
Czwartki w Pleszewie
To właśnie promocja płyty, zaplanowana na najbliższy piątek, stała się okazją do naszej rozmowy. Spotykamy się w Cafe Vogt, w czwartek, punktualnie w południe. Tego dnia Marysia — wciąż pozwala mi zwracać się do siebie po imieniu, co poczytuję sobie za zaszczyt — prowadzi lekcje ze swoją klasą w Państwowej Szkole Muzycznej 1 st. im. W. Kilara w Pleszewie. To spod jej skrzydeł wyfrunął Karol Pilarski – który, podobnie jak jego mistrzyni, wiąże swoje życie z muzyką. Często występuje w mieście pro bono.TUTAJ
Czerwone usta i dywany
Aktualnie jej klasa jest niewielka, bo — jak sama mówi — czasu ma bardzo mało. Dzieli go między pracę dydaktyczną w Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu, koncerty (a gra je w wielu krajach, nie tylko Europy), żmudne ćwiczenia, związek z Arturem Żuchowskim — kompozytorem i partnerem życiowym — oraz mieszkanie, w którym na podłodze królują czerwone dywany, a na kanapie czerwone poduszki. Bo kolor czerwony, jak mówi pleszewianka, dodaje jej pewności siebie. — Dzięki czerwieni czuję się bardziej konkretna — podkreśla. I coś w tym jest. Widzę ją nawet zza szyby kawiarni. Czerwona kurteczka leży na czerwonej torbie postawionej na fotelu. Biały T-shirt zdobi czerwono-granatowy wzór. Do tego granatowe jeansy, czerwone sportowe buty i czerwone usta, które rozciągają się w szerokim uśmiechu na mój widok. Przyznaję — jestem absolutną fanką talentu Marysi. Pierwszy tekst o niej i jej drodze muzycznej napisałam na blogu w roku 2017. Warto go przeczytać. NIŻEJ
Debiut w czerwonej sukience
Pytam ją, ile ma szaf z garderobą i czy wszystkie koncertowe sukienki są czerwone. Okazuje się, że szafy są dwie. Ta z sukniami koncertowymi znajduje się w Pleszewie, u rodziców. Siedem z nich jest czerwonych, choć nie zawsze może pozwolić sobie na taki wybór. Czasem musi dopasować strój do współwykonawcy — bywa nim wokalista, innym razem muzyk, najczęściej grający na instrumentach dętych. Pierwszy koncert dziewięcioletnia Marysia Rutkowska zagrała w licealnej auli w kwietniu 1993 roku podczas wizyty premier Hanny Suchockiej w rodzinnym mieście. Pamięta, że wystąpiła wtedy w czerwonej sukience wybranej przez mamę.

Być jak pani Lucjana
Bo granie wyniosła z domu. Grała babcia. Grała mama. Fortepian stał w salonie. Przy nim zasiadano w Boże Narodzenie, żeby kolędować, i 11 listopada, żeby śpiewać pieśni patriotyczne. Marysia wspomina, że sama zaczęła grać w wieku siedmiu lat, kiedy trafiła do klasy Danuty Bąkowskiej w szkole muzycznej. Ale pasję do muzykowania poza domem zaszczepiła w niej Lucjana Pawlik — nauczycielka muzyki w Zespole Szkół Publicznych nr 2. — Na każdej lekcji muzyki siadała przy instrumencie i grała z głowy, a my śpiewaliśmy. Myślałam wtedy: „Jak ona tak potrafi, to ja też tak będę” — wspomina pianistka. Dodaje, że pani Lucjana do dziś jej kibicuje i pojawia się niemal na każdym koncercie.
