Irena Kuczyńska
Podróże Region Pleszewski

Moja przygoda z Gruzją

Góry, morze, monastyry, zamki, cerkwie, skalne miasta, wino, czacza, pyszne jedzenie, niezwykli ludzie – to Gruzja. Spędziłam tam siedem dni. A niektóre miejsca i sytuacje zapadły  mi w serce i w pamięć.

Podzielę się nimi z wami. Może kogoś zachęcę do odwiedzenia tego kraju, gdzie niepotrzebna jest wiza a do przekroczenia granic wystarczy dowód osobisty lub paszport. A Polacy są tu witani z wielką serdecznością, zwłaszcza po roku 2008, kiedy to prezydent Lech Kaczyński pojechał do Tbilisi wesprzeć Gruzinów. W stolicy Gruzji  jest pomnik polskiego prezydenta i ulica jego imienia.

Moja przygoda z Gruzją zaczęła się na lotnisku w Kutaisi, gdzie ląduje dużo samolotów z Polski. odkąd  uruchomiono tanie loty do Gruzji, Polacy chętnie tu przyjeżdżają.

Lot z Wrocławia do Kutaisi – trzeciego co do wielkości miasta Gruzji trwał trzy godziny. Zwiedzanie rozpoczęło się tuż po wyjściu z samolotu. Czekał na nas autobus, którym mieliśmy zrobić prawie 2200 kilometrów w ciągu ośmiu dni.

Na mapie zaznaczona jest trasa naszej wycieczki

Czekał też Wako – przewodnik – Gruzin, doskonale mówiący po polsku. To on, razem z pilotem Andrzejem Jagiełło, w czasie długich przejazdów, opowiadał o historii swojego kraju, o zwyczajach kultywowanych w gruzińskich wielopokoleniowych rodzinach, o warunkach życia  w Gruzji.

Do historii Gruzji będę jeszcze wracać przy okazji zwiedzania zabytkowych budowli, z których najstarsza sięga II wieku przed naszą erą. Kiedy sobie pomyślałam, że historia (pisana) mojego kraju sięga X wieku, nabrałam szacunku do tego niewielkiego państwa, wciśniętego pomiędzy Turcję i Armenię (od południa), Azerbejdżan (od wschodu) i Rosję (na północy).

Zawsze przez kogoś najeżdżani, o czym świadczą chociażby pozostałości skalnych miast, w których się chronili przed wrogami, potrafili uchronić swój język i swój alfabet,  składający się  z 33 znaków. Pierwszy alfabet mógł powstać na przełomie IV i III w p.n.e.

Na szczęście, na drogowskazach, oprócz literek gruzińskich są też angielskie, więc można się zorientować, o co chodzi.

Na drogowskazie widać, że do klasztoru Gelati jest 10,5 km. Ale zanim tam pojedziemy, spacerujemy trochę po mieście, przyglądamy się ludziom, bardzo uprzejmym i uśmiechniętym. Większość Gruzinów  zna język rosyjski i w tym języku można się doskonale porozumiewać.

Tak było w kantorze, gdzie wymienialiśmy dolary lub euro na lari. Tak też było w restauracji w parku, gdzie zatrzymaliśmy się na pierwszy posiłek pod niebem Gruzji – chaczapuri czyli placek z serem. Znakomity – ciepły i pachnący. Do tego gruzińskie piwo – niedrogie i smakowite.  Chaczapuri będziemy jeść prawie codziennie.

Fontanna

Tymczasem jedziemy w kierunku Monastyra Gelati, gdzie znajdują się trzy prawosławne cerkwie i akademia nauk wpisane na listę UNESCO. Po wyjeździe z centrum miasta, widok za oknem się zmienia. Przy szosie stoją domy pokryte azbestem. Wyglądają na opuszczone.  Nie widać ogródków, a skrajem szosy spacerują krowy albo nawet świnie.

Andrzej tłumaczy, że krowy w Gruzji sobie chodzą wolno i tam, gdzie chcą. Rano opuszczają zagrodę i wieczorem wracają. Pasą się na nieużytkach, na łąkach, zupełnie nie boją się samochodów. Kiedy przechodzi krowa, kierowca hamuje. Kiedy sobie leży na środku jezdni, musi ją ominąć.

Krowy były prawie wszędzie, nawet na Gruzińskiej Drodze Wojennej, na wysokości 2500 metrów nad poziomem morza, o czym miałam  się przekonać w czwartym dniu wycieczki.

Nie udało mi się, niestety, sfotografować z okna autobusu krowy, za szybko jechaliśmy. Ale do dziś mam przed oczami nie tylko krowy idące poboczem, ale też wielką świnię, która dostojnie szła sobie wzdłuż drogi.

I jeszcze psy, których w Gruzji wszędzie jest pełno. Podchodzą do ludzi i  proszą o jedzenie. Ale widziałam w Tibilisi  psy, które leżały sobie na trawniku i przy samym nosie miały parówki. Nie były głodne. Psy są zabiedzone, czasem ranne. Podobno są  przez państwo szczepione, czipowane i puszczone na wolność.

