Irena Kuczyńska
Pleszewianie Podróże Region Pleszewski

Pleszewianka podbija Azję

Mieszkała miesiąc w jaskini, tydzień na bezludnej wyspie, opiekowała się słoniami, nurkowała z rekinami,  skakała na bunggie nad dżunglą, gotowała bezdomnym, przejechała Wietnam na motorze – Ania Plucińska – w ciągu 5 miesięcy zwiedziła 6 azjatyckich państw. Wydała 2000 euro.

Opowieść Ani brzmi nieprawdopodobnie, ale wszystkie opowiedziane przez nią wydarzenia są prawdziwe. 22 – letnia pleszewianka – studentka inżynierii środowiska na Politechnice Wrocławskiej, przeżyła je naprawdę.

Ale samodzielna wyprawa do Azji nie była jej pierwszą podróżą w świat. Już wcześniej Ania podróżowała m.in. autostopem po Włoszech. A dwa lata temu była po raz pierwszy w Indonezji, ale to był wolontariat, podczas którego opowiadała dzieciom w tamtejszych szkołach m.in. o zmianach kulturowych.  Wolontariat w Indonezji w 2016 roku - Ania opowiada dzieciom o Polsce

Opowiadała też o Polsce i ku swojemu zdumieniu usłyszała dwa nazwiska „Lech Wałęsa i Robert Lewandowski”. Była w szoku. Tamte zajęcia prowadziła w języku angielskim za pośrednictwem tłumacza. Uczyła się też indonezyjskiego, co jak mówi, bardzo się przydało podczas samotnej podróży po Azji.

Pamięta, że jedną ze szkół, w których prowadziła zajęcia, kończył prezydent Barrack Obama. Stały tam posągi byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych i wszyscy byli bardzo dumni z absolwenta.

Po powrocie Ania już wiedziała, że musi do Azji wrócić. Ale trzeba było zbierać pieniądze na podróż. I tu los dał jej kolejną szansę. Przypadkiem dowiedziała się o castingu na animatorów w hotelach na wyspach Kanaryjskich. I zaryzykowała i tą ją wybrano, chociaż ubiegało się o tę pracę 170 osób. Może dlatego, że dobrze zna język niemiecki, a „na Kanary” przyjeżdża wielu gości z Niemiec.

W marcu 2017 roku, po zaliczeniu kolejnego semestru na studiach, wzięła urlop dziekański i poleciała. Mieszkanie i wyżywienie miała za darmo, pensję wydawała na podróże, odkładała też na wyjazd do Azji.

Praca animatora w hotelu nie jest łatwa, trwa od 8 do 16 godzin na dobę, bo trzeba gościom wypełnić czas od rana do wieczora: sport, fitness. Wieczorem trzeba zaprezentować show, tańce. Animator żyje życiem wczasowiczów.

     

Ale trochę czasu na zwiedzanie też było. Wtedy Ania wynajmowała samochód, przemieszczała się z wyspy na wyspę promami, wędrowała, zwiedzała. Pensje – jak mówi – są na wyspach europejskie, a ceny niskie i podatki niskie – tylko 6%. Piwo na plaży kosztuje 1 euro.

Pewnie dlatego pełno tu podróżników i turystów z całego świata – najwięcej z Niemiec, Holandii, Belgii ale Polacy też tu wypoczywają.

W sierpniu 2017 Ania z „Kanarów” wróciła. Miała w zapasie pół roku, na uczelnię miała wrócić dopiero w marcu 2018 roku. Postanowiła: polecę tam, gdzie znajdę tani lot”. I na stronach z tanimi lotami zauważyła lot do Singapuru.

Była już w Singapurze, raz w weekend, kiedy przebywała na wolontariacie, drugi raz w drodze do Indonezji.  Postanowiła więc od Singapuru zacząć swoją podróż po Azji. Miała bilet w jedną stronę za 140 euro i  2000 euro na koncie oraz trochę dolarów w banknotach. Planowała podróż trzymiesięczną.

 Plecak Ani

Leciała z Poznania do Barcelony, stąd do Londynu i dalej do Singapuru. Plecak niewielki  ważący 5,5 kg jako bagaż podręczny. A w nim 4 koszulki, 4 pary majtek, 2 pary skarpetek, bluzę, długie spodnie, 2 pary krótkich spodenek, płaszcz przeciwdeszczowy, ręcznik z mikrofibry, dmuchaną poduszkę, tabletki na odwodnienie i biegunkę, maskę i rurkę do nurkowania, piankowe adidasy, sandałki i japonki.

