Irena Kuczyńska
Region Pleszewski Z historii

Z Pleszewa do Komarna i Berezowicy

  Komarno pod Lwowem i Berezowica Mała pod Tarnopolem  znalazły się na trasie wycieczki pleszewian na Ukrainę. Co je łączy? Jaki mają związek z Pleszewem?

O Komarnie pod Lwowem, na pewno wielu pleszewian już słyszało.  Na tamtejszym cmentarzu znajduje się zbiorowa  mogiła ponad  100  ofiar nalotu dywanowego na stację kolejową 9 września 1939 roku. Na kobiety i dzieci wysiadające z pociągu spadły śmiercionośne kule.

Mniej znana w Pleszewie jest zbiorowa mogiła na wiejskim cmentarzu w Berezowicy Małej pod Tarnopolem, gdzie spoczywa ponad 130 Polaków zamordowanych przez banderowców 22 lutego 1944 roku. Ci, którym udało się przeżyć, osiedlili się w 1945 roku w Sośnicy w powiecie pleszewskim.

Wśród uczestników wycieczki zorganizowanej przez Michała Kaczmarka,  byli świadkowie tragicznych wydarzeń z września 1939 roku i lutego 1944 roku.  Pani Halina Jezierska przeżyła nalot w Komarnie. Pan Zygmunt Jaworski przeżył rzeź w Berezowicy. Dzielili się w autobusie swoimi wspomnieniami, refleksjami.

Halina Jezierska w nalocie dywanowym na pociąg wiozący cywilów z Pleszewa pod Lwów, straciła mamę i ciocię a kilka dni później w bitwie nad Bzurą – ojca.

Tym razem  86 – letniej seniorce rodu towarzyszyła najbliższa kuzynka z mężem oraz wnuczęta a nawet prawnuk. Kuzynka jest dla niej jak siostra. To jej mama towarzyszyła swoim siostrom – żonom podoficerów 70 pułku piechoty w podróży na wschód w pierwszych dniach września 1939 roku.

To ona zaopiekowała się sierotami po swojej siostrze Jadwidze Dzieweczyńskiej. To u cioci mała Halinka znalazła rodzinne ciepło a w kuzynce siostrzaną miłość.

Halina Jezierska z rodzinką na stacji w Komarnie

Ale było też młodsze pokolenie, wnuki  a nawet prawnuk. Na pewno wiele razy w babcinym domu  mieli okazję usłyszeć tragiczną rodzinną historię.  Teraz towarzyszyli babci w tej pielgrzymce do grobu mamy i cioci.  I opiekowali się babcią Halinką a ona odpłacała im szerokim uśmiechem.

... w tej komórce się schowałam - pokazuje pani HalinkaZ wnuczką Agnieszką na dworcu w Komarnie

Na stacji w Komarnie pani Halinka wydobyła ze swej pamięci obrazy wybuchających bomb, komórki w której się ukryła, płaczu, rozpaczliwych krzyków a potem szukania mamy…

Swoją historię pani Halinka już mi kiedyś opowiedziała, a ja ją opisałam na blogu. Zachęcam do lektury posta.http://irenakuczynska.pl/ponad-100-pleszewian-zginelo-nalocie-dywanowym-stacji-komarnie-9-wrzesnia-1939-roku/

W grupie wycieczkowiczów były  Zosia Banaszyńska i Hania Bator z mężami. Na stacji w Komarnie zginęła raniona odłamkiem bomby ich ciocia – Terenia Szóstakówna. Pewnie myślały o swojej babci Wiktorii i zastanawiały się, jak ona to przeżyła.

Zosia Banaszyńska, Hania Bator, Zygmunt Banaszyński...Uczestnicy wycieczki na stacji w Komarnie przed peronem, na którym 9 września 1939 roku wysiedli z pociągu ich bliscy w nadziei na  bezpieczne przeżycie wojny w dobrach Lanckorońskich

A potem na polskim cmentarzu w Komarnie, gdzie wśród wielu przedwojennych nagrobków, wyróżnia się jedna nowa mogiła zbiorowa szukały imienia i nazwiska swojej nieznanej cioci. Zapaliły znicz.

Tymczasem pod tablicami kładziono kwiaty, palono znicze, modlono się. Takiej katastrofy nie było w historii Pleszewa. Michał Kaczmarek mówił, że w Komarnie zginął 1 procent mieszkańców przedwojennego Pleszewa.

Także Ewa Michaliszyn paliła znicze. We wspólnym grobie spoczywa brat jej dziadka. A sam dziadek – żołnierz 70 pułku piechoty zginął w bitwie nad Bzurą we wrześniu 1939 roku. Jego grób pomógł Ewie odnaleźć Michał Kaczmarek – pasjonat historii 70 pułku piechoty.

przodkach Ewy Michaliszyn jeszcze kiedyś napiszę na blogu.  Ma tyle materiałów, że można opisać dzieje jej rodziny oddzielnie.