Tymczasem zbliżamy się do Monastyra Gelati  koło Kutaisi. Ufundował go w 1106 roku król Dawid IV budowniczy.  Podobno jest tu pochowany. Także tu, podobno, ma spoczywać królowa Gruzji Tamara, która zmarła w 1213 roku. A na czas jej panowania przypada najlepszy czas w historii Gruzji.  Co kilkakrotnie podkreślał Wako.

Monastyr Gelati przez wieki był jednym z głównych centrów gruzińskiej kultury. W tutejszej akademii spotykali się filozofowie, teologowie. Przetrwały freski i manuskrypty z XII – XVII wieku. Nazywano go też „Nową Grecją” lub „Drugą Jerozolimą”. W czasach sowieckich monastyr podupadł. Teraz mieszkają tu brodaci mnisi i go odbudowują.

  Gelati - wejście do monastyra w chuście i spódnicy narzuconej na spodnie - wypożyczonej. W cerkwi grób króla Dawida
    
Zdjęcie opisu zabytku, żeby sobie jeszcze raz przeczytać.

Jeszcze po drodze Klasztor Mocameta czyli Miejsce Męczenników Dawida i Konstantyna, którzy w VIII wieku zorganizowali bunt przeciwko okupującym te tereny Arabom. Ponieważ nie chcieli przejść na islam, torturowano ich i zabito.

Gruziński Kościół Prawosławny uznał ich za świętych i w XI wieku ufundowano tu świątynię. I taka ciekawostka. W czasach, kiedy Gruzja była republiką radziecką, tajna policja wywiozła szczątki świętych do muzeum w Kutaisi, ale wybuchł wielki skandal i relikwie wróciły.

Dawid i Konstantyn w klasztorze Mocameta

I jeszcze jedna atrakcja – Jaskinia Prometeusza. Kilometry podziemnych korytarzy i komnat, gdzie zastygły stalaktyty i stalagmity. Podobno tutaj mityczny Prometeusz  został przykuty do skały na rozkaz Zeusa. Stąd nazwa.

W jaskini

Wracamy do Kutaissi na  nocleg w eleganckim kilkupiętrowym hotelu. Z tarasu rozpościera się piękny widok na miasto. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca,  Kutaissi – trzecie co do wielkości miasto Gruzji, które początki sięgają VI – III wieku przed naszą erą, prezentowało się pięknie. Wieczorem Andrzej zaprosił nas na spacer po mieście.

Ale wcześniej była supra, czyli pierwsza tradycyjna uczta na gruzińskiej ziemi. Rozpoczyna się toastem wygłoszonym przez Tamadę, uczestnika supry, który jest odpowiedzialny za toasty. I nie mogą one być prymitywne. Pomnik Tamady obejrzymy potem w Tibilisi.

W hotelu rolę Tamady pełnił właściciel /kierownik?, który przywdział strój tradycyjny i po wygłoszeniu toastu, częstował wszystkich czaczą (tutejszy alkohol, produkowany też w domach) z wielkiego rogu. Chodziło o wypicie wszystkiego, wszak róg nie daje się na stole ustawić. Dobra czacza musi mieć nawet 70 % alkoholu. I miała… O czym mogliśmy się przekonać.

 Elżbieta Garbarczyk pije czaczę z rogu. Autorka posta z Tomadą
Po toastach  była uczta, która była rajem dla podniebienia. Z kuchni wciąż donoszono nowe potrawy. Bakłażany faszerowane masą z orzechów włoskich, sos z mirabelek, zupę z czarnej fasoli, duszoną paprykę z bakłażanem w pomidorach, gulasz z jagnięciny, chinkali czyli coś na kształt pierożków, z których najpierw wypija się rosołek, a potem zjada farsz. Oczywiście było  chaczapuri czyli placek z serem na ostro i na ciepło. Były owoce, kawa, herbata, wino i oczywiście czacza.

Ale nas czekał jeszcze spacer  po  Kutaissi. Zaczęliśmy od  katedry Bagrata, której początki sięgają XI wieku a inskrypcja na murze mówi, że ukończono ją w 1003 roku.

Katedra  powstała w złotym wieku kultury gruzińskiej i miała ważne miejsce w historii średniowiecznej Gruzji. Niestety, w 1692 roku została spustoszona i wysadzona w powietrze przez Turków osmańskich. Jest w rekonstrukcji.   Kiedy doszliśmy, już ją zamykano, ale zachwycaliśmy się bryłą podświetlonej katedry.
Drugi dzień to zwiedzanie  stolicy Gruzji Tibilisi, oddalonej od Kutaissi o  240 km. Z okien autobusu widać opuszczone albo zaniedbane domy.  Czasem mijamy krowy, czasem świnki. Jest to główna droga, która łączy wschód z zachodem.        Krajobraz widziany z okien autobusu...    Przydrożny bazarek przy szosie do Tibilisi

W drodze Wako opowiada, że kiedy po rozpadzie Związku Radzieckiego, Gruzja stała się niepodległym państwem, Rosja z dnia na dzień wszystko odcięła. Nie było gazu, nie było prądu, nie było pracy, bo złączone z radziecką gospodarką fabryki, nie miały dla kogo produkować.  Dopiero stopniowo Gruzja zaczęła odbudowywać swoją gospodarkę i tożsamość. Podkreślał udział prezydenta Michaiła Saakaszwilego na tamtym etapie.

