Irena Kuczyńska
Region szamotulski Z historii

Lotnik Dywizjonu 300 po 53 latach znów z rodziną

Podczas spotkania "pękło mu serce"

Tym, którzy lubią czytać rodzinne historie z wojennym wątkiem, dedykuję post o sierż. pil. Zbigniewie Klatkiewiczu – lotniku Dywizjonu 300 – pierwszej polskiej eskadry bombowców w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii. Wyjechał z domu przed wojną jako siedemnastolatek. Kiedy po 53 latach spotkał się z rodziną w Polsce, nie wytrzymał emocji – pękło mu serce.

Zbigniew Klatkiewicz na pierwszym urlopie z siostrami Marią i Jadwigą – matką Anny Sibilskiej

Do napisania tego artykułu zainspirowali mnie znajomi z Ostroroga. Jego bohater – sierż. pil. Zbigniew Klatkiewicz  urodzony w 1922 roku w Oporowie niedaleko mojego rodzinnego Ostroroga, był bratem Mamy Anny Sibilskiej  – żony  Stanisława Sibilskiego – mojego kolegi ze Szkoły Podstawowej  w Ostrorogu i Liceum Ogólnokształcącego w Szamotułach.

To Ania ze Stasiem zaprosili mnie do swojego domu w Ostrorogu i snuli opowieść o wujku Zbyszku, który od dziecka marzył o lotnictwie, ale kiedy jego marzenia zaczęły się spełniać, wybuchła II wojna światowa i rodzina na ponad pół wieku straciła go z oczu.

Ani rodzice – Marta i Marcin Klatkiewiczowie, którzy od 1918 roku mieszkali i pracowali w majątku Kwileckich w Oporowie, gdzie w 1922 roku – przyszedł na świat ich najmłodszy syn Zbigniew, ani liczne rodzeństwo do 1947 roku, nie mieli o nim żadnych wiadomości. Mimo iż szukali  go za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża.

Dopiero w 1947 roku zaczęły do siostry Zofii przychodzić listy z zagranicznymi znaczkami na kopertach. Okazało się, że Zbigniew Klatkiewicz, który po zakończeniu wojny osiadł w Wielkiej Brytanii, też szukał rodziny w Polsce.

Nie miałem już dużo nadziei, że kogoś odnajdę, gdy nie miałem odpowiedzi na moje poprzednie listy – napisał 4 lutego 1947 roku do siostry Zofii w liście, który wreszcie odnalazł adresata i nie wrócił do nadawcy.

Zbyszek zapewniał siostrę, że bardzo się o wszystkich martwił. Podkreślał, że chciał im wysłać wojny z Francji paczki, ale
„wszyscy tutaj mówili, że tych co mają kogoś za granicą, niemcy (pisownia oryginalna) wywożą do obozów”.

Tłumaczył, że zaraz kiedy wojna się skończyła, pisał do Oporowa, wysłał kilka paczek w nadziei, że coś dojdzie, ale widać nie doszło. Nie dostał też żadnej odpowiedzi z PCK. Myślałem, że niemcy ewakuowali większość z poznańskiego (-) Ale Bóg dał, że jesteśmy wszyscy zdrowi i cali – pisał do Zofii i Mariana.

W liście  z 14 marca 1947 roku opisał swoje wojenne losy, począwszy od 1 września 1939 roku, kiedy to jako uczeń Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich w Świeciu, przebywał na szkoleniu w Moderówce na Podkarpaciu.

Były one tragiczne, wszak Zbigniew Klatkiewicz w 1939 roku, miał 17 lat. 1 września 1939 roku , o 6 rano byliśmy właśnie na gimnastyce i nikt o wojnie nie wiedział, nadleciało 27 samolotów i dawaj po nas z karabinów. Zginęło wtedy 32 kolegów i na domiar złego spalili nam wszystkie maszyny – pisał w liście do siostry Zosi.

