Irena Kuczyńska
Region Pleszewski

Rewizja w święto Matki Boskiej

36 lat temu w Święto Matki Boskiej Częstochowskiej – do drzwi mojego mieszkania w Pleszewie zapukali funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa.  Przyszli z nakazem rewizji. Szukali nielegalnego wydawnictwa.

Teraz wspominam to wydarzenie z dystansem, ale wtedy, w czasie stanu wojennego, wizyta smutnych panów z legitymacją Urzędu Bezpieczeństwa, wróżyła problemy. Nie było wiadomo przecież, czego chcą i jakie mają zamiary.

26 sierpnia 1982 roku byłam w mieszkaniu sama ze starszymi teściami i dwójką małych dzieci. Oktawia miała 6, 5 roku, Daniel niecałe dwa lata. Marianny jeszcze nie było. Miała się urodzić w styczniu 1983 roku, ale moja ciąża była już widoczna.

Była 8.00 rano. Ojca moich dzieci  nie było w domu, bo pojechał w nocy na odpust Matki Boskiej Częstochowskiej do na Jasną Górę, co zresztą uświadomiłam „ubekom” ufając, że skoro go nie zastali, to sobie pójdą i zostawią mnie w spokoju.

Miałam taką nadzieję tym bardziej, że dzieci płakały, bo były chore i w nocy nie spały. To jednak nie przeszkodziło dwóm funkcjonariuszom, rewidować naszego mieszkania pokój po pokoju i szafa po szafie.

Nie chcąc stresować teściów, starszych i schorowanych ludzi, pobiegłam po świadka rewizji Janusza Trzeciaka – przyjaciela, który mieszkał na drugim piętrze.

Wiedziałam, że nie wolno pozwolić na rewizję bez świadka. Zdarzały się przypadki, że milicjanci trefne przedmioty podrzucali i potem odnajdywali to, czego szukali.

W naszym mieszkaniu przy ul. PPR 4 (Polskiej Partii Robotniczej) szukali ulotek i wydawnictw tzw. drugiego obiegu, czyli wydawanych nielegalnie.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że do 1990 roku, kiedy to upadła cenzura, wszystkie wydawnictwa w Polsce czyli książki, gazety, audycje radiowe i telewizyjne przechodziły przez cenzora zatrudnionego w komitetach partyjnych. Dbał o to, żeby nie były naruszone dobra władców Polski oraz zaprzyjaźnionego Związku Radzieckiego.

W czasie 16 miesięcy „Festiwalu Solidarności” narodziła się wolna prasa, która po 13 grudnia 1981 roku, musiała zejść do podziemia czyli była wydawana poza państwowym obiegiem.

Wychodziły książki pisarzy i poetów przez cenzurę zabranianych m.in. Czesława Miłosza, ale też np. Melchiora Wańkowicza „Dzieje rodziny Korzeniewskich” deportowanych na Syberię czyli do „bratniego kraju” zaprzyjaźnionego z Polska Rzeczpospolitą Ludową. Oczywiście cała rodzina wymarła.

Wychodziły w drugim obiegu utwory np. Stefana Żeromskiego, które też były objęte cenzurą. Z Poznania, z Warszawy docierały  wydawnictwa NSZZ Solidarność, dzięki którym wiedzieliśmy w Pleszewie, że Solidarność walczy, że trzeba przetrwać.

Młodym chcę uświadomić, że wtedy nie było Internetu, telewizja była tylko publiczna, radio też, gazety też. Tylko zagłuszana rozgłośnia Radia Wolna Europai Radio Waszyngton czyli Głos Ameryki były nośnikami wiadomości „złych czy dobrych ale zawsze prawdziwych”.

Ale słuchanie RWE w bloku było niebezpieczne. Stare odbiorniki i zagłuszacze powodowały, że aby cokolwiek usłyszeć, trzeba było podkręcić dźwięk na full a to było niebezpieczne. Ściany miały przysłowiowe uszy.

Ale wracam do głównego wątku. Smutni i milczący panowie szukali ulotek albo gazetek ale w ilościach dużych, przeznaczonych do kolportażu. Miałam też wrażenie, że szukali maszyny do pisania, powielacza, których posiadanie było nielegalne i zabronione.

