„Zapytaj w kiosku” – kiedy kioskarz znał miasto lepiej niż GPS

Avatar photoIrena Kuczyńska5 stycznia 202641min
Leszek-Fibner.jpg
Kioski „Ruchu” – jeszcze na początku lat 2000. życie bez nich wydawało się niemożliwe. Kiedyś w Pleszewie było ich kilkanaście, dziś nie ma po nich śladu. Powspominajmy zatem pleszewskie kioski oraz pleszewskich kioskarzy.
 

Ale najpierw trochę historii. Pierwsze kioski pojawiły się wkrótce po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Ich pomysłodawcami byli założyciele Polskiego Towarzystwa Księgarni Kolejowych „Ruch”, Jan Gebethner i Jakub Mortkowicz, działający na rzecz upowszechnienia czytelnictwa. TUTAJ Pierwszy kiosk – punkt handlowy z tytoniem, prasą i drobnymi artykułami pierwszej potrzeby – uruchomiono w Warszawie w styczniu 1919 r. na peronie dworca Kolei Wiedeńskiej.

Najstarszy kiosk w Pleszewie

W Pleszewie też był w dwudziestoleciu międzywojennym taki kiosk – przy ratuszu – pracował w nim od 1938 roku Mieczysław Wejchmann, który zginął wskutek wybuchu wraku sowieckiego czołgu 27 lutego 1945 roku. Potem w kiosku pracowała jego szwagierka Anna Lis, co wspomina pleszewianka Janina Masztalerz – córka Wejchmana.  TUTAJ

Zdjęcie kiosku w czasie okupacji – z archiwum prywatnego Janiny Masztalerz
Kiosk pod ratuszem w dwudziestoleciu międzywojennym i w czasie okupacji Foto Muzeum Regionalne w Pleszewie

Córka przeżyła, ojciec zmarł podczas wybuchu wraku czołgu w Pleszewie

Kioski „Ruchu”

Po II wojnie światowej firmę przekształcono w Państwowe Przedsiębiorstwo Kolportażu „Ruch”, a w 1971 r. – po połączeniu z Robotniczą Spółdzielnią Wydawniczą „Prasa” – utworzono Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą „Prasa – Książka – Ruch”, jedno z największych przedsiębiorstw państwowych w Polsce.  W 1989 r. zastąpiła je spółka Skarbu Państwa – Ruch SA, którą w 2010 r. sprywatyzowano. Mniejszy popyt na prasę, w związku z rozwojem internetu, powstanie marketów, wpłynęły na stopniowe upadanie kolejnych kiosków. 

„Przekrój” i „Świerszczyk” w teczce

A przecież jeszcze 20 lat temu były one bardzo ważnymi punktami na mapie miasta Pleszewa i nie tylko. W każdej większej miejscowości był kiosk „Ruchu”, przede wszystkim z gazetami. Prof. Andrzej Gulczyński podkreśla, że w czasach jego dzieciństwa, a pamięcią sięga on końca lat 60. kioskami nazywano niekoniecznie wolnostojące drewniane, do połowy oszklone, budki z okienkiem, przez które kioskarz podawał towar, ale też sklepiki w budynkach. Chodził pan profesor, ze swoim Tatą, do kiosku państwa Sieradzkich, „to był chyba narożnikowy dom na Rynku, później przeniesiono kiosk do domu przy Poznańskiej, przed ul. Kowalską”.

Mieliśmy tam teczkę, do której odkładano nam ”Głos Wielkopolski”, „Przewodnik Katolicki”, „Przyjaciółkę”, „Przekrój”, a dla mnie i brata najpierw „Misia”, potem „Świerszczyk”, jeszcze później „Płomyczek” i „Świat Młodych” – pisze pleszewianin.