I wreszcie stolica. Trudno uwierzyć, że miasto powstało w V wieku naszej ery. Zostało odbite z rąk Persów i tutaj przeniesiono stolicę z pobliskiej Mcchety. Tu krzyżują się szlaki z Azji nad  Morze Czarne np. Jedwabny szlak. Niedaleko Tibilissi zaczyna się Gruzińska Droga Wojenna, którą mieliśmy jechać nazajutrz.

Tymczasem zwiedzamy miasto, które rzeka Kura dzieli na część starą i nową. Stare miasto leży pomiędzy rzeką a pasmem gór. Spacer zaczynamy nad brzegiem rzeki Kury, gdzie jest kolejka linowa do Twierdzy Narikala z IX wieku.

Sadowimy się w wagoniki i za chwilę jesteśmy nad miastem, a za drugą chwilę w twierdzy. Z jednej strony miasto ze swoimi cerkwiami i wieżowcami na horyzoncie, z drugiej Ogród Botaniczny. I wspinamy się do ruin Twierdzy Narikala i powoli schodami schodzimy w dół.

    Widoki z Twierdzy Narikala. Największa budowla to Sobór Trójcy Świętej - największy kościół w Gruzji
Na dole Abanotubani - łaźnie siarkowe, z których korzystał sam Aleksander Sergiejewicz Puszkin. Co uwieczniono tablicą. Łaźnie siarkowe - tablica z wpisem A.S. Puszkina, który tu był w roku 1829

Zwiedzamy Cerkiew Sameba, Cerkiew Metechi z XIII wieku, przed którą stoi pomnik legendarnego założyciela miasta Wachtanga Gorgasali.  Zatrzymujemy się przy Teatrze Lalek, obok którego znajduje się najstarszy kościół w mieście z VI wieku – teraz jest tu siedziba gruzińskiego kościoła prawosławnego.

Batiuszka z telefonem komórkowym

Uliczki starego miasta pełne są restauracji, kawiarenek, sklepików. Pełno tu turystów oraz miejscowych.

W Tibilisi mieszka 1/3 mieszkańców kraju. Wieczorem jeszcze z hotelu wracamy taksówkami (bardzo tanimi) do centrum miasta. Podziwiamy podświetloną Twierdzę Narikala, przechodzimy przez Most Pokoju zwany „podpaską”, idziemy na Plac Wolności, gdzie jest kolumna z figurką św. Jerzego patrona Gruzji.

I jeszcze Aleja Rustaweli pełna knajpek, luksusowych butików. Zatrzymujemy się przed budynkiem parlamentu, gdzie rozpoczęła się gruzińska rewolucja róż. Teraz gmach jest pusty, bo siedzibę parlamentu przeniesiono do Kutaisi.

Trudno w kilku zdaniach opisać miasto, które jest wielokulturowe i można znaleźć w nim ślady burzliwej historii Gruzji. I bardzo odległej w czasie. Wszak nasza historia udokumentowana sięga X wieku, a tu są obiekty, które mają 1000 lat więcej…

Następnego dnia mamy do pokonania 270 km autobusem. Jedziemy na wschód do Kachetii, jednego z najbardziej znanych regionów Gruzji.

Najpierw żeński klasztor w Bodbe – taka gruzińska Częstochowa. Tu koronowano gruzińskich królów, tu w bazylice spoczywa święta Nino, dzięki której Gruzja przyjęła chrzest już w 327 roku.

Święta Nino cieszy się ogromnym poważaniem, a jej imię jest tu bardzo popularne. Wg legendy miała uzdrowić chorą żonę króla Iberii a on  w nagrodę zbudował na jej prośbę kościół, gdzie z całą rodziną przyjął chrzest.

Widok z muru klasztornego na urozmaicony krajobraz Kacheti - najbardziej znanej prowincji w Gruzji Bodbe - w tle dzwonnica

Obok starej bazyliki powstaje nowy kościół ale budowany w tym samym stylu, co te stare sprzed kilkuset lat. Trudno na pierwszy rzut oka ocenić wiek takiej budowli.

W czasach radzieckich klasztor zamieniono na szpital, ale po rozpadzie ZSRR w 1991 roku, do Bodbe wróciły mniszki i znów tu jest monastyr.

W Bodbe jest cudowne źródełko, z którego trzeba zaczerpnąć wody. Jest też pięknie utrzymany ogród z cyprysami, gdzie chciałoby się przysiąść i popaść w zadumę. Ale wycieczka ma swoje prawa. Trzeba ruszać dalej.

Przed nami miasto miłości, bo tak nazywają Sighnaghi – jedno z najmniejszych w Gruzji. Słynie z wina i z dywanów. I te można podziwiać na bazarku w centrum miasta, do którego z parkingu wiedzie kręta uliczka wspinająca się ku górze.

Zachowały się tu mury obronne dawnej twierdzy, gdzie Gruzini chronili się z całym dobytkiem podczas najazdów. Teraz zajmują się produkcją wina, tkaniem dywanów, handlują m.in. churchelami. Wygląda to jak kabanosy a to orzechy oblane sokiem winogronowym.

