna, jawna, nie wchodziła w rachubę wcale. Także  dzieci wojskowych- zdaniem pani Danusi nie przyjmowały komunii u siebie w parafii, tylko były gdzieś wywożone, prawdopodobnie  „za Czermin”.
Druga pani Danusia  przyjmowała komunię w roku 1958. Pamięta, że dostała w prezencie 50 złotych i nowe wstążki do włosów. A po uroczystości i obiedzie w domu, musiała iść na pastwisko z krowami.
W 1968 roku pani Dorota w prezencie pierwszokomunijnym otrzymała radio tranzystorowe. Można było iść z takim radiem na spacer i słuchać np. „Lata z radiem”.
Pani Halinka przyjmowała komunię w roku 1964. Pamięta białą sukienkę i jazdę wozem do kościoła. A po mszy św. stoły przed plebanią, na których stały talerze z plackiem drożdżowym dla dzieci.
Rok wcześniej uroczystość przeżywała pani Teresa, pamięta skromną uroczystość w domu i prezent, którym była parasolka. Służyła jej bardzo długo.

I tu dygresja. W 1963 roku parasolki były luksusem, kupowało się je rzadko i oddawało do reperacji, kiedy coś się w nich popsuło. Dzieci raczej parasolek nie posiadały.

Najstarsza uczestniczka spotkania – pani Genia, do komunii przystępowała w 1948 roku. Najbardziej w pamięć jej zapadły szmaciane buciki… Czasy były trudne, powojenne.
Być może szmaciane buciki były malowane na biało pastą do zębów? Żeby były białe? W takich  bucikach – bielonych pastą, przyjmowała komunię moja ciocia w roku 1950.
Większość uczestniczek spotkania doskonale pamięta życie bez prądu elektrycznego. Wszechobecne lampy naftowe i aktywne życie od świtu do zmierzchu.

Pani Danusia, która mieszkała we wsi Zawada, mówi, że prąd włączono tam dopiero w 1962 roku, kiedy ona miała 10 lat. Lekcje odrabiało się w dzień, bo nafta była droga i wcześnie chodziło się spać – wspomina.

Mleczko niemowlętom w nocy podgrzewało się na spirytusowych maszynkach. Prasowało się żelazkiem „z duszą” lub żelazkiem na węgle wydobywane z pieca.

Także pranie w czasach „przedprądowych” było wyzwaniem. Tarka i balia to pierwowzór pralki frania, która już jest reliktem przeszłości.
Namaczanie, gotowanie wody przyniesionej w cynkowych wiadrach ze studni, pranie przy użyciu tarki, gotowanie białej pościeli w kotle na piecu, płukanie prania (najczęściej) w zimnej wodzie, krochmalenie, wywieszanie na dworze, w zimie na strychu, maglowanie – oczywiście ręczne, prasowanie żelazkiem na duszę.

Żelazka, balie, kotły, lampy naftowe, karbidowe, sukienki i ubranka pierwszokomunijne, noszone przez kolejne w rodzinie dzieci – wszystko to powróciło we wspomnieniach.

Ale panie przyniosły na spotkanie przedmioty, które mają swoją historię. I opowiadały…
Pani Genia przyniosła szklankę w koszyczku, co  było hitem w latach 60., 70., 80. Koszyczki były z uszkiem, bo herbata w szklance zwykle była gorąca. W takich szklankach podawano też w latach 60. i 70. kawę w kawiarniach.
Duża kawa to pełna szklanka napoju, którego nie piło się codziennie. Mała kawa czy jak kto woli „pół czarnej”,  to szklanka wypełniona kawą do połowy.
Pani Genia podkreślała, że do tej pory używa tej szklanki z koszyczkiem i herbata z niej najlepiej jej smakuje.

Pani Danusia przyniosła dwa ciekawe przedmioty: drewnianą skrzyneczkę, kupioną w latach 70. w Żywcu. W denku zachowała się  dedykacja wyrzeźbiona przez sprzedającego.

Pleszewianka w tym pudełeczku przechowuje drobiazgi, a kiedy je bierze do rąk, wspomina wycieczkę w  Beskid Żywiecki.

Drugim gadżetem jest blaszana puszka po landrynkach – kultowych cukierkach epoki PRL-u.

Kolorowe, przeźroczyste, najczęściej posklejane karmelki, sprzedawane z wielkiej sklepowej puszki na wagę i pakowane w „tytki” z szarego papieru, były marzeniem każdego dziecka. 60 lat temu nikt dzieciom nie kupował cukierków bez specjalnej okazji.
A cała puszka? Prawdopodobnie jest kupiona dużo później. Danusia przechowuje w  niej przybory do szycia.
Pani Dorota przyniosła kryształowy koszyczek – przedmiot pożądania wielu osób w latach 60., 70.

Kiedyś kredensy a później też półeczki oszklone w meblościankach były pełne kryształowych mis, wazonów, kieliszków, pucharków. Na stołach stały wazony.