Kozłowicz po Sieradzkim

Ten sam kiosk doskonale pamiętał pan Zdzisław Drążewski – ojciec Doroty Żak. Kiosk prowadzony przez Kazimierza Sieradzkiego i jego córkę Cyrylę, był jednym z najstarszym w Pleszewie. Mógł powstać w latach 1957/58. Byli to przemili ludzie, a kiedy przeszli na emeryturę, kiosk przejął pan Kozłowicz – wspomina Dorota Żak.

Kiosk u pani Grety

Kultowy, jeszcze w latach 70., był kiosk przy ul. Poznańskiej, w którym pracowała pani Radomska. Wielu internautów tę panią wspomina a ja miałam okazję poznać ją osobiście. Kioskarka miała cudowny przydomek „Greta”, może dlatego, że zawsze była ubrana z konserwatywną elegancją a swoich klientów darzyła niezwykłym szacunkiem. Zwracała się do mnie per „pani profesor”, co mnie, młodą nauczycielkę, bardzo peszyło.

Los i komiksy

Swoje wspomnienia związane z kioskiem pani Radomskiej, ma też Paulina Vogt – Wawrzyniak. Był to pierwszy w życiu kiosk, jaki pamięta. Znajdował się on vis a vis budynku poczty przy ul. Poznańskiej. Mama wysłała mnie tam po papierosy(!). Za resztę kupiłam jakiś los i wygrałam! Pamiętam, jak bałam się przyznać do zakupu tego losu, bo nie spytałam mamy o pozwolenie – wspomina pleszewianka. Pani Radomska pozostawiła w jej pamięci miłe wspomnienia. Pozwalała mi przeglądać komiksy a lubiłam szczególnie te z przygodami Kapitana Żbika, bardzo chciałam tak jak on, uratować kiedyś tonącego – dodaje Paulina Vogt – Wawrzyniak.

Gąsiorek po Radomskiej

Wracając do losu, który mała Paulinka sobie kupiła „za resztę pieniędzy z papierosów”, w kolejnym komentarzu mama Teresa Vogt pisze: mam nadzieję że nie byłam zła. Pamiętam Panią Radomską i ten kiosk, wszystko można było tam kupić. W latach 90. kiosk po pani  Radomskiej przejął Tadeusz Gąsiorek i atmosfera nadal pozostała przyjazna.

Kto nie znał pana Grzesiaka ?

Wielu internautów wspomina kioski, w których pracował pan Grzesiak. I ja doskonale pamiętam starszego pana w kiosku przy dworcu autobusowym na Placu Powstańców Wielkopolskich a potem przy ul. Prokopowskiej. Kto go nie znał w Pleszewie – pisze Dariusz Boroch – kupowałem u niego „Przegląd sportowy”. A ja kupowałam słodycze i napoje dla moich dzieci, kiedy wędrowaliśmy na działkę przy ul. Prokopowskiej. Pan Grzesiak był obecny w kiosku od rana do wieczora. Uśmiechnięty, przyjazny, serdeczny, rozmowny.

I co jeszcze?

Tak wspominała go Danuta Szablewska – był ojcem mojej koleżanki z klasy licealnej – Eli Grzesiak. Znałam tę rodzinę. Mieszkali w małym domku przy ulicy Krzywej. Byłam u nich kilka razy. Pan Grzesiak  był bardzo miły dla klientów. Zawsze pozostawiał pytanie „i co jeszcze”? W latach 90. zamawiałam u niego wybrane tytuły czasopism i odbierałam raz w tygodniu, w sobotę.  o był fajny spacer do kiosku przy Prokopowskiej. Pamiętam, że po jakimś czasie asortyment w kiosku się poszerzył i kupiłam tam nawet słodycze. Brak mi tego kiosku i serdecznego pana Grzesiaka – kończy swoje wspomnienia pleszewianka.