Na bazarku pijemy kawę parzoną w tygielkach na gorącym piasku. Czarna jak noc, gorąca jak miłość, smaczna i rozgrzewająca. Kilka łyków takiej kawy i wiesz, że jesteś w mieście miłości. Za prezydenta Saakaszwilego odnowiono fronty domków w mieście, położono nowe dachy, otwarto liczne sklepiki. Przyjeżdża tu coraz więcej turystów, bo miasteczko sprzyja wypoczynkowi a widoki spod twierdzy – niepowtarzalne.

Ponieważ dzień był słoneczny, można było upajać się widokiem miejscowości dosłownie wciśniętych pomiędzy pasmo Głównego Wielkiego Kaukazu i Góry Gamborskie Równiny Alazani. Pierwsze serpentyny, zakręty, przedsmak tego, co czekało nas w czwartym dniu wycieczki.

Przy drodze drzewa z granatami i owocami kaki. Gałązkę obwieszoną żółto – brązowymi owocami ktoś kupuje od właścicielki drzewa i częstuje. Smakowite i zupełnie inne niż w sklepie w Pleszewie. Pachnie słońcem, którego w Gruzji nie brakuje.

My zmierzamy do Weliscyche, gdzie w gospodarstwie agroturystycznym produkuje się wino starym gruzińskim sposobem. Mamy tu obiad. I znów stoły się uginają pod ciężarem smakołyków. Na deser owoce, kawa, herbata, ciasto no i wino w karafkach.

Wracamy do Tbilisi. Za oknami autobusu miasteczka i niewielkie osady, przy drodze małe ryneczki z owocami, a nawet mięsem. Kobiet widać mało, Wako mówi, że pracują w domu. Za to mężczyzn wielu widać. Obsiadają ławki, rozmawiają. Czekają aż ktoś ich weźmie do pracy. Popijają czaczę. Czasem grają w planszówki. Na wszystkich możliwych miejscach plakaty wyborcze na prezydenta.

Nasz hotel leży na peryferiach Tbilisi, za blokowiskami i bardzo blisko osiedla zamkniętego, które jak mówi Wako, zbudowali Chińczycy. Te bloki różnią się od typowych gruzińskich blokowisk, gdzie płaci się tylko za wodę, prąd i ogrzewanie. A jeśli coś się zepsuje – mówi Wako, wtedy sąsiedzi zbierają pieniądze między sobą i naprawiają.

Pewnie dlatego bloki wyglądają strasznie. Odrapane okna, obudowane balkony, a jeżeli otwarte to zawalone rupieciami. Andrzej mówi, że Gruzini nie zwracają uwagi na to, co na zewnątrz.

Jeszcze nie raz się zdziwimy, przykładając nasze standardy – obowiązujące w krajach UE, do tego, jak żyją Gruzini. Na przykład pieszy, przechodząc przez jezdnię, musi kluczyć pomiędzy autami. Pasy czyli zebry są dla cudzoziemców, ale oni też muszą uważać.

Kierowcy jadą, trąbią na przechodniów, wyprzedzają. Czasem nawet są po szklaneczce czaczy. Ale to nikomu nie przeszkadza. I jeszcze jedna rzecz mi się rzuciła w oczy, brak zabezpieczeń, łańcuchów w górach, w twierdzach. Po prostu, trzeba samemu uważać, żeby nie wpaść w przepaść.

Chwile grozy przeżyliśmy w górach Wielkiego Kaukazu, które były w planie wycieczki w czwartym dniu.

Wyjechaliśmy z Tbilisi rano. Przed nami było 320 km. Celem była Cerkiew Gergeti z XIV wieku, z której rozpościera się piękny widok na miasteczko Stepancminda (za ZSRR Kazbegi)  w dolinie i z drugiej strony na  główny szczyt Kaukazu Kazbeg.

Ale żeby tam dotrzeć, trzeba pokonać ponad 300 km i to w większości Gruzińska Drogą Wojenną. Pod tym złowrogim tytułem kryje się przepiękna, malownicza trasa biegnąca w poprzek Wielkiego Kaukazu.

W czasach gruzińskiej monarchii wzdłuż drogi wojennej były twierdze i fortyfikacje, których resztko można było podziwiać. A nazwa drogi sięga początku XIX wieku czyli czasów po zagarnięciu Gruzji przez Imperium Rosyjskie. Wtedy droga służyła do szybkiego przerzutu wojsk np. w czasie wojny z Turkami.

Za Tbilisi droga wiedzie wzdłuż rzeki Kury, mija Mcchetę – pierwszą stolicę Gruzji, której zwiedzanie było zaplanowane na następny dzień.

W miejscu, gdzie do Kury wpływa rzeka Aragwi, droga skręca na północ. Sporą atrakcją są fortyfikacje Ananuri z XVII wieku nad malowniczym jeziorem Żinwali. My zobaczymy je w drodze powrotnej.

Tymczasem jedziemy coraz wyżej i wyżej, serpentyny coraz bardziej zakręcone. Autobus jedzie tuż przy skale, z drugiej strony przepaść, ale czasem mijają nas inne auta, wtedy trzeba trochę bardziej przylgnąć.

Ruch na drodze jest spory, co kawałek jest jakaś miejscowość, na łąkach pomiędzy miejscowościami wypasają się krowy i owce. Wyglądają z daleka jak kwiaty lub kamienie a człowiek się zastanawia, jak utrzymują równowagę, bo góry są coraz wyższe.