Pięć godzin sama, pięć ze studentami
A ona gra. Codziennie. Nawet wtedy, kiedy nie koncertuje. Minimum pięć godzin dziennie sama i kolejne pięć godzin ze studentami. Wyjeżdżając na dłużej, zabiera ze sobą pianino. Kiedy nie gra — mięśnie palców sztywnieją. Zdarza się jej pięciodniowy urlop bez grania, ale tylko wtedy, gdy od najbliższego koncertu dzielą ją jeszcze trzy tygodnie. — Żeby być w formie przez godzinę koncertu, trzeba mieć formę przewidzianą na pięciogodzinny koncert — mówi.
Muzyk jak sportowiec
I od razu porównuje muzykę do sportu: — To tak jak z maratonem. Żeby przebiec jeden, trzeba mieć kondycję na dwa. Sama znajomość utworu nie wystarcza. — To, że znam utwór, nie znaczy, że nie muszę ćwiczyć. Do Konkursu Chopinowskiego pianiści przygotowują się nawet dziesięć lat. Muszą być w formie jak sportowcy.

Ona gra, on komponuje
Jak takie codzienne, wielogodzinne granie znosi jej partner? Okazuje się, że całkiem dobrze. Być może dlatego, że sam jest artystą. Artur Żuchowski komponuje i — jak opowiada Maria — kiedy pojawia się pomysł, musi go natychmiast zapisać, nawet jeśli jest już późny wieczór. Ona również często siada do fortepianu wieczorem. — Muszę rozluźnić palce albo plecy. Bo granie na instrumencie oznacza ogromne napięcie mięśniowe. Do tego tematu jeszcze wrócimy.
Zajezdniowa „Intencjonalność”
Tymczasem, jeszcze przy kawie, rozmawiamy o dwupłytowym winylowym albumie „Intencjonalność”, którego promocja odbędzie się w piątek o godzinie 18.00 w Zajezdni Kultury. Do nagrania płyty namówił Marię Rutkowską dyrektor Zajezdni — Przemysław Marciniak. Pianistka od początku wiedziała jedno: chciała, żeby album brzmiał „zajezdniowo”. Nie interesował jej repertuar obiegowy. Szukała czegoś ambitnego, ale jednocześnie przystępnego dla słuchaczy. — Słuchanie ma być przyjemnością — podkreśla. Postawiła na minimal music, czyli muzykę opartą na prostocie i wielokrotnym powtarzaniu motywów. Wybrała solowe utwory fortepianowe kompozytorów europejskich, amerykańskich i polskich. Wszystkie łączy nurt minimalizmu, choć rozumianego na różne sposoby.

Minimalizm
Minimalizm to kierunek w muzyce współczesnej zapoczątkowany w latach 60. XX wieku. Wywodzi się z tych samych źródeł, co minimalizm obecny w innych dziedzinach sztuki, szczególnie w plastyce. Choć historycy sztuki dostrzegają cechy minimalistyczne już u niektórych twórców późnego romantyzmu, takich jak Erik Satie, za głównych twórców nurtu uznaje się Steve’a Reicha i Philipa Glassa. W kontekście estetyki minimalistycznej warto wspomnieć również Johna Cage’a – czytam na obwolucie albumu.
Utwory dedykowane
Na płycie znalazły się między innymi „Mad Rush” i „Opening” Philipa Glassa, „In a Landscape” Johna Cage’a oraz „Variations for the Healing of Arinushka” Arvo Pärta. Najważniejszą część albumu stanowią jednak utwory napisane przez kompozytorów związanych z Akademią Muzyczną w Poznaniu i dedykowane Marii Rutkowskiej. To między innymi „Kołysanka” Ewy Fabiańskiej-Jelińskiej oraz miniatury „Iaspis” i „Amethistus” Moniki Kędziory, inspirowane wyglądem kamieni mieniących się w świetle.
„Monodie” od Artura
Najnowszymi kompozycjami na płycie są dwie „Monodie” autorstwa Artura Żuchowskiego — kompozytora znanego pleszewskiej publiczności między innymi z utworu „Paderewski Postscriptum”, którego premiera odbyła się na pleszewskim rynku w 2021 roku z okazji 80. rocznicy śmierci Ignacego Jana Paderewskiego.