Kiosk między pociągami

Jacek Andrzejewski podpowiada, że córka pana Grzesiaka, też ją znałam, prowadziła kiosk przy dworcu w Kowalewie. Ten kiosk był kultowy. Przechodziło się obok niego, zmierzając z dworca wąskotorówki na „dworzec główny”. I zawsze się coś kupowało, a to gazety kolorowe, żeby mieć co czytać w pociągu, a to napój, czy jakieś słodycze. Albo szczoteczkę do zębów, jeśli się zapomniało ją wziąć z domu a jechało się do rodziny w odwiedziny. Nie udało mi się, niestety, rozmawiać z żadną z pań kioskarek, które pracowały w Kowalewie przy dworcu, chociaż otrzymałam od internautów kilka nazwisk pań, które tam pracowały.

Gazety w teczkach

Po 1990 roku, co zauważyła Danuta Szablewska, pojawiło się w kioskach wiele różnych podręcznych i niezbędnych artykułów: mydełka, podpaski, rajstopy, zeszyty, ołówki, długopisy, gumki, słodycze, gumy do żucia, książeczki dla dzieci, książki dla dorosłych m.in. seria „Tygrysa”, które kupował w kiosku w Sośnicy Maciej Przybyłek – sołtys Fabianowa. Pobudziło to jego zainteresowania II wojną światową. A o kiosku w Sośnicy przypomniała Maria Ciesielczyk.

Ale najważniejsze  były teczki, do których kioskarze odkładali gazety. Działało to w dwie strony. Klient miał pewność, że gazeta  będzie na niego czekać a kioskarz był pewien, że gazetę sprzeda. Jeszcze w latach 90. gazety były produktem bardzo pożądanym.

Towarzysko przy Reja

Przez długi czas miałam i ja swoją teczkę w kiosku przy ul. Reja, gdzie pracowała bardzo sympatyczna starsza pani. Odkładała mi do teczki „Politykę” i sobotnie wydanie „Gazety Wyborczej”. Zwykle odbierałam gazety w sobotę, wtedy u pani kioskarki siedziała koleżanka. To było bardzo miłe, dwie gawędzące starsze panie. W tym kiosku odbieraliśmy też gazety dla redakcji „Gazety Pleszewskiej”.

Historia „Gazety Pleszewskiej” zaczyna się w październiku 1990 roku

Lata 80. XX wieku – kiosk przy ulicy Polskiej Partii Robotniczej – Reja
Pękało mi serce

Chociaż wiedziałam od pani kioskarki, że koniec kiosku bliski, bo ona już przestaje pracować, to kiedy widziałam, jak go rozbierają, pękało mi serce. Robiłam zdjęcia ale nie mogę ich znaleźć. Kiosk stał tu od połowy lat 70., był rówieśnikiem osiedla Reja. Tam moje dzieci (i nie tylko moje) uczyły się robić zakupy. Biegły do kiosku po mydełko, zeszyt, czy ołówek. Wracały szczęśliwe, że załatwiły sprawę.

Tam gdzie stoją bloki na Reja, pół wieku temu były ogrody

Spokojne życie z kiosku

Kioski były usytuowane w strategicznych miejscach: na osiedlach, gdzie stały bloki, na skrzyżowaniach, przy instytucjach użyteczności publicznej, przy przystankach, dworcach, przy głównych ulicach, przy fabrykach. Miały rację bytu, bo jeszcze w latach 90. ludzie poruszali się po mieście pieszo. Pracując w kiosku, będąc jego współwłaścicielem, można było opłacić dwa pełne ZUS-y i spokojnie sobie żyć – mówi Leszek Fibner, który w 1992 roku, po prywatyzacji firmy, przejął wraz z żoną kiosk przy ul. Poznańskiej – obok szpitala, blisko przystanku komunikacji miejskiej.

130 teczek

Byliśmy na własnym rozrachunku, płaciliśmy dzierżawę za kiosk no i musieliśmy sprzedawać gazety. Pozostały towar mogliśmy zamawiać dowolnie, czyli to co schodziło: papierosy, rajstopy, słodycze, gumy do żucia, soczki, bilety na autobusy KLA i komunikację miejską – wylicza pan Leszek. Oczywiście, także u niego były teczki – około 130. Zakładali je stali klienci, którzy często wchodzili do kiosku na pogaduszki. Z tamtego czasu pochodzą liczne znajomości pana Leszka. Bo on – jak mówi – potrafił swojego klienta zagadać.