  
Singapur

Miała zamiar korzystać z CouchSurfingu – https://pl.wikipedia.org/wiki/CouchSurfing   który jest uważany za najtańszy sposób na tanie podróżowanie. Ania, która podczas podróży po Europie zawsze z tego korzystała, postanowiła w czasie azjatyckiej podróży, zrobić to samo.

Podróż z Singapuru do stolicy Indonezji Kualalumpur odbyła autostopem. Mówi, że podniosła rękę i auto zaraz się zatrzymało. Pytam, czy się nie bała. – Czułam się tam bezpieczniej niż w Polsce, tam nie ma pijaków, którzy zaczepiają, w krajach muzułmańskich nie ma na ulicach roznegliżowanych kobiet, które mogą kusić. Ludzie są bardzo mili i życzliwi – podkreśla podróżniczka.

Pobyt Ani w Malezji przypadł na porę deszczową.  Podczas ulewy  było tyle wody na ulicach, że można było pływać. I to nie jest żart.

 Ulewa

Niespodzianek było więcej. Jedną z nich była biegunka, która doprowadziła podróżniczkę do szpitala. I tam dopiero z badania kału wyszło, że złapała pasożyta. Od tej pory starała się unikać mięsa. Nikt go w Indonezji nie bada, nie ma lodówek, mięso w upale leży na targowiskach, chodzą po nim muchy, dlatego wolała żywić się ryżem i roślinami.

Co jadła? Ryż, ryż, ryż doskonale przyprawiony. Do tego warzywa: marchew, szpinak, ogórki jadalne trawy, liście oraz owoce, banany, kokos. W Malezji wieprzowiny się nie jada, tylko kurczaki i dużo owoców morza.

W Malezji Ania załapała się na wolontariat, pracowała w hotelu za noclegi i jedzenie. Przyjmowała gości w recepcji, trochę sprzątała a w wolnym czasie zwiedzała.

Z Malezji poleciała do Indonezji a dokładnie na Sumatrę. Z wizami problemu nie było, wszędzie załatwia się je od ręki, a w Wietnamie e-wizy załatwia się przez internet.

Dlaczego Sumatra? Bo tam nie ma turystów. W ciągu dwóch tygodni Ania spotkała tylko jednego. A w restauracji to ona była postrzegana jako osoba z innego świata. „Pierwszy raz mamy u nas białego człowieka. Czy mogę sobie z panią zrobić zdjęcie?” – cieszyła się dziewczyna w restauracji, do której Ania zajrzała.  W wielu miejscowościach na Sumatrze, nigdy nie widziano białego człowieka.

W tej restauracji Ania jadła banany w panierce, polane czekoladą. Smakowały wyśmienicie. W ogóle na Sumatrze jada się banany przyrządzane na wiele sposobów.  Ale trzeba znać przynajmniej kilka  w języku indonezyjskim. Nikt tam po angielsku nie mówi.

Panierowane banany z czekoladą

Na Sumatrze Ania spełniła jedno ze swoich marzeń. Odbyła dwudniową wyprawę do dżungli, gdzie pod opieką przewodnika idą najwyżej 3, 4 osoby. Widziała soki spływające z drzew, ogromne mrówki oraz owady wyglądem przypominające stonogi, których dotyk powoduje paraliż.

    W dżungli

Widziała różne gatunki małp, niektóre podchodziły i łasiły się do człowieka. Najciekawsze były orangutany.  Żyją w dżungli dwie grupy człekokształtnych, jedne dzikie i do tych nie wolno się zbliżać i druga grupa – to orangutany które już miały do czynienia z ludźmi.

I te podchodzą, głaszczą po rękach, pokazują na swoich dłoniach linie papilarne, takie jak u ludzi. Ania mówi, że w ich wzroku jest coś … ludzkiego. Jeśli chodzi o orangutany to samce siedzą oddzielnie i samice z dziećmi oddzielnie.

Noc w dżungli Ania spędziła na karimatach przy ognisku. Wracała z dżungli rzeką, płynąc na oponie. Ale wcześniej skoczyła nad dżunglą na bunggie.

Na huśtawce

Na Sumatrze spełniła  jeszcze jedno marzenie, pobyt na bezludnej wyspie. Był to Banyak. Dopłynąć do wyspy, na której nikt nie mieszkał, można było łódką z rybakiem.