Zima – być może w Oporowie? podczas urlopu na Boże Narodzenie 1938

O ataku na lotnisko w Moderówce pisze też Stanisław Fryc w książce „Z dziejów lotniska w Krośnie 1927 – 1945” (wyd. Krosno – Jasło 1994). Gdy nadleciały trzy klucze niemieckich maszyn typu Do-17F, mieszkańcy Moderówki wyszli na drogę i jak urzeczeni wpatrywali się w samoloty. Dopiero gdy zniżyły lot, pokazując czarne krzyże i wysypując bomby, ludzie zrozumieli, że że to wojna i zaczęli się chować, gdzie kto mógł – napisał St. Fryc.

Lotnisko w Moderówce nie było przygotowane do obrony, jedynym schronieniem przed bombami był źle zamaskowany i doskonale widoczny z góry rów przeciwodłamkowy.

Gdy niemieckie samoloty znalazły się nad polem wzlotów – czytam w książce Fryca, uczniowie stojący w dwuszeregu na zbiórce, nie zareagowali.

Zszokowani widokiem samolotów, stali bez ruchu w dwuszeregu, spoglądali w niebo, „gapiąc się na niemieckie maszyny”.
Te zniżyły się do wysokości 100 metrów i skierowały na namioty, samoloty i uczniów…, którzy wciąż stali w dwuszeregu.

Z odrętwienia miał ich wyrwać plut.pil. Jan Zawadzki, który krzyczał, żeby uciekali do rowu przeciwlotniczego.
Wtedy rozpoczął się atak, kule dudniły po płycie lotniska, spadały na namioty, eksplodowały.

W tym czasie bomby spadły do rowu przeciwlotniczego, gdzie byli uczniowie. Byli zabici i ranni. Spłonął sprzęt i paliwo. Tyle relacji Stanisława Fryca.

Zbigniew Klatkiewicz przeżył bombardowanie. Z listu wynika, że do 5 września siedział w Moderówce, a „oni (Niemcy)tak raz albo dwa razy dziennie nas tam odwiedzali”.

5 września 1939 roku, w pełnym oporządzeniu, uczniowie SPLdM wyruszyli z Moderówki w kierunku Rzeszowa na Warszawę, ale po drodze skierowano ich na Łuck a stąd do Śniatynia, gdzie była przedwojenna granica Polski z Rumunią.

17 września – jak wynika z listu – młodzi adepci lotnictwa, w tym siedemnastoletni mieszkaniec Oporowa, przekroczyli granicę z Rumunią, gdzie wszyscy zostali internowani.

Zbigniew Klatkiewicz pisze, że koledzy natychmiast zaczęli uciekać z obozów. On zachorował na dezynterię, więc po wyleczeniu, wystarał się o paszport na inne nazwisko i uciekł trochę później.

Najpierw dotarł do Syrii, stamtąd do Francji, gdzie przeszedł pieszo z Lyonu do Tuluzy.  We Francji, przy samej granicy z Hiszpanią, gdzie dotarł pieszo, służył trochę w lotnictwie, ale nie będąc całkiem wyszkolonym, musiał iść na osłonę odwrotu jako piechur. Było ciężko, ale jakoś wytrzymałem – pisał do siostry i szwagra w 1947 roku.

Ze swojej wojennej tułaczki najgorzej wspominał pobyt we Francji, gdzie „Polaków wsadzili do obozu razem z Hiszpanami, tylko przedzielili na pół, bo miejsca nie było.”

Po 6 tygodniach przenieśli Polaków do Lyonu, gdzie czekali na dalsze instrukcje pilotażu. Jednak to wszystko szło powoli, a że „szwaby dawały się ostro we znaki” , Francuzi wysłali Polaków na front jako „piechotę z karabinami z epoki napoleońskiej i dziesięcioma nabojami”.

Dopiero później Zbigniew Klatkiewicz zdobył  „porządny karabin po jakimś niemcu”. Cofali się przez cały czas w kierunku Tuluzy, gdzie „wyrzucił wszystko, co miał. Zostawił tylko karabin, chlebak i ładownicę”.