Chodziło o to, żeby oprócz ulubionej gazety, czy paczki papierosów, klient kupił jeszcze coś. Najważniejsze  było pierwszych 10 sekund, kiedy nawiązywał się kontakt z klientem i rozmowa o tym, o tamtym, tak żeby go zatrzymać i zaproponować coś jeszcze – zdradza pan Leszek kulisy pracy dobrego kioskarza.

Stali klienci

I z rozrzewnieniem wspomina swoich najlepszych klientów, w tym Jerzego Osucha, Stanisława Penkalę, Rene Zawieję czy Kazimierza Kinasa, którzy brali dużo gazet. No i pierwszy klient, z teczką nr 1, którym był Józef Rorot. Leszek Fibner pamięta, że na pewno brał on „Gazetę Pleszewską” i któryś dziennik albo „Gazetę Poznańska” albo „Głos Wielkopolski”.

12 godzin w kiosku

Praca w kiosku zajmowała panu Leszkowi cały dzień. Handlował od 6.00 rano do godziny 18.00, w południe zastępowała go żona. A on, w drodze na obiad, robił w hurtowni zakupy do kiosku. Miałam u Pan Leszka swoją teczkę na ulubione czasopisma i gazety. Pan Leszek przyciągał nas nie tylko dużym asortymentem ale najbardziej swoją uprzejmością,życzliwością i ogromnym poczuciem humoru.Takie to były czasy – podkreśla Izabela Świderska – Kikosicka.

Złote lata 90.

Przez jakiś czas Fibnerowie mieli nawet 3 kioski – przy Poznańskiej, przy ul. Krzywoustego i w Marszewie przy Zespole Szkół Rolniczych. Zatrudniali pracowników. Najlepsze lata,  zdaniem pleszewianina, były od 1990 do 2002 roku. Wtedy z pracy w kiosku można było całkiem nieźle żyć. Potem było coraz gorzej – konkurencja – markety, powoli wykańczały kioski. W 2007 roku Fibnerowie z prowadzenia kiosków zrezygnowali. Po nich kiosk przy Poznańskiej jeszcze 3 osoby prowadziły. Ale złote lata 90. już nie wróciły.

Leszek Fibner w kiosku
Rowerem po towar

Potwierdza to też Wanda Twarda, która w latach 2004 – 2015 prowadziła kiosk przy ul. św. Ducha, najpierw prawie na skrzyżowaniu z ulicą Poznańską, potem odsunięto go trochę dalej. Pani Zosia (bo Wanda posługuje się drugim imieniem), jako emerytka miała zarejestrowaną działalność. Na początku od firmy otrzymywała tylko gazety do sprzedania, pozostały towar do kiosku mogła sobie wybrać z hurtowni przy ul. Ogrodowej. Transportowała to rowerem. W kiosku było zimno, trzeba było się dogrzewać farelką. Robiło się cieplej, kiedy gazety wzięły ciepło od farelki – wspomina pleszewianka. A na początku spędzała ona w kiosku 12 godzin, od 6.00 rano do 18.00.Trzeba  było codziennie rano przyjąć gazety i codziennie wieczorem rozliczyć zwroty gazet codziennych – wspominała pleszewianka.

Zofia Twarda
Najlepiej szły papierosy

Gazety pani Zosia odkładała stałym klientom do teczek, sprzedawała papierosy – te miały największy zbyt, widokówki, znaczki, bilety na autobus, trochę chemii gospodarczej. Gorzej się zrobiło, kiedy firma zaczęła narzucać sprzedaż towaru, który niekoniecznie schodził. A że słodkości – batoniki, napoje, miała krótki termin przydatności do spożycia, trzeba było płacić za niesprzedany, narzucony towar. Ale pani Zosia swoją pracę lubiła, bo była wciąż z ludźmi, którzy często się śpieszyli a to do pracy a to na autobus i trzeba było szybko ich obsługiwać. No i bardzo lubiła czytać gazety a w kiosku miała ich pod dostatkiem.