I znaleźli takiego.  Ania, oraz dwoje  młodych ludzi z Wrocławia, którzy podobnie jak ona wędrowali po Sumatrze, popłynęli na tydzień na bezludną wyspę. Zabrali ze sobą troch warzyw, ryżu i wody.  Umówili się, że rybak wróci po nich za tydzień.

   Na bezludnej wyspie
Muszla prosto z oceanu


Wyspa była mała, brzegi oceanu obsypane były żółtym piaskiem. Rosły na niej palmy kokosowe. Był tylko maleńki schron rybacki. Pogoda była piękna, całe dnie świeciło słońce, 40 st. C. . Podróżnicy pływali i nurkowali, gotowali na ognisku ryż na wodzie z kokosów, warzywa. Wyciągali z wody muszle, łowili ryby, spacerowali wokół wyspy. Przepływali na sąsiednie wyspy, oglądali wschody i zachody słońca.

Wstawali kiedy słońce wstawało, kładli się spać, kiedy zachodziło. Widzieli wielkie kolorowe ryby, żółwie, jaszczurki, które żyją w Oceanie Indyjskim. Ania mówi, że jednej nocy jakiś wąż pożarł jej spodnie. Na szczęście był roślinożerny, i ludzi raczej nie ruszał.

Kiedy spodnie miała pożarte, musiała sobie zrobić spódnicę z liści bananowca. Trochę strachu przeżyli, bo rybak przypłynął dzień później, niż się umówili, bo – jak tłumaczył, był sztorm i nie mógł wypłynąć. Na szczęście mieli nóż i tym mogli do woli rozbijać kokosy i pić kokosowe mleczko. A on ich pocieszył, że gdyby nawet nie dotarł po nich, to co kilka dni w te okolice wypływają rybacy i „na pewno ktoś by ich dostrzegł i zabrał”.

Po Malezji i Indonezji a zwłaszcza mało uczęszczanej przez turystów wyspie Sumatra, przyszedł czas na Tajlandię, która jest pełna turystów. Tu w Bangkoku czekała na Anię koleżanka Natalia Kempińska. Dalszą podróż dziewczyny odbywały razem.

Tajlandia to mnóstwo turystów ale i wspaniała kuchnia. Curry, imbir, mleczko kokosowe, owoce morza: ryby i krewetki, ananasy, mango dosłownie za grosze.

I tu w Tajlandii mały wolontariat polegający na myciu słoni, które miejscowi używają do prac polowych i bardzo źle traktują. Dziewczyny się zatrudniły w organizacji,  która opiekuje się słoniami.

Zdaniem ani Tajlandia jest państwem, które wszystko robi z myślą o turystach. Np. sprowadzono kobiety z Birmy, które dla pieniędzy są zmuszane do zakładania na szyje kilku albo nawet kilkunastu obręczy, co było starym zwyczajem, ale już nikt tam tak nie żyje. „To takie ludzkie zoo” – mówi pleszewianka. Twierdzi, że nie warto tego wspierać.

W Bangkoku przyjaciółki korzystały z CouchSurfingu u Chińczyka. Zwiedziły całe miasto. Ania mówi, że tak naprawdę poznaje się świat, nocując u zwykłych ludzi.

Pytam, kiedy poczuła się zmęczona tym spaniem w różnych miejscach, w tym na dworze, myciem się w zimnej wodzie, obcymi ludźmi… A ona mówi, że w podróży się nakręca i coraz więcej chce widzieć i nie może się nasycić tym co widzi i przeżywa.

Po Tajlandii był Wietnam. Kiedy wylądowały na lotnisku w Hanoi, na dworze  było 12 stopni Celsjusza. A na północy kraju, gdzie rozpoczęły zwiedzanie, nawet padał śnieg. Trzeba było kupić ciepłe ciuszki.

Ale gdzie? W sklepach wszystkie rzeczy były za małe. Wietnamki są niskie i drobne i nawet szczupła Ania nic dla siebie nie mogła kupić.

Poszły więc do lumpeksu, gdzie kupiły męskie kurtki i czerwone czapeczki św. Mikołaja. Postanowiły też kupić motocykl, żeby nim przejechać z północy na południe kraju. Wydały na niego 170 dolarów.

Ale był problem, bo Ania ma prawo jazdy na samochód, ale na motorze nigdy nie jeździła. A jeszcze w kraju, gdzie nie przestrzega się specjalnie zasad ruchu drogowego a przy zmianie biegów, trzeba kolanem walić w motor.

