Zaczynali szkołę „za Stalina”, kończyli po „odwilży”za Gomułki

Irena Kuczyńska19 września 202112min0
Absolwenci pleszewskiego liceum spotkali się w restauracji "Baks" -65 lat po maturze. A niektórzy nawet 67 lat od ukończenia szkoły. 
absolwenci-szkoly1-1280x843.jpg

Nie byłam, niestety, świadkiem „ochów” i „achów”, których na pewno nie brakowało przy powitaniu, kiedy dzielono duży tort.

Kiedy dotarłam na spotkanie  absolwentów „Staszka”, największe emocje już opadły, co nie znaczy, że  nie  było dla mnie wspomnień o życiu szkolnym w pierwszej połowie lat 50 a także … kawałka tortu, którym natychmiast mnie uraczył Jan Zawieja – jeden z organizatorów spotkania.

Kiedy w 1952 roku rozpoczynali naukę w klasie VIII liceum, trwał w najlepsze, stalinowski terror. Po czterech latach, kiedy zdawali maturę, zaczynała się epoka Władysława Gomułki.

Maturzyści 1956 i nauczyciele od lewej: Lubomira Kozłowska – Radomska, Tadeusz Miszke, Kazimiera Kubacka, dyrektor Władysław Jachowski, Stanisław Bródka – wychowawca, (N) Antoni Szymański, Jóxzef Beker

Ale, co podkreślali kilkakrotnie, mieli szczęście do dobrych nauczycieli, wychowanych i wykształconych przed wojną, którzy mieli swoje poglądy, uczyli swoich wychowanków także kultury  bycia, dobrych manier.

Jedna z uczestniczek spotkania –  Barbara Wojtkowiak – Jędrowiak – lekarz stomatolog – (zdawała maturę w 1954 roku, dojeżdżała do liceum z Broniszewic wąskotorówką) pamięta nawet, jak prof. Kazimiera Kubacka czyli „mała Kazia”, sprawdzała przed lekcjami,  czy mają czyste ręce i paznokcie.

Pani profesor – córka znanego pleszewskiego lekarza dr Teodora Kubackiego i Anieli z Szeniców – siostry pierwszego pleszewskiego starosty Artura Szenica w 1919 roku,  powraca we wspomnieniach wielu licealistów. Niewysoka, bardzo ruchliwa, widząca wszystko i wszędzie. Uczyła języka łacińskiego.

Moi rozmówcy wspominali sytuację z czasów przed śmiercią Stalina (1953), kiedy nauczyciel przekazywał obowiązującą informację o tym, że w Katyniu polskich oficerów mordowali Niemcy. Tymczasem w ich klasie była koleżanka – Bożenka Jóźwiak, której ojciec w Katyniu zginął i ona dobrze wiedziała, kto go zabił.

Chociaż w klasach z rocznika matury 1954 – na lekcjach języka polskiego prof. Trawińska mówiła prawdę o Katyniu. Tak to zapamiętała Barbara Jędrowiak.

Tymczasem skupiamy się na roczniku 1956, który spotkanie zorganizował i starszych kolegów zaprosił. Była tylko jedna klasa, jej wychowawcą  był prof. Stanisław Bródka. Aleksandra Waliszewska – Modzelewska przyniosła zdjęcie, które sobie zrobili przed maturą z nauczycielami na schodach wiodących do szkoły.

Tę klasę języka polskiego uczyła prof. Ludmiła Bigoś, później Jabczyńska. Matematykę wykładał prof. Tadeusz Miszke, fizykę prof. Antoni Jabczyński, chemię prof. Józef Wrocławek, historię prof. Stanisław Bródka, wychowanie fizyczne i przysposobienie wojskowe prowadził prof. Józef Beker, z dziewczynami wychowanie  fizyczne prowadziła Ludomira Kozłowska, która „od rana do wieczora biegała w dresie i z gwizdkiem”,  języka rosyjskiego uczyła prof. Zinaida Nieczajew a potem też prof. Kiszkowska.