Wnuczka śp. Agnieszki Kostrzewowej wiedziała, że szczątki jej babci zostały pochowane oddzielnie  w innej części cmentarza. Nie wiedziała dokładnie gdzie. Błądziła więc z dużym zniczem po kwaterze cmentarnej obok kaplicy i wreszcie  postawiła go…

Pleszewski starosta Maciej Wasielewski, który wraz z żoną uczestniczył w wycieczce, położył pod krzyżem okazały wieniec z biało – czerwoną wstążką od mieszkańców powiatu pleszewskiego. Towarzyszyła mu pani Halina Jezierska i Michał Kaczmarek.

Widok polskiego autobusu zwabił pod cmentarną kaplicę  panią, która nieopodal mieszka i dba o grób zamordowanych Polaków.

Paweł Michaliszyn z mieszkanką Komarna Halina Jezierska z prawnukiem

W sąsiedztwie  „pleszewskiego grobu”  stoi też okazały obelisk żołnierzy polskich z lat 1918 / 1919. Kazimierz Pera zauważył, że „nasi pleszewianie” spoczywają blisko bohaterów.

Pomnik legionistów z lat 1918/1919

W zupełnie innym miejscu, za kaplicą, są groby ofiar z II wojny światowej. Na nagrobkach  napisy cyrylicą. Cmentarz pogodził wszystkich…

Jeszcze chwila refleksji w kaplicy, która dla grupki Polaków w Komarnie jest parafialnym kościołem i  opuszczamy cmentarz.

Kaplica na polskim dawnym cmentarzu

Nazajutrz mamy nawiedzić Berezowicę Małą pod Tarnopolem, gdzie do 1944 roku 2/3 mieszkańców było polskiej narodowości.

I – jak zapewniała pani Józefa Ciesielczyk z Sośnicy, stosunki pomiędzy Polakami i Ukraińcami były poprawne. Zdarzały się nawet mieszane małżeństwa. Wszyscy mówili i po polsku i po ukraińsku. Polacy mieli kościół, Ukraińcy mieli cerkiew.

Tak było do lutego 1944 roku, kiedy „od Wołynia” przyjechali do Berezowicy Małej członkowie Ukraińskiej Powstańczej Armii i rozpoczęła się rzeź.

Opowieść pani Józefy Ciesielczyk znajdziecie w tym linku.http://irenakuczynska.pl/sosnicy-mieszkaja-ci-ktorzy-ocaleli-pogromu-podolu/

W ciągu jednej nocy zginęło w Berezowicy Małej 130 osób. Ci, którzy przeżyli, schronili się u swoich bliskich i krewnych w Tarnopolu.

A potem, kiedy już było wiadomo, że Berezowica Mała znajdzie się pod okupacją radziecką, bo powojenne granice Polski przesuną się mocno na zachód,  mieszkańcy wioski kolejno opuszczali rodzinne strony, jadąc na zachód.

Berezowiczanie  zatrzymali się w Wielkopolsce – w Sośnicy (teraz powiat pleszewski). Otrzymali tu gospodarstwa po Niemcach.

O swoich bliskich pozostawionych w Berezowicy nie zapomnieli. Na cmentarzu w Sośnicy ustawili pomnik upamiętniający swoich krewnych i sąsiadów, którzy tamtej strasznej nocy zginęli.

Za czasów Związku Radzieckiego o tragedii na Wołyniu czy na Podolu  mówiło się  raczej w zaciszu domowym.  Do dziś pamiętam opowiadania mojej teściowej, której w Busku pod Lwowem „banderowcy spalili gospodarstwo w polskie Boże Narodzenie” a ona z małym dzieckiem musiała uciekać i kryć się.

Za mało wtedy pytałam.  Tu w Wielkopolsce jeszcze w latach 70. XX wieku mało się wiedziało o tym, co przeżyli Polacy na Kresach.

Tymczasem wracam do wycieczki. W grupie podróżujących był Zygmunt Jaworski z Sośnicy, który jako czteroletnie dziecko opuszczał Berezowicę Małą i po 74 latach tu powrócił. Był podekscytowany. Miał książeczkę Władysława Kubowa z historią i mapką miejscowości.

Do Berezowicy dotarliśmy pod wieczór. Z drogi widać  było cmentarz. Ale drogi nie było, tylko ledwie widoczne przejście przez wysoką trawę i rów.

Z  biciem serca zbliżamy się do nagrobków.  Widać  polskie litery i polskie nazwiska, a na samym skraju opłotowany pomnik z krzyżem i tablicami.

