Irena Kuczyńska
Z historii

W Sośnicy mieszkają Polacy, którzy ocaleli z pogromu na Podolu

Dziś w nocy mija 73 rocznica pogromu wsi Berezowica Mała na Podolu. Wśród 131  berezowiczan  zamordowanych przez banderowców,  byli bliscy mieszkańców Sośnicy.   Wśród tych, którzy uniknęli śmierci, jest  Józefa Ciesielczyk. Opowiedziała mi o tym, co przeżyła.


Do wybuchu wojny pani Józefa mieszkała razem z ojcem, dwoma braćmi Władysławem i Bronisławem oraz siostrą Adelą w Berezowicy Małej w woj. tarnopolskim. (Tereny te po 1945 roku włączono w granice Związku Radzieckiego) Większość mieszkańców wioski to byli Polacy. Kubowowie mieli za sąsiadów Ukraińców.    Oni chodzili do cerkwi, my do kościoła, dużo było małżeństw mieszanych. W szkole nauka była po polsku, tylko oni religię mieli po ukraińsku – mówiła pani Józefa. Jej przodkowie mieszkali w Berezowicy od wielu pokoleń.  Za udział w wojnie polsko – bolszewickiej w szeregach armii Hallera, ojciec mógł dostać ziemię nieopodal na Wołyniu, ale nie chciał, wolał zostać na Podolu. Chociaż i tu jego rodzina miała przeżyć gehennę.

Wołyń już był wymordowany
Zaczęła się  17 września 1939 roku, kiedy na tereny Polski weszli sowieci. W 1941, kiedy Niemcy wypowiedziały wojnę sowietom, okupant się zmienił. Województwo tarnopolskie włączono do  Generalnego Gubernatorstwa.W 1944 roku wrócili sowieci. Bracia pani Józefy zaciągnęli się do Armii Polskiej, a ona z ojcem i siostrą  została na gospodarstwie. – Zbliżał się front, ,,Wołyń już był wymordowany’’, wiedzieliśmy o tym, bo to było niedaleko, a my się baliśmy, że teraz wezmą się za nas – wspomina pani Józefa. W lutym 1944 roku miała 15 lat.

Rżną nożami, siekierami
23 lutego  przypadł Popielec. W dzień było spokojnie. Berezowica przeżywała pogrzeb młodej kobiety, która zmarła w połogu. Nikt nie podejrzewał, że w nocy się zacznie piekło. – Najpierw podeszli pod dom mężczyzny, który w dzień pochował żonę i krewni u niego nocowali. Wdowiec się wymknął przez strych w bieliźnie i boso i pobiegł do wsi z krzykiem: ,,rżną nożami, siekierami’’ . Całą rodzinę mu wymordowali – pani Józefa ten obraz ma w pamięci do dziś.

Bandy już nie ma, a wy się palicie
Polacy  zaczęli się chować po strychach, po piwnicach.  One z  z siostrą nocowały u sąsiadki, która usłyszała krzyki.  Siostry  pobiegły  do domu Jana Krąpca (jego syn był potem rektorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego), który miał w oborze schron na 30 osób.  Nagle dał się czuć swąd,  wszystko wokół się paliło. Rano przybiegł sąsiad z oddalonego o kilka kilometrów Wołynia i krzyczał : bandy już nie ma, a wy się palicie. Sąsiadka Polka radziła, żeby uciekać,  zanim dom zacznie się palić.  W całej Berezowicy Małej  był ogień. Banderowcy oszczędzili  tylko ulicę, na której mieszkali Polacy i Ukraińcy. Nasza sąsiadka wybiegła na ulicę i krzyczała: Jezus, co to się narobiło – wspomina pani Józefa.

Nasi już tu byli
Kiedy siostry weszły na swoje podwórko, zobaczyły ciocię leżącą na śniegu. Okazało się, że oprawcy złapali ją na podwórzu i postrzelili kulą ,,dum dum’’która rozszarpuje wnętrzności. Ciocia, zanim wyzionęła ducha, powiedziała bratanicom, że ojciec jest na strychu. I rzeczywiście był tam, leżał na belce i przeżył. Oprawcy nie wchodzili na strych. Ojciec słyszał, jak mówili: nasi tu już byli. Jeden mówił: ,,żari!’’ (podpalaj!) ale drugi pokazał na dom sąsiadów Ukraińców i powiedział ,,nielzja’’.

