
– Chciałem z synem przeżyć prawdziwą przygodę – mówi pan Mirosław, który razem z Bartkiem wyruszył w niezwykły rejs. Mieszkają w Kucharkach, dotąd pływali tylko po jeziorze w Gołuchowie.
W sobotę zwodowali łódkę w miejscu, gdzie Wisła staje się rzeką żeglowną na przeprawie promowej Spytkowice. Już podczas wodowania wzbudzili niemałe zainteresowanie.
– Ludzie mówili: „Ale asy! Kajaki to widzieliśmy, ale łódkę płynącą do Gdańska? Tego jeszcze nie było” – opowiada pan Maciej, kuzyn Mirosława, który zawiózł obu śmiałków wraz z łódką, namiotami i całym ekwipunkiem na południe Polski.

Ich łódka nie ma silnika. Napędza ją wyłącznie siła mięśni. Kosztowała około 7 tysięcy złotych i została wykonana przez szkutnika z Gdańska z myślą o trudniejszych warunkach na wodzie.
Na pokładzie znajdują się trzy szczelne beczki. W jednej jest żywność, w drugiej ubrania, a w trzeciej namiot, leki i pozostały sprzęt. Na co dzień zamierzają nocować na brzegu, jednak pierwszą noc spędzili… na łódce.
– Płynęliśmy do godziny 20.30. Brzegi były tak zarośnięte, że nie było gdzie rozbić namiotu, więc zostaliśmy na wodzie – opowiada pan Mirosław.
Każdą śluzę pokonują z pomocą jej obsługi. Zanim dopłyną, dzwonią wcześniej z prośbą o otwarcie.
– Modliliśmy się bardziej niż w kościele – śmieje się pan Mirosław, wspominając pierwsze śluzowanie. – Na tej śluzie od razu pytaliśmy już o następną.

Podczas niedzielnej rozmowy ojciec z synem odpoczywali na brzegu. Upał był tak duży, że postanowili ruszyć dalej dopiero około godziny 16. W tym czasie ładowali powerbanki energią słoneczną. Łączność ze światem jest dla nich bardzo ważna – choćby po to, by kontaktować się z obsługą kolejnych śluz. Wiosłują na zmianę – raz ojciec, raz syn.
Pan Maciej, przyznaje, że początkowo był zaskoczony pomysłem kuzyna. Przez lata, podróżując zawodowo po Polsce, wysyłał mu zdjęcia Wisły. W tym roku dostał krótką wiadomość ze zdjęciem rzeki: „Płyniemy do Gdańska”.
Śmiałkowie są dobrze przygotowani do wyprawy. Codziennie wysyłają rodzinie swoją lokalizację. W niedzielę w południe zameldowali się już przy śluzie pod Krakowem.Mówią, że przepływali koło Tyńca, podziwiali Opactwo Benedyktynów.
Przed nimi kilkaset kilometrów, Warszawa, Toruń, Włocławek, Płock i wiele innych miast oglądanych z zupełnie innej perspektywy – z poziomu królowej polskich rzek.
A jeśli przy okazji znalazłaby się fundacja, która chciałaby zamienić przepłynięte przez nich kilometry na wsparcie szczytnego celu? – Jesteśmy otwarci – zapewnia pan Mirosław. Dzięki temu ta niezwykła przygoda mogłaby przynieść korzyść także innym.