Do X klasy, czyli do 1955 roku, religii w szkole, uczył ich ks. Schmelter, w klasie XI już musieli chodzić „do salki”.  Aleksandra Waliszewska mówiła, że do tej pory przechowuje wszystkie zeszyty do „religii” a temat lekcji „o godności człowieka” z 1953 roku, wciąż jest aktualny… Pani Aleksandra przywiozła z sobą zeszyt – pamiętnik, ale pokazała mi tylko okładkę.

Jan Zawieja wspominał, że w klasie X groziła mu dwója z rosyjskiego. Pomógł mu przypadek i to, że „jako chłopak ze wsi” umiał powozić końmi.  Otóż, przyszedł do klasy dyrektor Władysław Jachowski i pytał, kto pojedzie do województwa koszalińskiego na żniwa. Mówię, ja! Ale grozi mi dwója z rosyjskiego. – Nie będziesz miał dwói – powiedział dyrektor. No to pojechałem. I dwójki nie było – przywołał sytuację Jan Zawieja.

Jaworski Zbigniew Michał dołączył do zespołu po X klasie. Jak mówi, wyrzucili go  ze szkoły w Jarocinie „za politykę”. Dojeżdżał do Pleszewa pociągiem a w zimie pomieszkiwał na stancji u kolegi z Lenartowic.

Pan Michał podarował mi książkę „Skojarzenia zapisane w  brulionie” autorstwa swojej żony Anny Lutosławskiej  – Jaworskiej – polskiej aktorki, fotografki, malarki – artystki, reżyserki, scenarzystki. Książka jest swoistą autobiografią kobiety wielu talentów. Czytam z przyjemnością.

Trudno uwierzyć, ale rocznik 1956 zorganizował sobie studniówkę u koleżanki z klasy Oli Szwajkowskiej, której ojciec  był nauczycielem w Kowalewie. Rodzina  mieszkała w szkole i to tam, w klasie, odbyła się studniówka. Oczywiście, wychowawca był obecny.

Aleksandra Waliszewska pamiętała nawet szczegóły: Do 3.00 nad ranem odtwarzano  muzykę z płyt  na gramofonie. Potem coś się zepsuło i chłopcy palcem kręcili płytę – opowiadała maturzystka sprzed 65 lat.

Nad ranem przyszli maturzyści wracali do Pleszewa, chyba pieszo wzdłuż toru kolejki. Pamiętam tę drogę. Jeszcze w 1972 roku, kiedy zamieszkałam w Pleszewie, do Kowalewa wiodła polna droga wysadzona starymi drzewami.

Trudno uwierzyć, ale w latach 1954 1956 z pleszewskiego liceum wyszło pięciu księży: ks. Walkowiak, ks. Józef Półtorak, ks. Kazimierz Walczak, ks. Krzysztof Nawrocki, ks. Krzysztof Tworowski  – wydobywali nazwiska kolegów z  zakamarków pamięci i niepamięci. Ale w czasie nauki w szkole nikomu się nie przyznawali, że wybierają się do seminarium. Obawiali się problemów na maturze.

Zapytałam, jakie szkolne wspomnienia najczęściej do nich powracają. Pani Barbara wyznała, że „w jej snach często powraca pleszewska ciuchcia, którą się jeździło z Pleszewa do Broniszewic”. Innym się śni, że „wchodzą do szkoły od podwórza, a chcieliby głównym wejściem, co było zabronione”.

Pani Teresa Szurko zd. Stambuła – sięgnęła pamięcią do wczesnego dzieciństwa, wspomniała, że w 1945 roku trzy miesiące chodziła do I klasy, a medycynę skończyła, kiedy miała 22 lata. Wspominała fartuszki z białym kołnierzykiem  i tarcze na rękawie, obowiązkowe.