Kioskarka – agentką

Z biegiem czasu  zmieniono kioskarce  status, nie miała już własnej działalności, została agentem. Wtedy doszły nowe obowiązki – m.in. poszukiwanie chętnych do skorzystania z ubezpieczeń OC. Zaś towar schodził coraz gorzej. Ludzie szli do marketów, gdzie mieli wszystko i taniej i w jednym  miejscu. Także gazety. Dlatego najpierw pani Zosia skróciła czas pracy a w 2015 roku zrezygnowała. Kiosk stał, stał, stał, aż go usunięto jako zawalidrogę.

„Wędrujący” kiosk na Rynku

Podobnie było z kioskiem przy Zielonej, gdzie pracowali państwo Skrzypniakowie, a w latach 90. Bożenka Kałkowa. Podobny los spotkał  kultowy kiosk na Rynku, który najpierw stał w tzw. pasażu czyli miejscu po kamienicy, którą wysadzono w powietrze przy okazji „wyzwalania Pleszewa”, potem na Rynek obok ratusza  (naprzeciwko dzisiejszego Banku PKO BP), ostatecznie przestawiono go na pierzeję wschodnią, tam gdzie do niedawna był ogródek piwny Pubu Piwnica.

Zdjęcie z archiwum rodziny Mądrzaków
Do pracy w laczkach

Przez 4 lata (1997 – 2001) pracowała tu Anna Chatlińska, która wtedy mieszkała w kamienicy nieopodal. Jak mówi, biegła do pracy w laczkach a w południe dzieci przynosiły jej ciepły obiad do kiosku. Pani Anna była zatrudniona przez Joannę Sobierajczyk, która jeszcze wcześniej prowadziła kiosk (w starej lokalizacji) z panią Marią Wiśniewską. Na początku biznes się kręcił. I to bardzo. dzień zaczynał się od powkładania gazet do teczek, chyba, że kolportaż się spóźnił, wtedy robiło się to później. W naszym kiosku miał teczkę Urząd Miasta i Gminy Pleszew – wspomina pani Anna.

Harlequiny i zdrapki

Mówi, że najwięcej pracy  było pomiędzy 7.00 a 8.00, kiedy młodzież kupowała bilety na autobus do szkoły w Marszewie a wcześniej też do szkół w Kaliszu, bo autobusy KLA wtedy jeździły na trasie Pleszew – Kalisz. Potem duży ruch był, kiedy młodzi wracali i rozjeżdżali się z Pleszewa do domów. Oczywiście kupowali bilety. Po południu do kiosku wpadali „papierośnicy” – mówi pani Anna. Lubiła swoją pracę, w chwilach „pomiędzy klientami, można było czytać gazety no i Harlequiny, czyli amerykańskie romanse, które wtedy sprzedawano w kioskach. Kiedy w gazetach były tzw. zdrapki, pod kioskiem ustawiały się kolejki.

Anna Chatlińska
Do hurtowni na Ogrodową

Bardzo chwali szefową – panią Joannę Sobierajczyk. Kiedy brakowało czegoś np. jakiejś marki papierosów, biegła po nie do hurtowni na Ogrodową. Z tego kiosku klient nie mógł odejść z kwitkiem. Zdaniem pani Anny, kioskowy handel zaczął upadać po 2000 roku, kiedy prasa weszła do sklepów. Markety, czynne od rana do nocy, przejęły rolę kiosków. Było coraz trudniej. W końcu pleszewianka się zwolniła. Ale czas pracy w kiosku, wspomina z sentymentem.