Na wysokości 2379 metrów n.p.m Przełęcz Krzyżowa, pod nią duży ośrodek narciarski Gudauri.

Przełęcz Krzyżowa

Na przełęczy platforma widokowa. Oczywiście wszędzie się wspinamy, wszystko oglądamy, nie rezygnujemy z żadnego trudnego podejścia. Mamy już coraz mniej czasu. Trzeba wszystko widzieć, wszystkiego doświadczyć i przeżyć.

Docieramy autobusem do miasteczka Stepancminda. Stąd podziwiamy biały drzemiący wulkan Kazbek a na jego tle kościół Gergeti czyli Cminda Sameba - Trójcy świętej z XIV wieku. To tam mamy dojechać.
 Jeepami w górę

Wsiadamy w jeepy, które kolejnymi serpentynami, po wyboistej drodze, pełnej korzeni i kamieni, dowożą nas do celu. Po drodze mijamy turystów pieszych z plecakami. My jedziemy. Kierowca chwali się, że ma w swoim aucie Wi – Fi. Daje mi hasło i natychmiast wrzucam do sieci piękne zdjęcia.

Potem się dowiadujemy, że w innym jeepie kierowca częstował swoich pasażerów czaczą, żeby łatwiej przeżyli jazdę. Czy sam też pił czaczę? Tego nie wiemy, ale nasi kierowcy bezpiecznie nas dowieźli pod kościół a potem jeszcze do wodospadu.

  Z tyłu Kazbek, przed nami Monastyr Gergeti

Tymczasem wspinamy się do cerkwi na górze. Szkoda, że nie można się tu położyć na trawie i patrzeć na zielone góry, niebieskie niebo i Kazbek – drzemiący wulkan. Widać tu znaczone szlaki i turystów z plecakami.

Docieramy do kościółka widocznego ze Stepancmindy. Do niedawna był on noclegownią dla turystów, którzy szli na Kazbek. Od 2006 roku jest miejscem kultu.

Warto było tu wjechać a potem się wdrapać pod kościółek. Widok, który rozpościera się z tego miejsca, nie ma równych sobie. W dole Stepancmina, w górze Kazbegi. I pogoda dopisała. Gdyby była mgła, tych widoków by nie było.

W dole  miasteczko Stepancminda Wako przed Gergeti

Droga do wodospadu i wodospad

Po dojechaniu do wodospadu i dojściu do niego, wracamy. Dalej droga prowadzi do Rosji. Do przejścia granicznego jest kilkanaście kilometrów. Wsiadamy w jeepy, jedziemy  do Stepancmindy, a potem autobusem w dół w kierunku Tibilisi. Zaczyna trochę padać. Kiedy dojedziemy do Twierdzy Ananuri nad Jeziorem Żinwali, pada mocno.

Ale idziemy, tym razem w dół. Z boku mamy cmentarz, z naszego punktu widzenia bardzo zapuszczony. Ale – jak mówi Wako – Gruzini swoich zmarłych mają w sercu. Nierzadko na grobie stoi butelka czaczy i szklanka. Żeby wypić pamięć zmarłego.

Twierdza to Zamek, bazylika Sioni pw. Wniebowzięcia NMP, w środku piękne freski. Obok drugi kościół, z cegły i dwie wieże. A wszystko otoczone wysokim murem. Można spacerować po murach, ale zaczyna mocno podać, więc popatrzywszy na zaporę i piękne jezioro, wracamy do autobusu.

Jedziemy do hotelu. Kolację mamy w restauracji, gdzie tańczy dla nas grupa baletowa gruziński taniec weselny. Wokaliści śpiewają. Chwyta za serca, wykonana po polsku piosenka „Tbiliso, urzekło mnie urodą swą, szczyty gór skąpane w blasku słońca…”. Rzeczywiście, ci Gruzini nas lubią.

Piąty dzień wycieczki i pożegnanie z Tibilisi. Wczoraj byliśmy na północy blisko granicy z Rosją, dzisiaj zmierzamy na południe  pod granicę z Turcją. Mamy do przejechania 310 km. Kilometry spędzone w autobusie, to wartość dodana do wycieczki. Mijane wioski i miasta tworzą obraz kraju, co prawda widziany przez szybę, ale zawsze…

Na dobry początek pięknego słonecznego dnia,  Monastyr Dżwari, którego nazwę można przetłumaczyć jako „monastyr krzyża”. Wg tradycyjnych źródeł to tu św. Nino nawróciła Gruzję na chrześcijaństwo i postawiła krzyż, który oplotła swoimi włosami. W VI wieku wzniesiono tu kościół. Zachował się w nim fragment krzyża św. Nino.

Monastyr Dżwari

Obecnie klasztor jest wpisany na listę 100 najbardziej zagrożonych zabytków świata. Nawiedzają go pielgrzymi, którzy się modlą przy krzyżu swojej największej świętej. Monastyr stoi na wysokiej górze i podejście wymaga wysiłku. Ale warto było. Czuć tu historię, wszak to VI wiek. Wierzyć się nie chce, zważywszy, że najstarsze kościoły w Polsce są kilkaset lat młodsze.

