Wielkanocne refleksje i wspomnienia z dzieciństwa

Irena Kuczyńska1 kwietnia 202117min0
Czolo-Wielkanoc-w-Ostrorogu.jpg

 Wiele ważnych wydarzeń w moim życiu wiąże się z Wielkanocą. Falę wspomnień wywołała kartka świąteczna sprzed 60 z górą lat…

Kartka wielkanocna jest zdjęciem kościoła Matki Boskiej Wniebowziętej w Ostrorogu, wykonana na pewno przez fotografkę Janinę Kurczewską.

Pierwszą w moim życiu Wielkanoc znam z opowiadań mojej Mamy Ireny. Miałam cztery dni, kiedy w pierwsze święto Wielkanocy, rodzice chrzestni zawieźli mnie powózką zaprzężoną w parę siwych koni do kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Ostrorogu, żeby mnie ochrzcić. Do chrztu „podawali mnie” dziadkowie: Michał Leśny – tata mojego taty Michała i Józefa Ratajczakowa – mama mojej mamy Ireny. Taki był zwyczaj.

Wielkanoc roku 1949 przypadła 17 kwietnia, była ciepła i słoneczna. Owinięta w becik, przykryta kołderką z przypiętym kwiatkiem, przespałam całą uroczystość. Trwała ona kilka minut. Były to czasy sprzed Soboru Watykańskiego II. Chrztów podczas mszy świętej wtedy jeszcze nie praktykowano. I w kościele pojawiali się z niemowlakiem, tylko rodzice chrzestni. Chrzcił mnie proboszcz ks. dr Tomasz Malepszy.

Tę Wielkanoc na pewno przespałam. Także toastów na swoją cześć nie słyszałam. A na pewno był i to niejeden. Dla dziadków po kądzieli byłam pierwszą wnuczką. Dla dziadków po mieczu byłam pierwszą wnuczką mieszkającą tak blisko. Z tego pięknego wielkanocnego poranka została mi pamiątka chrztu św. podpisana przez babcię Józefkę.

Potem przyszły kolejne Wielkanoce w dzieciństwie. Kojarzę je z święconką, Grobem Pańskim, kościołem i Zajączkiem. Przed świętami zwykle rodzice wybierali się autobusem do Poznania, skąd przywozili baranki i zajączki z cukru, pomarańcze, kolorowe jajeczka, których w sklepach w Ostrorogu raczej w latach 50. nie  było.

Pamiętam prasowanie wykrochmalonych białych serwetek do koszyczków, a było ich 5. Bo tyle dzieci miała moja Mama. Na początku, kiedy najmłodsze siostry jeszcze były za małe żeby koszyczek udźwignąć, ze swoim  koszyczkiem szła do święconki Ola – najmłodsza siostra Mamy – tylko 9 lat starsza ode mnie.

W pamięci utkwiły mi wyprawy do domu rodzinnego mojej babci przy ul. Poznańskiej (teraz tam mieszka kuzynka Mamy – Zosia Malinowska), gdzie w ogrodzie rósł wielki bukszpan. I stamtąd przynosiło się gałązki tego wielkanocnego krzewu.

W latach 50. i jeszcze 60. bukszpanowe krzewy były rzadkością. My mieliśmy szczęście, bo nie musieliśmy bukszpanu szukać u obcych, tylko u swoich. Nie było też w sklepie gotowych baranków z masła. Trzeba  było sobie takiego baranka zrobić. Foremkę też pożyczało się od tej samej cioci z ul. Poznańskiej.

W Wielkim Tygodniu było w domu zamieszanie. Przygotowania do świąt (gotowanie, sprzątanie, wypieki) trzeba  było pogodzić z uczestnictwem w nabożeństwach w Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Tego się w moim rodzinnym domu przestrzegało z żelazną konsekwencją.

Ale spróbować  wszystkich smakołyków  przygotowywanych na święta, można było dopiero w pierwsze święto, po rezurekcji, podczas świątecznego śniadania. W latach 50. i 60. czyli przed Soborem Watykańskim II, jeszcze w Wielką Sobotę obowiązywał post. Poświęcone szyneczki i kiełbaski oraz babki  stały więc w koszyczkach do niedzieli i kusiły. Skosztować ich  było można dopiero w Wielkanoc po Rezurekcji, która odbywała się w kościele o godzinie 6.00 rano.