„U Kulisia” koło młynów

Jacek Andrzejewski przypomina mi o kiosku, który funkcjonował przy ul. Sienkiewicza koło pleszewskich młynów. W latach 50. 60. i 70 kiosk prowadził pan Kuliński a potem pani Walczakowa. Kupowałem „u Kulisia”  cygara dla dziadka El-Aliento i Pro-Patria ale też tytoń fajowy produkcji holenderskiej Amsterdamer – do dzisiaj mam przed oczyma opakowania – pisze pan Jacek.

Czasem „Kuliś” lubił robić dzieciakom z Sienkiewicza i z Kolejowej kawały. Pamiętam, jak nas 12 – letnich chłopaków poczęstował w kiosku tabaką do nosa i za chwilę miał mokre gazety w kiosku od naszego kichania – wspomina Jacek Andrzejewski.

O kioskarzach z sympatią

Anna Jankowska wspomina panią Basię Szczepańską, która prowadziła kiosk przy ul. Sienkiewicza. Serdeczna, pomocna, chodziliśmy tam po czasopisma, które pani Basia zostawiała nam w teczce. Lubiła z każdym porozmawiać i pożartować – pisze na Fb pani Anna. I jeszcze kiosk przy Dwójce, w którym długo pracował pan Paterka – pleszewianie wspominają go z sympatią. Ale i na niego przyszła kryska.

Zjedli zęby na „Ruchu”

Z dalekiego Gdańska napisał do mnie Sebastian Mądrzak, którego rodzice, jak pisze,  „zjedli zęby na Ruchu”. Ta część historii Pleszewa bardzo mi głęboko „w duszy gra”. Swego czasu, ze względu na pracę rodziców znałem, ( albo oni mnie) wszystkich kioskarzy w PPL. A nawet czasem, kiedy zastępowałem mamę,  gazety i czasopisma docierały z Pleszewa do tak odległych punktów jak np. Zagórów – wspomina pan Sebastian.

Poznali się w „Ruchu”

Zachęcona przez Sebastiana zadzwoniłam do pani Marii Mądrzak, która swojego męża Zbysława, poznała, pracując w firmie „Ruch”. Mąż był jej kierownikiem. W latach 60. pani Maria pracowała w delegaturze „Ruchu” przy ulicy Poznańskiej 18. Tu przyjmowano prenumeratę prasy od pleszewskich zakładów, tu była rozdzielnia gazet.

Maria Mądrzak w Gołuchowie przy stoisku Książki i Prasy „Ruch”
Wózkiem po gazety

Praca rozpoczynała się pomiędzy 3.00 i 4.00 rano. Trzeba było wózkiem, ciągniętym siłą rąk, pojechać na stację kolejki i stamtąd przywieźć gazety na Poznańską. Trasa wiodła pod górkę a gazety były ciężkie – mówi pani Maria. W niewielkim pomieszczeniu przy Poznańskiej 18, trzeba było zamówione i zaprenumerowane gazety podzielić na paczki wg zamówień na 32 kioski i Kluby Książki i Prasy „Ruch”, które funkcjonowały na wsiach. Potem, na terenie miasta, gazety rozwoziła po kioskach pani Bronisława Puszczyk. Te na wioski, do 7.00 musiały być spakowane i oddane kierowcom PKS-u, którzy je zabierali.

Kilogramy gazet w rękach

Kiedy delegaturę w Pleszewie zlikwidowano, gazety były przywożone z rozdzielni w Jarocinie przez Krzysztofa Włodarczyka. Na wioski były rozdzielane nadal w Pleszewie i dzięki współpracy z PKS-em, kolportowane. Ale na dworzec PKS trzeba było paczki zanieść. Czasem paczka to było kilka gazet, a czasem było to kilkadziesiąt kilogramów papieru. Zwłaszcza gdy były to wydania kolorowe, weekendowe – mówi syn Mądrzaków Sebastian, który często mamie pomagał. Pamięta, że punkt prenumeraty znajdował się najpierw na ul. Sienkiewicza, potem na Krzyżowej/Wąskiej. Tam pracowała pani Maria. I to jej zadaniem było, dostarczenie czasopisma do punktu sprzedaży, czyli do kiosków rozsianych po powiecie pleszewskim.