I już wjeżdżamy do  wspominanej już kilka razy Mcchety – pierwszej stolicy Gruzji i najważniejszego  centrum religijnego w kraju. Miasteczko jest zadbane. Uliczki przypominają te w miasteczkach włoskich. Jest pięknie.

Przy katedrze Sweticchoweli

Z jednej strony mur obronny przy Katedrze Sweti Cchoweli, z drugiej przysiadły kramy, gdzie można kupić wszystko, nawet lody … z wina. Ale najpierw wchodzimy na teren katedry, gdzie wg legendy ma być pochowana Szata Chrystusa.

Katedra pochodzi z początku XI wieku, zbudowano ją na miejscu kościoła z IV wieku.  Wznosi się na wzgórz u zbiegu rzeki Kury i Aragwi, na miejscu wybranym przez św. Nino – tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik Wako.

Podobno Elizeusz Żyd z Mcchety wyruszył do Jerozolimy aby bronić Chrystusa przed Sądem Piłata, lecz zdążył na Ukrzyżowanie. Od rzymskiego żołnierza miał odkupić szatę i przywieźć do Gruzji. Oddał ją siostrze, która otuliwszy się nią, zmarła i została w niej pochowana. Na jej grobie wyrósł cedr, który św. Nino kazała ściąc i wybudować tu kościół. Ale cedr nie dał się ściąć, dopiero modlitwa św. Nino przywołała anioła, który uniósł drzewo. A z pnia cedru powstała kolumna, którą można oglądać w kościele.

W XVIII wieku katedrę otoczono murami z ośmioma wieżami. Wnętrze katedry  było pokryte freskami ale w 1830 roku, z okazji pobytu cara Mikołaja I freski pokryto tynkiem. N ie wszystkie udało się uratować.

 Tu koronowano władców Gruzji, tu ma siedzibę arcybiskup Mcchety i Tbilisi, sprawujący urząd Katolikosa Gruzji.

Po chwili refleksji w kościele pełnym wiernych i turystów, wychodzimy na bazarek. Czego tu nie ma. I torebki z koralików i magnesiki i czacza i wino i przyprawy i lody z wina. Chodzimy, oglądamy, rozmawiamy z ludźmi, degustujemy czaczę. Wypijam kubek soku wyciśniętego z granata, pewnie rano zerwanego z drzewa. Cała Mccheta znajduje się na liście zabytków UNESCO.

Nasza droga prowadzi do Vardzi. Ale na trasie mamy jeszcze Gori – miejsce urodzenia generalissimusa Josifa Wissarionowicza Stalina. Do gigantycznego muzeum, gdzie podobno jest wszystko, tylko brakuje informacji o milionach ludzi, których posłał na śmierć, nie wchodzimy.

Oglądamy z zewnątrz wagon, którym podróżował Stalin, podchodzimy pod pomnik i pod domek, w którym podobno on się urodził. Domek osłonięty dachem i czterema kolumnami.

Miasteczko jest ospałe, jakiś skwer na rynku, kramiki z magnesami i kubeczkami oczywiście z buziakiem Stalina. Nie kupujemy.

Za kilka kilometrów kolejna atrakcja – Uplisciche czyli „pańska Twierdza” – starożytne skalne miasto na terenie Gruzji – jeden z punktów handlowych na Jedwabnym szlaku – najstarszy zabytek Gruzji – pochodzi z II wieku p.n.e.

Widać je z daleka. Zbudowane na lewym, skalistym brzegu rzeki Kury miasto, jest mieszanką unikatowych stylów architektury pogańskiej i chrześcijańskiej. Było ważnym ośrodkiem religijnym i politycznym Gruzji.

Wraz z chrystianizacją (327 rok) zaczęło tracić na znaczeniu, na korzyść wspominanej wyżej Mcchety.  W VIII i IX wieku podczas najazdu muzułmanów na Tbilisi, było główną fortecą. W XIV wieku, po najazdach mongolskich, miasto przestało funkcjonować. Odżywało tylko podczas najazdów. To tu chronili się mieszkańcy okolicznych miejscowości.

Zachowało się tu wiele pieczar, których wygląd wskazuje na silne wpływy rzymskie. W jednej z komnat zachowało się półkolebkowe sklepienie.  W jednym z murów wykuto siedzenia, co sugeruje obecność teatru w mieście.

Wierzyć się nie chce, że tu kiedyś tętniło życie. My obejrzeliśmy tylko niewielką część twierdzy, która robi wrażenie już z drogi. Zeszliśmy na dół tunelem. Ale można wybrać wariant szczegółowego zwiedzania skalnego miasta. Trasa zaczyna się już przy kasach biletowych.

My z Elą jesteśmy zadowolone, dałyśmy radę stromemu podejściu. Może dlatego, że te żółte skały są bardzo „przylepne” i noga się nie obsuwa.

Wracając do skalnego miasta, to widok z góry nie ma sobie równych. I także z tego powodu warto było się tam wdrapać.

Na dole piwo, smakowało fantastycznie. Sącząc je powoli, oglądałam skalne miasto z dołu. Wyglądało z daleka jak mrowisko w przekroju albo jak szwajcarski ser.