Słowo od Dagmary
Tekst do albumu napisała również pleszewianka Dagmara Leszkowicz – Zaluska, Dagmara Leszkowicz – Zaluska autorka „Dziewczyny z kamienicy”. Zachęcając do wysłuchania płyty, napisała: W centrum tej płyty znajduje się Maria Rutkowska. Jej interpretacje nie mają być nastawione na poklask. Są natomiast konsekwentne, skupione i przede wszystkim oparte na trwaniu. Każdy gest jest tu rozpoznany, a każdy powrót zamierzony. Minimalizm w wykonaniu Marii jest stałym utrzymywaniem napięcia bez nadmiaru zbędnych środków.
Światowe i moje
Sama pianistka mówi o albumie: połączyłam to, co światowe, z tym, co moje – podkreśla. Dodaje, że wspólnym mianownikiem tego projektu jest doświadczenie źródła. Miejsca, które formuje sposób myślenia o czasie, konsekwencjach artystycznych oraz wyborach życiowych. Pleszew nie pojawia się tu jedynie jako suchy zapis w stopce informującej o miejscu nagrania. Jest raczej macierzą, punktem, z którego rozchodzą się różne drogi, pozostawiając w twórczości ślad wspólnego rytmu.
Światowe sceny i pleszewskie korzenie
Choć koncertowała w wielu salach koncertowych w Polsce, Francji, Hiszpanii, Włoszech, na Litwie czy w Stanach Zjednoczonych, Pleszew pozostaje dla niej miejscem szczególnym. Przyjeżdża tu co tydzień do swoich uczniów. Uczestniczy w życiu kulturalnym miasta. Wystarczy wspomnieć koncert na torowisku, Wędrujące Pianino, koncerty „Mistrz i uczeń” czy liczne wydarzenia organizowane przez Zajezdnię Kultury. Została uhonorowana tytułem Mecenasa Pleszewskiej Kultury. Otrzymała również Śrubę Zajezdni Kultury. — Przyciąga mnie Zajezdnia — mówi.
Śruba Zajezdni Kultury dla pianistki Marii Rutkowskiej za „Słabą płeć”
Maria Rutkowska i jej uczniowie w koncercie „Mistrz i uczeń”
Muzyka filmowa królowała nad torowiskiem przy Zajezdni Kultury
Ktoś mnie zauważył
Tymczasem jej artystyczna droga prowadziła przez wiele krajów i prestiżowych wydarzeń. W Minneapolis w stanie Minnesota dała pięć recitali, akompaniując wybitnym trębaczom. — Ktoś mnie zauważył — odpowiada z charakterystyczną skromnością, gdy pytam o zaproszenie na prestiżową konferencję kameralną. W zagranicznych podróżach często towarzyszy jej Artur Żuchowski, który na potrzeby kolejnych wydarzeń komponuje nowe utwory — zarówno solowe, jak i kameralne. Stworzenie jednego dzieła oznacza nierzadko setki godzin pracy.
Profesor, Japonia i wielkie marzenie
Maria Rutkowska nie tylko koncertuje i uczy studentów. Sama również nieustannie się rozwija. Przygotowuje pracę habilitacyjną, opisując swój wkład w rozwój instrumentalistyki. Zajmuje się między innymi przywracaniem do życia zapomnianych kompozycji środowiska poznańskiego oraz wprowadzaniem ich do repertuaru koncertowego. Do dorobku naukowego dołączy także dwie płyty nagrane w Zajezdni Kultury. Coraz bliżej jej do uzyskania profesury tytularnej. Będzie mogła prowadzić doktorantów i spełnić marzenie, na które — jak mówi — pracuje od dwudziestu lat. — Zainwestowałam w to wiele sukcesów, ale też porażek. A kolejne marzenie? – Japonia. Maria chce tam zagrać i konsekwentnie szuka możliwości realizacji tego celu — poprzez uczelnię, fundacje i międzynarodowe kontakty. Bo marzeniom, jak wiadomo, trzeba trochę pomóc.