Hurtownia „Ruch”, w której zaopatrywali się pleszewscy kioskarze – Zbysław Mądrzak
Wędrująca hurtownia

Dużo wcześniej, punkt kolportażu prasy, znajdował się na Marszewskiej (chyba pod nr 3 o ile dobrze pamiętam) – pisze Sebastian Mądrzak syn – dyrektora  oddziału „Ruchu” Zbysława Mądrzaka. Mądrzakowie prowadzili Hurtownię „Ruchu”, gdzie, po prywatyzacji firmy, zaopatrywali się kioskarze. I nie tylko, ale oni przede wszystkim. Pierwsza hurtownia była przy Sopałowicza, druga w dawnej siedzibie MPGK przy Placu Kościuszki, na końcu przy Ogrodowej. Pani Maria pracowała tu do 2005 roku. Pan Zbysław nawet na emeryturze nie potrafił się rozstać z gazetami. Był inspektorem sprzedaży w Grupie Wydawniczej  w PolskaPresse.

Zbysław Mądrzak znał się na dystrybucji i lokalizacji kiosków jak mało kto. Uważał, że kiosk musi stanąć tam, gdzie jest ciąg ludzi, nikt przecież nie przejdzie na drugą stronę ulicy, żeby kupić papierosy czy gazetę. Nawet dziura w płocie była ważna przy lokalizacji – wspomina Maria Mądrzak.

Cztery kioski

W 2022 roku, kiedy pisałam tego posta, w Pleszewie były cztery kioski: przy ul. Batorego, przy Placu Wolności i przy ul. Poznańskiej, naprzeciwko kościółka św. Floriana oraz kiosk przy dawnych koszarach.

Najdłużej przetrwał przy Poznańskiej

W ciągu 4 lat kioski zniknęły. Najdłużej przetrwał kiosk naprzeciwko kościółka św. Floriana. Rozmawiałam wtedy z kioskarką, w jej kiosku były do kupienia  kartki, pocztówki, widokówki  Pleszewa i znaczki, książki, kalendarzyki, maseczki medyczne trzywarstwowe, płyny do higienicznej dezynfekcji rąk, karty do telefonów. W kiosku można było też odebrać paczkę. Towaru było tyle, że pleszewianki zza niego nie widać.

 

Pleszewski kiosk przy ul. Poznańskiej

W styczniu 2022 roku mówiła mi, że ulicą Poznańską przechodzi bardzo dużo osób i to one robią w kiosku zakupy. Po prostu to jest bardzo dobra lokalizacja, w ruchliwym miejscu, dlatego kiosk się utrzymuje – podkreślała kioskarka… Dzisiaj kiosku już nie ma – zdjęcie jest już historyczne.

Kioskarz jak GPS

I tak by można o kioskach w nieskończoność, stanowiły fajne punkty na mapie miasta Pleszewa. Pracowali w kioskach ludzie otwarci na ludzi.  W czasach kiedy nie było internetu i GPS-a, pełnili kioskarze wiele społecznych funkcji: byli jednoosobową  informacją turystyczną, wskazywali drogę przyjezdnym, pocieszali smutnych, wysłuchiwali samotnych, wszystkich znali, dużo wiedzieli o tym, co się dzieje na mieście.

Anegdoty
PS. Pytali państwo, dokąd kioskarze chodzili za potrzebą. Okazuje się, że radzili sobie jak mogli, najchętniej korzystali z toalety w najbliższej instytucji – dla pana Leszka było to pogotowie ratunkowe, dla pań w Rynku – ratusz. Krążą też na ten temat anegdoty… I niech pozostaną one w sferze anegdot.

Pół wieku temu oddano do użytku pierwszy blok przy ulicy Reja


Info Pleszew - Irena Kuczyńska - logo


© 2022 – Info Pleszew – Irena Kuczyńska