Spod Tuluzy Polacy zostali przegonieni nad Morze Śródziemne. Mieli nadzieję, że na jakiś okręt wsiądą, ale się nie udało. Trzeba było ruszyć w powrotną drogę przez Pireneje nad Atlantyk, gdzie Zbigniewowi – jak pisze – „udało się wkręcić na przedostatni okręt z Francji do Afryki”.

Niemcy próbowali przechwycić okręt łódkami podwodnymi i samolotami, ale po 10 dniach żeglugi, udało się dopłynąć w 1941 roku do Afryki a stamtąd do Anglii, gdzie Zbigniew Klatkiewicz rozpoczął szkolenie na pilota, które ukończył w maju 1942 roku. Odbył praktykę w lataniu na Stacji RAF Henlow.

Szkolenie bojowe rozpoczął 25 maja 1943 w Jednostce Szkolenia Bojowego na Stacji RAF Finnigley. Ukończył je w sierpniu i wtedy został wcielony do 300 dywizjonu bombowego.

Miałem dużo szczęścia, zrobiłem dużo lotów, aż pod koniec stycznia 1944 roku, moja maszyna została mocno postrzelona, dwa silniki nawaliłyi przy bombardowaniu na jednym z pierwszych lotnisk, maszyna się rozleciała. Cała załoga wyszła cało, nawet nikt nie był ranny . Tylko ja byłem przygniecion , złamałem lewy obojczyk i parę żeber. Ale wszystko się zrosło – pisał do siostry i brata w roku 1947.

Z biogramu autorstwa Mieczysława Hasińskiego, który zamieszczono w książce „Encyklopedia – Szkoła Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich” (Poznań 1993-4 t. I-III) wynika, że 20 marca 1944 Zbigniew Klatkiewicz został wysłany „na odpoczynek po lotach bojowych” do Bazy Blackpool.

Miesiąc później wrócił do pracy do Szkoły Strzelców Samolotowych na Stacji RAF Evanton, gdzie pełnił obowiązki pilota sztabowego. W Szkole Uzbrojenia Lotniczego na Stacji RAF Mamby nadal był pilotem sztabowym, instruktorem i oblatywaczem.

Kiedy w 1947 roku pisał listy do bliskich w Polsce, nadal był instruktorem lotnictwa, ale zastanawiał się, czy zostać w Wielkiej Brytanii, czy wrócić do Polski.

Gdybym został tu, to nadal bym latał. A jeśli nie, to zawsze znajdę jakąś pracę. Źle tutaj nie jest, jedzenia jest dość, pieniędzy też, nawet mogę trochę zaoszczędzić, tylko daleko od domu – pisał w lutym 1947 roku.

Donosił siostrom i bratu, że „dorobił się chorążego a nawet dwóch krzyżów: potrójnego walecznych i Virtuti Militari” ale jak pisał, „własny krzyż jest najważniejszy”. Informował też rodzeństwo, że już umie dobrze mówić i pisać po angielsku. Pytał, czy czegoś nie potrzebują, to im przyśle.

Cieszył się bardzo, że wreszcie z wszystkimi ma kontakt, że wszyscy są „cali i zdrowi”. Żyli jeszcze wtedy rodzice Zbigniewa. Ojciec Marcin zmarł w 1950 roku, mama Marta przeżyła go o 11 lat.

Do jednego z listów dołączył zdjęcie „swojej panny” – jak pisał. Zdradził, że w Boże Narodzenie 1946 roku się zaręczył z dziewczyną, która mieszka pod tym adresem, „na który wysyłacie listy”.

Ślubne zdjęcie Marjorie i Zbigniewa Klatkiewiczów

Narzeczona miała mamę i zamężną siostrę, prowadziły razem „skład z przyborami i bielizną dla dzieci’, a on od dwóch lat spędza u nich wszystkie urlopy”.