Ale ruszyły w drogę z dwoma plecakami przywieszonymi z tyłu pojazdu, które ciągle spadały. W pierwszym dniu w ciągu 6 godzin przejechały 100 km.  Bolał kręgosłup, nie przyzwyczajony do motocykla.  A przed nimi były 3000 km.

Spały w hostelach przy drodze. Płaciły tani. Jeden nocleg ze śniadaniem w cenie 5,00, 6.00, 7.00 złotych (w przeliczeniu na polskie pieniądze). Przy okazji zwiedzanie i oglądanie przepięknych widoków gór.

W niektórych wioskach na północy kraju stały głośniki, napędzające ludzi do pracy. Wietnamczycy mieszkają tam w murowanych domach ale bez ogrzewania. Ania mówi, że tak jak Europejczyk rozbiera się do spania, tak Wietnamczyk ubiera się do spania. W domach nie ma łóżek, śpi się na podłodze na materacach.

Na południu było nieco bardziej bogato, ale też były slumsy i chatki z bambusa. Właśnie na południu podróżniczki spały u nauczycielki języka angielskiego. Dzieciom opowiadały po angielsku o Wietnamie. Tak. To nie jest przejęzyczenie. Polki opowiadały im o Wietnamie, bo one nigdy nigdzie nie wyjeżdżały ze swojej wioski.  Żyją z tego co wyhodują, domów nie ogrzewają, wody nie mają, ale internet jest wszędzie.

Jedzonko

Po drodze zajechały nad rzekę  HoiAn gdzie jest  miejscowość lampionów.  Na rzekę spuszczają dziesiątki  lampionów świecami i tyle samo puszczają w powietrze. Wygląda to niezwykle.

Właśnie w Wietnamie przeżywały Wigilię Bożego Narodzenia. W hostelu, gdzie  nocowały, byli akurat Niemcy i Francuzi. W sumie 6 osób. Ania mówi, że poszli na targowisko, żeby kupić 12 dań wietnamskich i urządzili kolację, podczas której słuchali angielskich kolęd.

Boże Narodzenie spędziły w drodze. Wciąż jechały na południe. I tam zostały zatrzymane przez policjantów, którzy „łapali białych”. Ania mówi, że przez cały dzień kłóciły się z nimi w komisariacie, mimo iż one udawały, że nie rozumieją po angielsku a oni po angielsku wypisali im listę przestępstw, których rzekomo one miały się dopuścić.

Policjanci wypisali mandat na bardzo duże pieniądze, w końcu dostali trochę kasy i „kazali spadać”. Dogadać się z nimi było bardzo trudno, bo język wietnamski, co prawda, literki ma podobne do naszych, ale jest to język toniczny, czyli mało słów i dużo tonów.

Nawet jak mówili po angielsku , trudno ich było zrozumieć z tym tonicznym akcentem. Pewnie dlatego przeżyły przygodę mrożącą krew w żyłach. O mało nie zjadły psa.  W restauracji kelner zapytał : Do you like a dog? (czy zjecie psa?) A one zrozumiały: Du you like a duck (kaczka)? I gdyby kolega im n ie pokazał krojonego psa złapanego na ulicy, pewnie by pieska skosztowały. Ania mówi, że widziała, jak w Wietnamie psa z ulicy kroją.

Pokrojony pies, który wkrótce trafi na talerze...

Ale przeżyła tu jeszcze jedną ciekawą przygodę. Syn nauczyciela, z którym współpracowały ucząc dzieci języka angielskiego, miał urodziny. I miał jedno marzenie, żeby pojechać do galerii handlowej w
miasteczku i zobaczyć, jak tam jest.

Na wolontariacie w szkole

I razem pojechali i dziecko było szczęśliwe, bo obejrzało galerię i tata był zadowolony, że go stać na zawiezienie dziecka do galerii. Bo o zakupach nie było mowy.

I jeszcze jedno wspomnienie z Wietnamu. Delta Mekongu i targ na wodzie. Wynajmuje się łódeczkę i zamawia np. kawę z innej łódeczki. I natychmiast ona podpływa i kawka jest. Taniej niż na lądzie.

Delta Mekongu i pływająca restauracja

Po przejechaniu całego Wietnamu, dziewczyny sprzedały motor za 150 dolarów i postanowiły polecieć na Filipiny. Ania mówi, że śniła o tym kraju i nazywa go Happy landem – krajem, gdzie wszyscy się uśmiechają i są szczęśliwi.