Posiadanie kryształów, rzadko używanych, oznaczało pewien status. Kryształy w bufecie były symbolem zamożności. Niegdyś na widoku, teraz w zamkniętej szafce. Stoją i czekają na swoje 5 minut.
Też mam kryształowy wazon, który otrzymałam od którejś z moich klas na pożegnanie po maturze. Lubię stawiać w nim róże. Rżnięte szkło pięknie się mieni, promyki słońca ślizgają się po kryształkach… A ja wspominam ofiarodawców.
Pani Dorota prawdopodobnie otrzymała koszyczek w prezencie, może ślubnym? Może urodzinowym? Nie pamiętała. Czasem przechowuje w nim cukierki.

Pani Danusia przyniosła dwa słoiki pełne monet z lat 60., 70. Właściwie mogłyśmy mówić o tym, jaka była ich wartość. Ale już nikt nie pamięta, co, kiedy i ile kosztowało.

Pani Hania  przyniosła dużo pamiątkowych przedmiotów: książki, legitymacje służbowe, budzik. Ten ostatni był najważniejszy. W epoce kiedy nie było telefonów komórkowych, budzik mierzył czas, kiedy stał na widocznym miejscu a o świcie budził wszystkich do pracy i do szkoły.
Ileż to razy, człowiek miał ochotę czymś w jego kierunku rzucić, zwłaszcza, kiedy dzwonił bladym świtem.
Pani Hania przyniosła też  kalendarz z 1971 roku z zapiskami, dzięki którym może przeżyć pewne wydarzenia jeszcze raz…
Przyniosła kalkulatorek? Kto pamięta ten sprzęcik z lat 80. i 90.? Dzięki niemu można było szybko pomnożyć, podzielić, dodać i odjąć.
W porównaniu z drewnianymi liczydłami, które wspominały panie na początku spotkania, jako główną pomoc naukową w czasie swojej edukacji w latach 50., 60. był kalkulatorek wynalazkiem nie lada.
W zbiorze pani Hani była kaseta do magnetowidu i druga do magnetofonu. Był śpiewnik, był koszyczek do szklanki. Z każdą z tych rzeczy wiąże się jakieś wspomnienie, które wywołuje uśmiech  na twarzy właścicielki…
Najwięcej różności przyniosła pani Danuta. Zastawiła cały stolik. Każdy przedmiot miał swoją historię.
Książeczka do nabożeństwa po Tacie pani Danuty – najstarszy chyba z przyniesionych gadżetów – bo przedwojenna, czarna z kartkami, które kruszyły się pod palcami.
I refleksja, ile razy te kartki  były przewracane podczas modlitwy w kościele, czy w domu? Ile spraw udało się wymodlić właścicielowi książeczki?
I druga książeczka „Części stałe mszy św.” w języku polskim – z II połowy lat 60. XX wieku, kiedy Sobór Watykański II wprowadził msze w językach narodowych.
Mnie zachwyciły książeczki dla dzieci m.in. „Siwa gąska siwa” Hanny Januszewskiej – miałam taką samą. Książeczkę kiedyś czytała mama, potem pani Danusia swoim dzieciom, wnukom. Teraz czeka, może na prawnuczęta?
Każdy wazonik, lustro, świecznik z lat 60., młynek ręczny do kawy, młynek elektryczny z lat 80. ma swoją historię. Podobnie jak kubeczki, które pani Dance kojarzą się z mamą i jej wyjazdami do sanatoriów.
Przy przedmiotach zgromadzonych przez pleszewiankę, popłynęła opowieść o meblach z lat 50., 60. – gdzie w mieszkaniach królowały sypialnie z małżeńskimi łózkami, toaletki z lustrami, w których można było oglądać się z przodu i z profilu a nawet z tyłu, z okrągłym stołem.
Nad łóżkami obrazy – najczęściej Świętej Rodziny, gdzie św. Józef pracuje heblem przy warsztacie.
Wśród obrazków z dzieciństwa, które podobnie jak przedmioty, były przywoływane podczas spotkania, był pacierz odmawiany codziennie wieczorem, na klęczkach, często cała rodziną. Wszystkie panie to pamiętały.
Pani Teresa niczego nie przyniosła, bo – jak mówiła, po przeprowadzce do nowego domu, rozstała się ze wszystkimi starymi przedmiotami. Ale wspomnień, które przechowuje w pamięci, nikt jej nie odbierze.
Ja na spotkanie przyszłam z pamiętnikiem z 1959 roku – był to taki oprawiony notesik, w którym wpisywali mi się znajomi, koledzy, rodzina.
Podczas wertowania pamiętnika – przed moimi oczyma stają autorzy wpisów – koledzy  ze szkoły, z obozów harcerskich, moje rodzeństwo, nauczyciele, mama, ciocie… Wielu z nich odeszło a dzięki pamiętnikowi wracają do mnie…
I zeszyt z 1964 roku z wakacyjnym pamiętnikiem pisanym w lipcu 1964 roku, pomiędzy klasą VIII i IX liceum przyniosłam. Kiedy go czytam, moja pamięć przywraca obrazy, sytuacje. Z wielką dokładnością.
Bo starszy człowiek lubi wracać pamięcią do tego co było. Czasem nie ma komu opowiedzieć.
Stąd pomysł na spotkania.
Kolejne już w styczniu – wtedy będziemy wspominać pleszewskie karnawały w latach 60., 70. O sukniach, o tym, co się tańczyło, gdzie się w Pleszewie bawiło – porozmawiamy w karnawale.
Foto Marika Augustyniak kolaże Emilia Golińska