Bardzo się o mnie starają, stale by coś dla mnie robiła,czy kupowała. Planujemy sobie, że jak wyjdę z wojska to wspólnymi siłami otworzymy sobie mały interes – pisał o narzeczonej.

Marjorie Iseton chciała napisać sama list do przyszłych teściów, ale Zbigniew jej odradził, bo „byłby kłopot z przetłumaczeniem listu z angielskiego na polski”.

Z biogramu wynika, że w sierpniu 1948 roku sierż. pil. Zbigniew Klatkiewicz został przeniesiony do Polskiego Lotniczego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (PRC) na Stacji RAF Hendesford.

W lutym 1949 roku odszedł z służby wojskowej. Początkowo pracował w piekarni, potem otworzył sklep spożywczy „Klat”. Zbigniew Klatkiewicz. Urodzili się mu synowie: w 1949 roku Bernard, pięć lat później Paul.

  Klatkiewicz planował przyjazd do Polski, jednak na początku mu go odradzano. W latach 70. odwiedził go siostrzeniec Janusz – syn siostry Jadwigi. Sam zdecydował się odwiedzić rodzinne strony i pokazać żonie Polskę, dopiero po zmianie ustroju.

1 września 1991 roku przyjechał do Poznania z Marjorie i z wnuczką. Siostrzenica Ania Sibilska wspomina, że cała rodzina czekała na wujka w Ostrorogu, gdzie mieszkała już jej mama Jadwiga z mężem.

Po gości z Anglii wyjechał do Poznania jeden z siostrzeńców. Powitanie nastąpiło przy hotelu Merkury. Od nadmiaru wrażeń 69 – letni Zbigniew Klatkiewicz, źle się poczuł.

Kiedy dojechali do Ostroroga, zdążył przywitać się z bliskimi, których nie widział ponad 50 lat. Sił mu wystarczyło na dwie godziny rozmowy. Trzeba było wezwać lekarza. Dr Tadeusz Tanalski zdiagnozował zawał.

Wezwane do Ostroroga pogotowie, zabrało Zbigniewa Klatkiewicza do szpitala w Szamotułach. Przebywał tam prawie trzy tygodnie. Jednak chorego serca nie dało się wyleczyć.

Zbigniew Klatkiewicz zmarł 21 września 1991 roku w szamotulskim szpitalu. Nie zdążył dojechać do Oporowa, gdzie wtedy jeszcze żyło wielu rówieśników i kolegów ze Szkoły Podstawowej w Bobulczynie.

Żona zabrała do Anglii trumnę ze zwłokami Zbigniewa. Został pochowany na cmentarzu w Newark w Trent, w Nottinghamshire z innymi lotnikami z Dywizjonu 300. Na tym cmentarzu znajduje się symboliczny grób generała Władysława Sikorskiego.

Wnukowie Zbigniewa Klatkiewicza na cmentarzu, gdzie spoczywa dziadek

Swoich synów Zbigniew Klatkiewicz wychował na Brytyjczyków. Ale zarówno dzieci jak i wnuki znają jego przeszłość i wiedzą, że był Polakiem. Jeden wnuk jest pilotem, tak jak dziadek.

Rodzina w Polsce pielęgnuje pamięć  o wujku, szczególnie w listopadzie, kiedy katolicy w Polsce modlą się za zmarłych. Zawsze dokładają jego imię do wymienianek.

I swoim dzieciom opowiadają o Zbigniewie Klatkiewiczu, który wyjechał z domu w Oporowie w 1938 roku. I kiedy w 1991 roku Polska była już  wolnym państwem, wrócił w rodzinne strony po to, aby umrzeć wśród swoich.

Odznaczenia
Zbigniew Klatkiewicz został odznaczony: Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari nr 8517, trzykrotnie Krzyżem Walecznych, dwukrotnie Medalem Lotniczym: 1939 – 45 Star, Aircrew Europe Star, Defence i War Medalami

Zdjęcia z rodzinnego archiwum Anny i Stanisława Sibilskich

Skomentuj na Facebooku