Wracało się do domu około 8.00, bo po mszy rezurekcyjnej, odbywała się procesja, podczas której trzykrotnie obchodzono kościół. Dziewczynki sypały kwiatki. Ja też od 4 roku życia a mama musiała mi je zorganizować, co nie było łatwe, zwłaszcza kiedy wiosna się opóźniała a pierwsza niedziela po pełni wiosennej przypadała w marcu.

I jeszcze jedno wspomnienie, na Wielkanoc trzeba  było  mieć nowy ciuszek. Pamiętam ostrorożanki wystrojone w nowe płaszcze, sukienki. Czasem połowa obecnych w kościele miała sukienki czy kostiumy w tym samym kolorze, takim jaki akurat otrzymał sklep z przydziału. Nawet kiedy  było zimno, ciuszek  musiał być nowy, wiosenny. W połowie lat 60. był szał na ortalionowe płaszcze.  Taki płaszcz był szczytem marzeń. Dostałam ortalion w spadku po kuzynce ze Śląska. Jaka  byłam dumna.

Wracając do pierwszego święta i Rezurekcji, my z Ostroroga nie mieliśmy tak źle, bo mieszkaliśmy niedaleko kościoła, więc do śniadania siadaliśmy koło 9.00. Mieszkańcy okolicznych wiosek mieli do pokonania nawet 5,6 kilometrów.  Uczta – zawsze w dużym pokoju, przy stole nakrytym wielkanocnym obrusem, zaczynała się  od jajek gotowanych na miękko, które Tata zręcznie przecinał nam nożem i potem łyżeczką wyjadało się zawartość. Jak trochę podrośliśmy, robiliśmy zawody, ile kto jajek zje. Przeważnie wygrywał brat.

I tu warto dodać, że wielkanocna uczta była wyczekiwana, bo przez 6 tygodni Wielkiego Postu, nie  było w domu żadnych wypieków. Nie jadano też smakołyków, czyli grzanej kiełbaski na niedzielne śniadanie. Trzeba było się umartwiać. Pamiętam, że dziadek w piątki Wielkiego Postu jadł chleb lub ziemniaki kraszone olejem. Wszyscy czekali na Wielkanoc i sernik, bo ten oprócz babki, był królem wielkanocnego stołu, przynajmniej w moim domu.

Ale przez cały czas dzieciaki czekały na moment wyjścia z domu do ogrodu, gdzie znajdowały się gniazda Zająca. Było ich pięć, dla każdego dziecka.  W każdym rodzice ukryli słodycze i monetę. Ten zwyczaj kultywowałam w Pleszewie, kiedy już założyłam swoją rodzinę. Zawsze w pierwsze święto moje dzieci szukały Zajączka na działce, albo w parku, jeśli pogoda była gorsza.

Po Zajączku był zawsze spacer. W Ostrorogu najchętniej trasa wiodła nad jezioro Mormin albo ulicą Pniewską do Wielonka do wujostwa Białasików. Piękna łąka, czasem już ze stokrotkami, strumyk i kochana  ciocia Marynia z drożdżowym plackiem cudownie wyrośniętym i upieczonym w chlebowym piecu. I wujek Kaziu – niezapomniany gawędziarz, który na wielu sprawach się znał i lubił opowiadać. A my go słuchaliśmy, albo biegaliśmy po łące.

Drugi dzień świąt to tradycyjna wyprawa  na cmentarz na groby pradziadków a potem już dziadka Michała – mojego chrzestnego. Z naszego domu przy ul. Wronieckiej na cmentarz było daleko. Ale się szło. Czasem najmłodsza siostra zostawała z babcią w domu.

Z Poniedziałku Wielkanocnego w Ostrorogu mam jeszcze inne wspomnienie. Zwykle przed południem  przychodził do nas Mirek z życzeniami i pachnącą wodą w butelce, którą nas polewał. Mówił : dyngus, dyngus po dyngusie, leży placek na obrusie, pani kraje, pan rozdaje, proszę o święcone jaje”. Zawsze dostawał od rodziców coś dobrego do zjedzenia i parę groszy.

A potem urosłam …  I Wielkanoc nadal była ważna…

W  roku 1972 brałam  ślub w kościele w Ostrorogu. Wielkanoc wypadała 1 i 2 kwietnia. Pamiętam, że w drugie święto, bo w pierwsze ślubów nie udzielano, było bardzo ciepło. W kościele był ślub za ślubem, bo jeszcze wtedy ślubów na mszach św. się nie praktykowało. Wesele było w domu, do białego rana.