I znów autobus i kolejne kilometry, zdaje się, że na koniec świata. A to tylko do granicy z Turcją. Tam w gospodarstwie agroturystycznym organizatorzy wycieczki wymyślili nocleg. Podobno dlatego, że tam są pstrągi z rusztu. Były smaczne, rzeczywiście, ale droga do tych pstrągów  była jedną wielką serpentyną.

Widać ją było nazajutrz z kolejnego skalnego miasta, o wiele młodszego niż Uplisciche. Nie śpieszyliśmy się, bo – jak mówił Wako – życie w Gruzji zaczyna się o godzinie 10.00. Tylko dzieci do szkoły idą na 9.00. Widzieliśmy je w ostatnim dniu wycieczki. Rok szkolny w Gruzji zaczyna się 17 września.

Szósty dzień gruzińskiej wyprawy  zaczęliśmy od kolejnego skalnego miasta Vardzia, które zaczął budować w XII wieku król Jerzy, a zakończyła budowę jego córka  królowa Tamary w XII i XIII. Usytuowane na zboczu góry Eruszeli w pobliżu miasta Aspindza,  prezentuje się imponująco. Z daleka wygląda jak plaster miodu.

Do dziś zachowało się ponad 250 komnat na 13 piętrach oraz sieć tuneli, korytarzy, schodów i systemu wodno – kanalizacyjnego. Przed trzęsieniem ziemi – opowiada Wako – całe miasto było szczelnie ukryte w ścianie głębokiego kanionu rzeki Kury. Po trzęsieniu odsłoniły się elementy struktury miasta.

Prowadziły do niego liczne  tunele zamaskowane na brzegu rzeki. Do dziś pozostały na niektórych ścianach freski. Niektóre podobno przedstawiają królową Tamar i jej ojca Jerzego. Nie zajrzeliśmy jednak do świątyni. Mimo niedzieli, była zamknięta.

Upadek Vardzii rozpoczął się w XVI wieku najazdem Persów. Zniszczyli ikony, wymordowali mieszkańców albo uprowadzili ich jako niewolników. Po odzyskaniu przez Gruzję niepodległości do Vardzi wróciła grupa mnichów. Znajdują się też tu podobno gorące źródła, gdzie można korzystać z kąpieli.

Wędrowaliśmy po skalnym mieście, podziwiając architektów tego niezwykłego miasta. Aby poczuć się choć przez chwilę nimi, postanowiłyśmy zejść na dół tunelem z XIII wieku, gdzie schody były nierówne, było ciemno ale udało się szczęśliwie wszystkie trudności pokonać i zejść w miejscu, gdzie czekał autobus.

   W tunelu

W drodze do Kutaisi, gdzie mieliśmy zaplanowany kolejny nocleg, zwiedzamy Borgjomi – uzdrowiskowe miasto w górach Małego Kaukazu nad rzeką Kurą.  Podobne do naszych kurortów, park zdrojowy z płatnym wejściem, ławeczki, kawiarenki, sklepiki z suvenirami i woda prosto ze źródła. Miasto słynie z wody butelkowanej „Bordżomi”. Jest ona także eksportowana do Polski.

Komu w drogę, na tego czeka autobus. W Kutaisi czeka na nas kolacja. Nocujemy w wielkim hotelu położonym w parku. Musiał powstać w czasach sowieckich. Czysto tu, wygodnie i smacznie.

Koniki na drodze

I nadszedł dzień siódmy. Niestety, bez słońca. Jedziemy na zachód ku Morzu Czarnemu, które teraz mam zobaczyć od innej strony. Pluskałam się w nim na Krymie, teraz w Batumi raczej się nie popluskam, ale chociaż nogi zamoczę…

Im bliżej Batumi, tym więcej mandarynkowych drzew przy drodze, palm w ogrodach. Niestety, herbacianych pół, o których śpiewały Filipinki w latach 60. XX wieku, mało. Przewodniczka mówi, że kiedyś, za czasów sowieckich były. Teraz się odradzają.

Koło południa docieramy do Batumi. Na szczęście, nie pada, ale niebo jest zasnute ciemnymi chmurami. Idziemy na spacer po mieście, które powoli zrzuca z siebie pamiątki po niewoli tureckiej i radzieckiej. Buduje, remontuje, odnawia.

Salome, która w ostatnim dniu zastępuje Wako, prowadzi nas do centrum miasta.  Stoimy na placu zwanym z włoska Piazza i podobnym do tych we Włoszech. Wokół stylowe budynki z kawiarenkami i wielka walizka – pomnik, przy której wszyscy się fotografują.

Wędrując uliczkami, oglądamy ładne domy z balkonami, wystawy sklepowe. Salome mówi, że w Batumi jest i meczet i synagoga i cerkwie prawosławne. Nie zaglądamy do nich. Kierujemy się piękną promenadą ku morzu.

Pełno tu palm, krzewów, traw ozdobnych, kwiaty się zdarzają też. I drzewa mandarynkowe. Rosną tu też cytryny i limonki.

Oto i morze, wzburzone, bo wiatr wieje i deszcz pada. Siadamy w jednej z restauracji z widokiem na morze i kontemplujemy piękny widok.Zamawiamy obiadek i karafkę wina. Właściciel mówi, że to się bardziej opłaca. Ja wybieram z menu bakłażany nadziewane orzechami. Pychota, mówię Wam! Ela je zupę z mięskiem. Nie jest to charczo, od którego tak drapie w gardle, że się charczy – jak mówią.