Ponieważ pieniądze z każdym dniem topniały, podróżniczki postanowiły kupić namiot. Po Filipinach podróżowały nocą i spały w autobusach. Ania żartuje, że namiot otwierał im drzwi do wielu domów. Kiedy Filipińczycy widzieli dwie dziewczyny z namiotem, załamywali ręce i mówili „Jezu, macie namiot, jakie to niebezpieczne” i zapraszali je do swoich domów.

I tak trafiły  do domu gdzie mieszkała para nigeryjsko – filipińska. Rozmawiali po angielsku. Mieli tarasy ryżowe i warzywne.

          W autobusie    Na plaży

Ale większość ludzi na Filipinach żyje bardzo biednie, najczęściej w bambusowych chatkach.  W jednym z murowanych domów podróżniczki spotkały rodzinę z dwojgiem dzieci: siedmioletnim i rocznym. Cała rodzina, łącznie z niemowlęciem, spała na kartonach na podłodze.

Szczęśliwa rodzina

Matka  była masażystką, ojciec sprzątał w hotelu. Kiedy poszli do pracy, zostawili dziewczynki w domu pod opieką Ani i Natalii.  Dzieci się bawiły, bez zabawek, grzecznie i bez płaczu.

Pewnego razu zostały zaproszone do bambusowej chatki, gdzie nie było łóżek. Gospodyni przepraszała gości za  biedę. Ugotowała co miała, puściła muzykę, w końcu powiedziała: my jesteśmy biedni, ale szczęśliwi. I zakochani na Filipinach chodzili, trzymając się za ręce, co w krajach muzułmańskich było nie do pomyślenia.

Chatki bambusowe

W kuchni Filipińczyków króluje czosnek i imbir. A zwierzę, które kupuje się na obiad, jest wykorzystywane w całości. Zjada się kurze łapki, jelita, głowy ryb z oczkami, a krewetki z nóżkami, niczego się nie wyrzuca. A kupionego na targu wiejskiego kurczaka adobo przyrządza się w marynacie sojowej z dynią i mleczkiem kokosowym.

Na Filipinach jest problem z wodą. Butelkowaną piją turyści. Miejscowi chodzą lub autobusami jeźdżą do źródeł w górach. Ania z Natalią też piły wodę ze źródeł.  Filipińczycy gromadzą też wodę w porze deszczowej i ją magazynują. Biedniejsi piją brudną wodę, często chorują i umierają.

W porze suchej wody nie ma pod dostatkiem. Trzeba się było umyć w buteleczce wody. Jeśli chodzi o toalety, to używa się tam wody po myciu naczyń czy po praniu.

W wielu miejscowościach  prąd jest włączany na 4 godziny na dobę. Bogatsi mają swoje generatory.

Filipiny to kraj katolicki. Wiarę przywieźli na wyspę Hiszpanie. Ania mówi, że kościoły są wszędzie. A symbole katolickie czyli graffitti z Jezusem, Maryją można spotkać na murach, w autobusach.

Filipiny -Sagada i trumny wiszące na klifie. Każda z nich ma 1 metr długości, bo człowiek chowany jest w pozycji embrionalnej

Na Filipinach Ania przeżyła inną przygodę życia – nurkowanie w towarzystwie rekinów wielorybich, które mają paszcze metrowej szerokości, ale żywią się planktonem, a nie mięsem, dlatego – jak mówi – była bezpieczna.

DCIM100GOPRO

Na Filipinach są przepiękne miejsca na nurkowania, dlatego dużo nurkowałyśmy z rurką, a udało nam się także zejść na -12 m pod wodę, z butlą. Podziwiałyśmy przepiękne rafy jak i zwierzęta, płaszczki, zółwie, wiele kolorowych ryb.
  
 A tu skok  na bungee na wyspie Bohol na Filipinach

Ale na Filipinach podróż Ani się nie skończyła. Ponieważ na Sumatrze spotkała fajnych ludzi z Jawy, postanowiła po drodze wrócić  na tę wyspę, gdzie już raz była na wolontariacie.

Nie była to jednak główna wyspa, ale niewielka wysepka należąca do Jawy, która „działa tylko w sezonie”. Trzeba tu jechać 6 godzin promem. Po sezonie – w porze deszczowej – ludzie żyją z wymiany towaru na zasadzie: ja ci to, ty mi tamto. Młodzi raczej wyspę opuszczają.