Harmonia i porządeczek
Wracając do codzienności pianistki, pytam o życie poza muzyką. Mówi, że resetuje się podczas sprzątania. Lubi myć okna, podłogi i porządkować przestrzeń wokół siebie.— Kocha harmonię i porządeczek. Gotować nie musi. Tym zajmuje się Artur. Poznali się w Gdyni dzięki koleżance z Krakowa, która powiedziała: — Mam dla ciebie idealnego męża. — A ja, chociaż wiem, że ideałów nie ma, zainwestowałam w ten związek — oczywiście chodzi o uczucia, a nie o pieniądze — śmieje się Maria.

Miliony uderzeń w klawisze
W drodze do Zajezdni Kultury tłumaczy mi jeszcze, dlaczego nie maluje paznokci na ukochany czerwony kolor i dlaczego nie nosi pierścionków. Okazuje się, że byłoby to dodatkowe obciążenie dla jej palców. A te wykonują pracę trudną do wyobrażenia. — W zależności od tego, co gram i na jakim jestem etapie przygotowań, nawet milion razy uderzam palcem w klawisze. Czasem ten sam fragment powtarzam pięćdziesiąt razy. Potem jeszcze miliony razy ćwiczę, żeby palec podniósł się wolno, a opadł szybko. I tak przez dziesięć godzin dziennie. Dodaje, że teoretycznie wie, jak utwór ma zabrzmieć. — Ale palec musi współgrać. Od tego zależy tempo. I właściwie wszystko. Kiedy akompaniuje, musi słuchać drugiej osoby. Gdy gra solo, ma większą swobodę interpretacji. W duecie często zmienia własną koncepcję, dostosowując się do wokalisty czy instrumentalisty. Szczególnie lubi występować z Aleksandrą Rykowską.
Ciało pianisty też płaci swoją cenę
Patrząc na pianistę, widzimy przede wszystkim dłonie. Tymczasem gra całe ciało. Wielogodzinne siedzenie przy klawiaturze oznacza przeciążenia, bóle kręgosłupa i napięcia mięśniowe. Dlatego Maria co 45 minut robi pięciominutową przerwę na ćwiczenia rozluźniające. Raz na dwa tygodnie odwiedza osteopatę, który kontroluje stan jej kręgosłupa. Bo za godziną koncertu stoją tysiące godzin pracy, miliony powtórzeń i ogromna dyscyplina.

„Ubrałam się na Rutkowską”
Na pożegnanie Marysia opowiada mi historię, która stała się już anegdotą. Jedna z uczennic Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia w Kaliszu na swój recital dyplomowy przyszła w czerwonej sukience. Wcześniej zawsze wybierała szarości. Kiedy ktoś zapytał ją o zmianę, odpowiedziała krótko: — Ubrałam się na Rutkowską, żebym była odważniejsza.
I być może właśnie w tym jednym zdaniu najlepiej mieści się cała opowieść o Marii Rutkowskiej. O pianistce, która od lat gra własnym rytmem. O kobiecie, która miliony razy powtarza tę samą frazę, by zabrzmiała idealnie. I o człowieku, który nie boi się czerwieni — ani w muzyce, ani w życiu.

„Dziady” w wersji koncertowej – dyplomowy musical Karola Pilarskiego w Zajezdni Kultury
Za zdrowie i za drogi. Wyjątkowe wyróżnienia podczas Gali Powiatu Pleszewskiego WIDEO
Mariola Walendowska poprowadziła bank do zwycięstwa. Ogólnopolski sukces Pleszewa
Złoty głos z Kowalewa. Martyna Paterczyk wygrywa festiwale w Polsce i za granicą