Otwierali wszystkie szafy, skrzynie od tapczanów, szafki kuchenne, wyciągali wszystkie książki, ubrania, przerzucali zabawki, dzieci płakały.

Znaleźli kilka pojedynczych egzemplarzy gazetek Regionu Mazowsze NSZZ Solidarność, wspomniane już „Dzieje rodziny Korzeniewskich”, która wymarła z głodu wywieziona do ZSRR.

Znaleźli kilka ulotek z czasów stanu wojennego typu „Wrona orła nie pokona”, „Zima wasza, wiosna nasza a jesienią zamiast liści będą wisieć komuniści”. Na szczęście, w tym dniu, większej ilości ulotek nie było. Albo, były tak schowane, że ich nie znaleźli.

Nie wiem sama, bo o ulotkach się w domu nie rozmawiało, zawsze lepiej było mniej wiedzieć, niż więcej wiedzieć. Bo nigdy nie było wiadomo, czy ktoś cię  nie podejdzie, nie podpyta, nie zaszantażuje…

Potem zeszliśmy z milicjantami do piwnicy, gdzie były tylko rowery i słoiki z kompotami. Nie było niczego, co by mogło przypominać nielegalną drukarnię.

Ponieważ jeszcze działkę mieliśmy, musiałam jechać z nimi na Prokopowska. Jechałam oczywiście milicyjną „suką”. Kiedy szłam, w otoczeniu dwóch milicjantów do auta, spotkała mnie znajoma i zapytała, dokąd idę tak rano z milicjantami. Odpowiedziałam, że „milicjanci właśnie przeprowadzili u nas rewizję a teraz jedziemy razem na działkę, na ciąg dalszy rewizji”.

Kiedy zobaczyli domek na działce wielkości niecałe 2 metry na 2 metry, zwątpili. Czy w czymś takim może być nielegalne wydawnictwo?

Odwieźli mnie do domu, spisali protokół, który razem z sąsiadem Januszem Trzeciakiem podpisaliśmy i odjechali, zostawiając wezwanie do Komendy Wojewódzkiej w Kaliszu na Jasnej. Dla Stanisława i dla mnie.

Przesłuchanie nazajutrz na Jasnej w Kaliszu dowodziło, że co chcieli, to o nas wiedzieli. Chcieli bardzo, żebym powiedziała, że wprowadzony 13 grudnia 1981 roku stan wojenny, ma chociaż jeden plus.

Niestety, nie usłyszeli tego. Jeden z milicjantów, patrząc wymownie na mój ciążowy brzuch, pytał, czy chcemy mieć pracę. Mówił o tym, że socjalistyczna ojczyzna na nas liczy, że jesteśmy nauczycielami, czyli funkcjonariuszami państwowymi…Chciało mi się płakać, ale nic nie powiedziałam.

Opiekę smutnych panów czuliśmy do końca dekady. Wtedy, kiedy organizowaliśmy z kolegami duszpasterstwo nauczycieli w domu sióstr służebniczek, kiedy wracaliśmy późno do domu, kiedy gościliśmy u siebie „osoby zagrażające ustrojowi państwa”, kiedy jeździliśmy do Warszawy na zebrania Towarzystwa Oświaty Niezależnej. Oczywiście, o rewizji opowiadałam wszystkim, na prawo i na lewo, ze szczegółami. Bo tak trzeba było, żeby ludzie wiedzieli…

Na szczęście przyszedł rok 1989, który odmienił Polskę. A smutnych panów, którzy przeprowadzali u mnie rewizję, spotykałam w Pleszewie. A jednego to nawet nadal spotykam. Nie wiem, czy wie, że go pamiętam. Czasem się zastanawiam, czy on pamięta. W końcu 36 lat temu Pleszew był mniejszy niż jest teraz…

Tekst - nieco inny - mojego autorstwa - znalazł się w książce Edwarda Kubisza "Solidarność Ziemi Pleszewskiej 1980 - 1990" wydanej w 2010 roku nakładem Muzeum Regionalnego w Pleszewie i 
Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy Pleszew

 

 

 

Skomentuj na Facebooku