   Na Jawie

Na Jawie dziewczyny miały okazję zwiedzić aktywny wulkan Iljen. Zwiedza się go nocą, a nazywa się „Niebieski ogień”.  Podczas gdy Europejczycy idą tam w celach turystycznych, w specjalnych strojach, w maskach i ledwo wytrzymują gryzący dym, tubylcy pracują tam w japonkach, koszulkach, bez masek. Noszą na plecach kosze pełne siarki. Kosz waży od 60 do 120 kg.

      Na wulkanie Iljen na wyspie na Jawie

Za przeniesienie 1 kg siarki otrzymują 6 centów. Szczupli, uśmiechnięci, z ciałem pełnym blizn od kosza, schodzą w dół do krateru, biorą siarkę w kosz, wnoszą na plecach w górę wulkanu i znoszą do miasta. „Było mi ich żal, bo ja dusiłam się w masce. Oni dożywają 40 roku życia i umierają” – mówi Ania.

Zdarza się, że za pieniądze grupa tubylców wnosi białego na wulkan, żeby się nie zmęczył.  W ogóle biały jest traktowany w Azji jako ktoś lepszy. Więcej zarabia i jest lepiej traktowany. Ludzie na ulicy białym się kłaniają i nawet salutują.

Jawa była ostatnim etapem podróży Ani i Natalii, która jej od Tajlandii towarzyszyła. Stąd poleciała do Singapuru a Natalia do krewnych do Australii. Bilet z Singapuru do Polski kosztował 500 zł.

„Było mi smutno, chciałam jechać dalej na Borneo, do Papui Nowej Gwinei, na wyspę Sulawesi w Indonezji, gdzie żyją ludzie, którzy uważają, że człowiek zmarły jest chory i wstrzykują mu formalinę aby czekał aż uzbierają pieniądze na pogrzeb” – mówi Ania.

Po pięciu miesiącach wróciła do dobrobytu i materializmu. Mówi, że podróż nauczyła ją doceniać to co ma czyli jedzenie, czystą wodę, łóżko do spania. Tego się nie docenia. W podróży nauczyła się też minimalizmu.

Na końcu rozmowy wyznała mi, że na Wyspach Kanaryjskich miesiąc przeżyła w jaskini. Zupełnie sama. Ale jaskinia była troszkę zagospodarowana, bo zostawili ją znajomi, którzy tam mieszkali wcześniej a ona ich odwiedzała.

Hiszpan i Angielka pracę mieli w mieście a mieszkali w jaskini, którą urządzili tym, co znaleźli na śmietnikach. Były tam nawet panele i materace, ale trzeba się było do tego domku trochę powspinać.

„Byłam nimi zafascynowana, czułam, że też potrzebuję takiego wyjścia z komfortu. Pierwszy tydzień był ciężki, bo było pełno kurzu w jaskini, przerażały mnie odgłosy, ale potem było już dobrze” – wspomina Ania.

   W jaskini na Wyspach Kanaryjskich Ania mieszkała cały miesiąc

Żywiła się w jadłodajni dla bezdomnych, którym w ramach wolontariatu gotowała. A wodę do mycia czerpała z pękniętej rury do nawadniania drzew. Puszczano ją pomiędzy 9.00 a 9.30. W jaskini rosło drzewo figowe… A ona była poza komfortem. A to, jak mówi, było jedną z wielu wartości tej podróży.

Oczywiście marzy o kolejnych. W majowy weekend jedzie z Natalią autostopem do Hiszpanii. W dalszych planach ma Indie z darmowymi kursami medytacji i wolontariatem u rodzin w zamian za mieszkanie i jedzenie. A potem Nepal i Himalaje. I Australia ale tam trzeba mieć wizę. Na razie pilnie uczy się hiszpańskiego, bo i Ameryka ją kusi.

Rodzice na początku przeżywali, ale potem się przyzwyczaili. Ania była z nimi w kontakcie. Jeśli był internet, kontaktowała się z rodziną na komunikatorze, gdzie stworzyła grupę, żeby nie pisać do każdego z osobna. Jak był problem z internetem, to wysyłała sms-y

A plany na życie? Najpierw studia trzeba skończyć. Ale n ie zagłębi się w inżynierię środowiska od razu. Najpierw pojeździ po świecie. Chce jechać wszędzie i popróbować wszystkiego. Może nawet na Jawie hotelik otworzy?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj na Facebooku