Wielkanoc roku 1977 też pamiętam. W Pleszewie  tego dnia padał śnieg. Oktawia miała 15 miesięcy. Wieźliśmy ją z koszyczkiem  ze święconką do kościółka św. Floriana saneczkami.

W 1988 roku, w pierwsze święto Wielkiejnocy odeszła moja Babcia i Matka Chrzestna – Józefa Ratajczakowa. W tym roku mijają 33 lata od jej śmierci. Nie mogłam uczestniczyć w pogrzebie Babci, bo wtedy ciężko chorowałam. Ale w każdą Wielkanoc wspominam tę niezwykłą kobietę .

W latach 80.  święta wielkanocne mojej rodziny były powtórką Wielkiejnocy z  mojego dzieciństwa. Do święconki przygotowywany był duży koszyk i  trzy małe koszyczki trojga moich dzieci. A po wielkanocnym śniadaniu, które spożywaliśmy zwykle z moimi teściami,  szukanie z dziećmi Zajączków w parku miejskim albo na działce przy ul. Prokopowskiej. Kiedy spędzaliśmy święta w Ostrorogu, scenariusz się powtarzał.

Wielkanoc roku  1990  spędziliśmy w Poznaniu, gdzie odbywała się uroczystość I Komunii Św. Joanny – mojej siostrzenicy. Sakrament dzieci przyjęły w Wielki Czwartek ale impreza rodzinna odbywała się w pierwsze święto.

11 lat później, od 5 miesięcy,  byłam babcią Feliksa.  Wnuczek z rodzicami był z nami w Pleszewie. Ze święconką szliśmy do  nowego kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej. Było bardzo ciepło. Ale gdzieś maluszka zawiało. W nocy przyszła wysoka temperatura. W drugie święto odwiedził nas  lekarz. Po świętach Feliks trafił do szpitala w Pleszewie.

Potem były różne święta. Wspominam miło święconkę z rodziną Daniela w Kaliszu  – dwóch chłopaczków, dwa koszyczki, potem w Kaliszu  nawiedzanie Grobu Pańskiego w różnych kościołach.

Bywały też święta z rodziną Oktawii w Ostrorogu, gdzie Feliks, podobnie jak wcześniej jego Babcia a potem Mama,  szukał Zająca wg mapki narysowanej przez ciocię Elę. Było też wspólne świętowanie z rodziną mojej młodszej siostry z Poznania.

Dziesięć lat temu, w 2011  roku,  zjechały się w Pleszewie w Wielkanoc wszystkie moje dzieci z rodzinami.  To był piękny czas. Dla Alessandro – mojego włoskiego zięcia, wszystko było niezwykłe, począwszy od święconki poprzez dzielenie się jajkiem i smakowanie potraw, których Włoch do ust w zasadzie nie bierze.

W 2015 roku, w  Wielkanoc, razem z mieszkańcami Ostroroga,  przeżywałam smutną wiadomość o śmierci  byłego proboszcza – ks. kanonika Kazimierza Wencla, którego znałam, podziwiałam i szanowałam.Więcej TUTAJ

W 2017 roku pojechałam na Wielkanoc do Włoch, do Marianny i jej włoskiej rodziny na pierwsze spotkanie z wnuczką Biancą. Nie było święconki, która jest tradycją polską, nie było nawiedzania Grobu Pańskiego, bo go po prostu we włoskich kościołach nie ma.

Ale był obiad z włoską rodziną a potem spacer z wnuczką, która w Wielkanoc miała 6 tygodni. Słońce, kwiaty i ośnieżone szczyty Alp oraz życzliwi i ciepli ludzie. Obraz takiej Wielkanocy przywiozłam do domu.

Rok temu była samotna Wielkanoc w czasie pandemii. Rodzinne spotkania na messengerze, telefoniczne rozmowy przede wszystkim z Mamą. I pusty dom.

Jaka będzie ta Wielkanoc? Pewnie podobna do ubiegłorocznej, z tym, że bez telefonu do Mamy, która odeszła w listopadzie i którą opłakuję, bo świat zrobił się pusty i jest jeszcze bardziej samotnie. Na pewno będą telefony od dzieci i rodzeństwa, z którymi się spotkam, dopiero kiedy się wszyscy zaszczepimy.