Irena Kuczyńska
Region szamotulski Rodzinnie

I ciocia musi być. Bez cioci nie można żyć!

Dzisiejszy post poświęcam cioci. Najmłodsza siostra mojej mamy ma dziś urodziny.  Mieszka w niewielkiej wiosce na skraju Puszczy Nadnoteckiej w budynku, który kiedyś był szkołą. Można ją także spotkać na portalu społecznościowym.

Ciocia Ola z siostrą Ireną – moją mamą

Z ciocią Olą w 2015 roku

Ciocia Ola jest ode mnie tylko 9 lat starsza. Moje najdawniejsze wspomnienie wiąże się być może ze zdjęciem w rodzinnym albumie, gdzie obie stoimy w białych sukienkach, ja z koszyczkiem do sypania kwiatków, ciocia przygotowana do niesienia chorągwi na procesji Bożego Ciała. Ja mogę mieć 3 lub 4 lata, ciocia kilkanaście.  Pamiętam, jak jeździła do liceum w Szamotułach. Codziennie przed 6.00 rano wychodziła na pociąg i ok. 16.00 wracała.  Robiła lekcje przy stole, czasem, kiedy nie widziała, gryzmoliło się jej po książkach kolorowymi kredkami.  Wtedy nie lubiła, jak mówiło się na nią ,,ciocia”, bo koledzy się śmiali. Potem, kiedy już była starsza, pewnie chciała, żebyśmy mówili ,,ciocia”, ale dla mnie, najstarszej siostrzenicy,  była Olą.

Z domu wyfrunęła po maturze. W 1958 roku matura wystarczyła, żeby zacząć pracę w szkole. Trafiła do małej wioski  16 km od rodzinnego Ostroroga, ale autobus dojeżdżał tylko do Wronek, dalej trzeba było iść pieszo 7 km przez las polną drogą. W Jasionnie wtedy nie było jeszcze prądu, ale była siedmioklasowa (a potem nawet ośmioklasowa) szkoła podstawowa. Kiedy po uzupełnieniu wykształcenia ciocia została dyrektorką szkoły, zamieszkała w szkole. Lubiłam ją tam odwiedzać. Uwielbiałam przeglądanie dzienników szkolnych, czasem pozwalała mi nawet prowadzić lekcje. To dzięki niej pokochałam szkołę.

Życie cioci nie rozpieszczało. Najpierw we wsi zlikwidowano szkołę, bo dzieci ubywało z każdym rokiem. Potem zmarł mąż, a ona sama została w budynku dawnej szkoły.  Kiedy ją odwiedzałam w końcówce lat 90., mieszkała sama w starej szkole, bo dzieci się usamodzielniły i wyprowadziły do miasta.  Dużo czytała, odnowiła stare szkolne przyjaźnie oraz kontakty z dalszą rodziną swojego męża w Niemczech. Zaczęła się uczyć niemieckiego. Los miał dla niej kolejne wyzwanie. Dla drugiego męża wyjechała do Niemiec. Ale wracała do swojej wioski, kupiła część budynku dawnej szkoły. Potem wróciła na stałe, bo mąż zaczął chorować. Opiekowała się nim z wielkim oddaniem.

Po jego śmierci znów została sama w dużym domu. W każdą niedzielę odwiedza ją córka z rodziną. Przez cały tydzień raczej jest sama. Bywają u niej  sąsiedzi.  Mieszkając w Jasionnie od 1958 roku, zna kilka pokoleń mieszkańców wioski. Chyba ją ludzie szanują, bo bywa zapraszana na różne uroczystości. Otacza się pięknymi przedmiotami, posiada biblioteczkę pełną książek, które nie tylko ma, ale też czyta. Często opowiada mi o swoich lekturach, albo dzwoni, jeśli chce porozmawiać o tym, co przeczytała. Mimo, iż mieszka w wiosce, gdzie jest tylko sklep objazdowy, nie jest zaściankowa. Ma komputer i z niego korzysta. Można ją spotkać na portalu społecznościowymi, gdzie podpatruje, co aktualnie robią jej siostrzenice czy siostrzeńcy oraz ich dzieci.

Lubię dzwonić do cioci Oli, albo raczej do Oli. Zawsze ma coś optymistycznego do powiedzenia. Pyta,  co czytam, jaki film widziałam, dokąd wybieram się na wycieczkę, jak się czuję, co piszę, co modnego do ubrania sobie kupiłam. Niedawno spędziłam u niej tydzień.  Było jak w bajce. Za oknem mróz i śnieg a my przy kominku, z kieliszkiem dobrego wina, rozmawiamy o wszystkim. Marzę o tym, żeby to powtórzyć. Ponieważ nie ma na razie w kalendarzu dnia cioci więc z okazji urodzin składam mojej Oli najlepsze życzenia. A czytelnikom mojego bloga życzę  ciotki, która kocha bezinteresowną miłością i podziwia, nie oczekując niczego w zamian. Bo taka właśnie jest moja Ola.

Rok 1950 z mamą i ciocią Olą

 

Skomentuj na Facebooku