Polacy liczyli zmarłych
Pani Józefa  pamięta, że po całonocnym pogromie ludzie się zbierali i liczyli zmarłych. Jeden ze schwytanych się uratował, bo … umiał pacierz po ukraińsku odmawiać. Uratowała się też kobieta, która z dzieckiem dwuletnim siedziała na korycie dla świń. Przestrzelona, uciekła przez ogień, dziecko wcześniej zginęło. Michałowi Budnikowi – staruszka pamięta imię i nazwisko, udało się skoczyć w ogień i uciec. Żonę i czworo dzieci mu zabili. W tej sytuacji  Polacy się pakowali i uciekali do Tarnopola.  Panny Kubówny też pojechały, ich ojciec został we wsi i pilnował zwierząt. 7 marca 1944 do Berezowicy weszła Armia Czerwona, a Tarnopol, gdzie mieszkały córki Jana Kubowa, wciąż przechodził z rąk do rąk. Sowieci walczyli z Niemcami przez 6 tygodni.

Dłużej nie mógł Polek ukrywać
W Niedzielę Palmową na dom, w którym mieszkały w Tarnopolu dzieci Jana Kubowa, spadła bomba. Trzeba było wracać do Berezowicy, gdzie  dom był ogołocony z jedzenia i z garnków nawet. – Ojciec w glinianym garnku na Wielkanoc nagotował nam ziemniaków na obiad – mówi pani Józefa. W drugie święto  mężczyźni poszli na wojnę. Śpiewali ,,Jeszcze Polska nie zginęła’’. Latem 1944 roku  znów trzeba było się chować, bo bandy znów się pokazały. I tak mijały tygodnie. Polacy się bali i ukrywali. W grudniu 1944 Ukrainiec Bartków ukrywał  w nocy Adelę i Józefę  w murowanej stodole na ziemniakach i rano wypuszczał. Aż tu 20 grudnia, w odpust św. Mikołaja prawosławnego oznajmił, że nie może już dłużej Polek ukrywać, bo grozi mu śmierć.

Tu już Polski nie będzie
Od października 1944 roku w Tarnopolu  Komitet Polski organizował wyjazdy Polaków. Było wiadomo, że przesunięto granice przedwojenne i ,,tu już Polski nie będzie’’. Polacy mogli wyjechać  albo podpisać obywatelstwo radzieckie. Jan Kubów z córkami postanowił jechać. Termin wyjazdu był wyznaczony na Wigilię 1944 roku. Jednak wyruszyli dopiero  w Sylwestra. Zabrali do wagonu 20 kwintali zboża, trochę osobistych rzeczy, krowę musieli zostawić w Tarnopolu na rampie. Nie mogła zająć miejsca w wagonie towarowym, w którym jechało siedem rodzin.– Pociąg ruszył 1 stycznia 1945 roku do Lwowa, gdzie nas odczepiono i na bocznicy czekaliśmy na kolejny pociąg, do którego nas mogli doczepić – wspomina Józefa Ciesielczyk. Jechała ,,do Polski’’ z ojcem Janem i siostrą Adelą. Bracia Bronisław i Władysław byli na wojnie. Kolejny przystanek był w Bełżcu, gdzie  wagon znów stał na bocznicy. Było głodno i chłodno.  Nikt nie chciał się podzielić chlebem, trudno było wymienić sowieckie ruble na złotówki.

Pierwszy przystanek w Krasnymstawie
W końcu wagon doczepiono i pociąg ruszył na Rawę Ruską, gdzie była nowa granica z Polską.  W Krasnymstawie  pociąg się zatrzymał. Kilka rodzin  zostało, a Kubowowie pojechali dalej. Mieli w Czajkach zająć gospodarstwa opuszczone przez Ukraińców, których wywieziono na wschód. Ale pustych domów już nie było. Sołtys błagał, żeby ktoś się zlitował i przyjął  siostry z ojcem pod dach, przecież była zima. W końcu przygarnęła ich czteroosobowa rodzina. Wszyscy mieszkali w jednej izbie z klepiskiem zamiast podłogi. Spali  w ubraniach, szerzyła się wszawica. Chleb wypiekano razem. Zawsze cztery bochenki. Czasem gospodyni częstowała przesiedleńców  ziemniakami czy mlekiem.