Kiedy przestanie padać, pójdziemy nad brzeg morza. Na szczęście, mam sandałki, w których wchodzę do wody. Boso bym nie dała rady, ze względu na kamienie.

Stoję i czekam, aż nadpłynie fala i ochlapie mnie do kolan. Zbieram kamyki, dwa wsuwam do kieszeni, na szczęście.  Na horyzoncie niebo łączy się z morzem. Jest niebieskie, zupełnie nie pasuje do nazwy.

Nad brzegiem morza jest kilka ciekawych budowli m.in. okrągły szklany wieżowiec z kawiarnią na ostatnim piętrze.

Jest też piękny pomnik miłości –  ruchomy. Przedstawia parę Ale i Nino, którzy raz się do siebie zbliżają, raz oddalają. Jak w życiu – myślę sobie, odgadując intencje projektanta tego pomnika.

Z torbami pełnymi upominków (na miarę bagażu samolotowego) czyli butelek z winem, czaczy, herbatami, torebkami, czekoladami, churchelami, wracamy do autobusu. Musimy trochę czekać na kierowcę.

A oto zdjęcia z Batumi

Za to na rozgrzewkę dostajemy w autobusie po kieliszeczku czaczy. Czekoladowa czacza domowa rozgrzewa i usypia. Ale ja patrzę za okno i robię fotki domów, ludzi, piesków, które się snują, szukając jedzenia, krów, kóz i świnek oraz koni, bo i te się zdarzają.

I myślę sobie o Gruzinach, których historia sięga czasów przed naszą erą. Najeżdżani, okupowani, uchronili swój język i kulturę. Nie ma tu wielkich sieci handlowych, nie ma galerii, w całej Gruzji są tylko trzy McDonaldy.

Nie funkcjonuje coś takiego, jak opieka społeczna – tłumaczył nam Wako. Po prostu młodzi muszą zapewnić  utrzymanie starszym albo mniej zaradnym. Mało sprawiedliwy, z naszej polskiej perspektywy, jest system emerytalny. Wszyscy dostają równe emerytury, niezależnie od tego czy pracowali 30 lat czy 30 dni.

Wesela są huczne i trwają kilka dni. A świadek musi wykonać taniec specjalny na ślubie. Kiedy urodzi się dziecko, świadek jest chrzestnym.

Żyje się w Gruzji bardzo rodzinnie. Kiedy 17 września dzieci szły do szkoły, to najmłodszych odprowadzały nie tylko mamy, ale całe rodziny a nawet sąsiedzi.

Częsty był widok mam z małymi dziećmi na rękach. Wózki widziałam raczej tylko w mieście. Po prostu dziecko się nosi i to nie w chuście, tylko na rękach.

Moje zamyślenie nad życiem Gruzinów przerywa przystanek autobusu na rynku jakiegoś miasteczka. Szukamy świeżych owoców na targu, ale już nic nie ma.

Za to ktoś prowadzi mnie do piekarni, gdzie wypieka się chleb gruziński starodawną metodą – rzucając ciasto na ścianki rozgrzanego od dołu pieca. Nado częstuje nas chlebem, pozwala rzucić ciasto do pieca a potem wyjąć pachnący chleb.

 Nado i chleb i fotka na Facebooka

Nie chce pieniędzy, prosi o wspólne zdjęcie na Facebooka i otagowanie. Oczywiście, robię to z przyjemnością. Rozmawiamy w języku rosyjskim, moim ulubionym. Jest fajnie. Z wielkim chlebem, cieplutkim, idę do autobusu. Częstuję a resztę chowam do torby. Zjem w domu.

Wieczór minął na kolacji ze szwedzkim stołem, gdzie stały różności od sałat, sałatek, tartej marchewki, gotowanych i marynowanych buraczków, tradycyjnej sałatki z pomidora i zielonego ogórka, przez warzywa ciepłe, ziemniaki, dania mięsne, kasze, ryż, do kawy, soku, ciasta na deser. Wszystko smakowite!

Jeszcze, jak zwykle kilka fotek dla znajomych z Facebooka trzeba wrzucić i ostatnia noc pod gruzińskim niebem.

Rano dojazd do lotniska, pożegnanie z pilotem Andrzejem, który tu zostaje, z przewodniczką Salome i przejście przez bramkę.

W strefie bezcłowej woda i ostatnia kawa – włoskie espresso, takie jakie lubię. I jest samolot, przyleciał z Wrocławia z Polakami na pokładzie. Trochę im zazdroszczę, bo chętnie bym wróciła i jeszcze czegoś fajnego doświadczyła.

Ela robi  mi zdjęcie na tle samolotu. Za chwilę siedzimy na pokładzie i już tylko przez okienka można zobaczyć Gruzję z góry. I to przez moment, bo samolot przelatuje nad Morzem Czarnym, potem nad Bułgarią, Węgrami, Słowacją, by po trzech godzinach wylądować we Wrocławiu, gdzie jest upalnie. Cieplej niż było w Kutaisi. Na szczęście, zegarki w smartfonach same się przestawiają na polski czas.

 

 

 

 

 

I

 

 

 

Skomentuj na Facebooku