Pytam, czy jakaś szkolna miłość w ich klasie się zdarzyła. Okazuje się, że tak, ale po latach. Lucyna Kosińska, wdowa – przyjechała na zjazd klasowy. Nie odstępował jej kolega z klasy Sławek czyli Stanisław Jędrowiak, który pięknie tańczył. No i amor wypuścił strzałę. Od 23 lat są razem. Żoną jego brata jest wspomniana już Barbara Wojtkowiak – Jędrowiak ze starszego rocznika.

Zbigniew Komorski, dzięki któremu trafiłam na to spotkanie, wspominał swoje przygody aktorskie w kółko teatralnym, które prowadziła prof. Ludmiła  Bigoś – Jabczyńska. Pamięta, że w spektaklu opartym na balladach i romansach Adama Mickiewicza, „oświadczał się Maryli Wereszczakównie”. Zaś w „Chorym z urojenia” wg Jeana Baptiste Moliera, grał główną rolę.

Wspominano też poprzednie zjazdy, które odbywały się m.in. w Gołuchowie, w restauracji, a kończyły się spacerem po parku i często kawą u koleżanki Wandy Kaniowej.

Przywracano pamięć o zmarłych kolegach m.in. Marianie Tanasiu, Wojciechu Żychskim (głównym konstruktorze w Stoczni Gdańskiej).

Jan Zawieja mówił, ze kolega Wojtek, uczestniczył z siostrą Basią w dużym zjeździe w dawnej Kusiakówce. Obiecywał kolegom, że odtąd żadnego zjazdu nie opuści. Zmarł po trzech miesiącach – mówił Jan Zawieja.

Czas pędzi, dlatego się spotykają, zapraszając kolegów ze starszych roczników. Żeby zdążyć powspominać młodość, bo już oprócz nich, nikt im   nie opowie o szkolnych figlach, miłościach, pierwszym papierosie. Odeszli nauczyciele, rodzice. I tylko szkolni koledzy pamiętają ich w szkolnych fartuszkach i swetrach z tarczą na rękawie.

Po maturze ruszyli w świat, wielu na studia, niektórzy pokończyli je później. Są wśród nich lekarki, położne, jest inżynier mechanik, jest elektronik, prawnik, prezes banku, są nauczycielki, urzędniczki, urzędnicy. Kiedy oni kończyli liceum, matura dawała wiele możliwości.

Nawet dwie klasy liceum, umożliwiały podjęcie pracy np. w szkole, gdzie  brakowało nauczycieli a powojenny wyż napędzał demografię.

Pani Wanda Kania zd. Rutkowska mówi, że po IX klasie liceum koleżanka zaproponowała jej pracę w szkole i uzupełnienie wykształcenia wieczorowo. Wybił jej to z głowy wychowawca. Do dziś jestem wdzięczna prof. Bródce, że doradził mi ukończenie szkoły normalnie – podkreśla pani Wanda.

Do szkoły i tak trafiła: zaczęła w Żegocinie, potem  był Nowolipsk, następnie Kucharki, gdzie nawet  była dyrektorką, kiedy mąż przeniósł się do szkoły rolniczej.

Pracując, uzupełniła wykształcenie pedagogiczne, skończyła filologię polską w Studium Nauczycielskim. Wyższe studia zawodowe zrobiła z  nauczania przedszkolnego.

I widać, że wciąż się uczy, Internet nie ma dla niej tajemnic. Ma swoje konto na Fb, które szybko odnajduję. Mówi, że z bliskimi rozmawia także przez Messengera. Zdradziła mi zabawną sytuację. Dzwoniła przez Messengera do wnuczki, która była  na wakacjach. I usłyszała jak prawnuczka oznajmia: Wandzia dzwoni! Wandzi nie znacie?

Po cichutku opuściłam salę w „Baksie”. Żeby przed kolacją zdążyli sobie przypomnieć pseudonimy kolegów, zapisane przy nazwiskach na odwrocie szkolnego zdjęcia? Pani Ala nie pozwoliła mi tego sfotografować. I miała rację. W końcu nie chodziłam z nimi do jednej klasy