Osiedlili się w Sośnicy
Wiosną  1945 roku jeden  lwowiak pojechał na Ziemie Odzyskane, a Kubowowie  zajęli jego dom. W maju  przyjechał brat Władysław. Jesienią Kubowowie, bez Adeli, która zapoznała tu męża i została,  postanowili wyjechać do Wielkopolski a dokładnie do Sośnicy, gdzie już mieszkało 16  rodzin z Berezowicy . Otrzymali gospodarstwa opuszczone przez Niemców, którzy tu mieszkali przez poprzednie 100 lat, a w 1945 musieli uciekać na zachód. Janowi Kubów zaproponowano w zamian za opuszczone mienie zabużańskie, gospodarstwo pod lasem. Po doświadczeniach z banderowcami na wschodzie, ludzie bali się mieszkać daleko od centrum wioski. Ale – jak mówi pani Józefa , brat Władek się odważył.

Miejscowi nie lubili zabużan
Na gospodarstwie jeszcze mieszkał miejscowy, który prawdopodobnie sam je zajął. Przez kilka miesięcy mieszkali razem. – Na wschodzie zostawiliśmy dom murowany, a ten był z gliny – wspomina Józefa Ciesielczyk. Była obora, świniarnia z 1882 roku i stodoła. Miejscowi patrzyli z początku niezbyt przychylnie na zabużan. Inne stroje, inne zwyczaje, inna kuchnia, śpiewny język odróżniał przesiedleńców od zasiedziałych mieszańców wsi. Nawet ulica, przy której mieszkali Berezowiczanie, potocznie nazywała się ,,ruska’’.  ,,Obcy”  trzymali się razem. Nawet ci, którzy przyjechali do Sośnicy z Galicji po pierwszej wojnie. Wśród nich pani Józefa znalazła sobie męża. – ….. Jak Kargul w ,,Samych swoich’’ mieszkał za płotem – wspomina staruszka i oczy jej się śmieją.

Nigdzie nie jestem u siebie
Ślub odbył się w 1954 roku. Bracia poszli w świat: Władysław skończył leśnictwo, Bronisław rolnictwo. Władysław opisał w książce tragiczne losy mieszkańców Berezowicy Małej. W latach 90. na cmentarzu w Sośnicy odsłonięto pomnik upamiętniający 131 ofiar rzezi z 24 lutego 1994 roku. Pani Józefa prowadziła z mężem gospodarstwo. Wychowali syna Krzysztofa, który z żoną Jolą prowadzi gospodarstwo oraz córkę Marię – nauczycielkę w Zespole Szkół Technicznych w Pleszewie. Seniorka mieszka  z synem i synową, dużo czyta i wspomina tragiczną młodość. Ale nie jest smutna. Chociaż – jak mówi – czuje się nikim.– Ani tu się nie czuję u siebie, ani tam w Berezowicy, bo mojej wioski już nie ma – podkreśla starsza pani.

Ucałowała próg rodzinnego domu
Po wyjeździe była na Ukrainie dwa razy, jeszcze za czasów Związku Radzieckiego. W 1979 była z synem, w 1988 roku z mężem. Gościli ich sąsiedzi – Ukraińcy. Grobu matki nie znalazła, bo cmentarz polski jest zarośnięty. Wiedziała tylko, że to gdzieś obok grobu dziedziczki Konopackiej.– Rozmawialiśmy po ukraińsku, przecież ja ten język dobrze znam. Przed wojną wszyscy w Berezowicy mówili po polsku i po ukraińsku – twierdzi pani Józefa. Ukrainka – dawna sąsiadka pytała – ,,gdzie żeście byli w tę noc?’’. – U Krąpców, odpowiedziała zgodnie z prawdą pani Józefa.  Na ulicy dawni sąsiedzi ją rozpoznawali. Do swojego dawnego domu nie weszła, bo nowego właściciela nie było.  Ale w nocy podeszła pod próg i go ucałowała, tak jak papież polską ziemię.

Skomentuj na Facebooku