Pan Zygmunt wędruje od nagrobka do nagrobka. Wreszcie znajduje okazały pomnik, który kryje szczątki jego stryja. Także Łukasz Jaroszewski znajduje rodzinne groby. Panowie stawiają znicze.

Zygmunt Jaworski przy grobie stryjaŁukasz Jaroszewski przy rodzinnym grobie

Wszyscy gromadzimy się przy zbiorowej mogile, która upamiętnia ofiary bandyckiego napadu na polską ludność. Wzruszenie chwyta za gardło, kiedy odczytujemy imiona członków kolejnych rodzin.

 Pomnik w Berezowicy Małej
   

Wiceburmistrz Dobrzycy Ewa Wasielewska kładzie wieniec od mieszkańców gminy Dobrzyca. I płynie ku niebu  modlitwa: Ojcze nasz i Zdrowaś Mario i Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie…

Za polami widać zabudowania Berezowicy Małej. Pan Zygmunt ma książkę Władysława Kubowa z mapką. Wracamy do początku wsi.

Na rozstaju dróg stoi polska kapliczka z końca XIX wieku, tylko osłonięto ją złotym daszkiem, żeby było bardziej lokalnie. To ta kapliczka, którą wspomina w swojej opowieści pani Józefa Ciesielczyk.

Dalej droga główna wspina się łagodnie ku górze. Ale  są w niej takie dziury, że kierowcy nie chcą ryzykować.

Idziemy więc pieszo. Pomiędzy nowymi domami, widać bardzo stare domki. I te mogą pamiętać czasy, kiedy w miarę przyjaźnie żyli tu Polacy i Ukraińcy.  Mijamy kolejną kapliczkę z XIX wieku, z polskim tekstem.

Droga przez Berezowicę, z lewej "polski dom", z prawej szkoła

Na kolejnym skrzyżowaniu stoi dawna szkoła. Obok wg mapki miał być kościół i plebania. Ale nie ma. Wasyl, który mieszka nieopodal i rozumie po polsku, bo matkę miał Polkę (przyjechał tu po 1945 roku), mówi, że kościół zburzyli w latach 60. Został płot przy starej szkole, gdzie teraz jest przychodnia.

"polski dom" Pan Wasyl pokazuje, gdzie był kościół, po którym  zostały resztki ogrodzeniaPan Zygmunt rozmawia z panem Wasylem na placu, gdzie był kościół  Resztki plebanii

Na miejscu kościoła jest plac zabaw. W chaszczach resztki plebanii. Dalej rozwalający się „polski dom” z ganeczkiem – jak mówi Wasyl.

Pan Zygmunt prowadzi nas w boczną uliczkę, gdzie był dom jego rodziców. I stoi nadal duży dom z czerwonej cegły.  Wchodzimy do środka przez otwarte drzwi. Są jeszcze piece, w tym chlebowy w kuchni. Pan Zygmunt znajduje święte obrazki i zabiera.

Dawny dom Jaworskich

Pan Wasyl mówi, że jeszcze 20 lat temu mieszkała tu Polka – niejaka Jaworska. Kiedy zmarła, dom opustoszał.  Nikt w nim nie zamieszkał.

Opuszczamy dawne domostwo Jaworskich.  Pan Zygmunt na przemian albo milczy albo mówi. Chce czegoś  więcej się dowiedzieć od pana Wasyla, który był bibliotekarzem w Berezowicy, ale ten nie mówi. Nie pamięta Polaków. Urodził się w 1949 roku. Mieszka ze szwagrem. Reszta rodziny wyjechała do Italii za pracą.

Zaprasza nas do domu – nowego i starego – drewnianego – jak mówi „po Polakach”. Biednie ale czysto. I czas się w starej chacie zatrzymał. Woda w wiadrach, obrazy na ścianach, kwiaty w małych okienkach. Garnki na chlebowym piecu.

   W chałupie

W nowym domu kilimy na ścianach, łóżko zasłane wysoko i udekorowane poduszkami wyszywanymi. Czysto, schludnie ale duszno. Gospodarz częstuje jabłkami. Są wyśmienite. zaglądamy do studni i opuszczamy zagrodę. Odprowadza nas kot.

Wracamy. Mija nas wóz konny, kilka samochodów, dzieci.  Starsza pani w chustce chce rozmawiać, chociaż o przedwojennej historii wsi nie wie za dużo. Jest za młoda. Ma 71 lat. Wszyscy nas pozdrawiają, uśmiechają się z podwórek, gdzie toczy się życie.

Kiedy opuszczamy Berezowicę Małą, jest prawie ciemno.  Do hotelu we Lwowie mamy 150 km. Tragiczne losy pani Haliny i pana Zygmunta wpisują się w historię mieszkańców powiatu pleszewskiego na 100 – lecie odrodzonej ojczyzny.

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj na Facebooku